W Krakowie mówią o nich: „niebiescy bohaterowie”. Jakub i Artur nie kalkulowali, gdy wdali się w wymianę ognia z lepiej uzbrojonym sprawcą, tylko chcieli jak najszybciej zlikwidować zagrożenie dla postronnych osób. Choć to młodzi policjanci, zachowali się jak starzy wyjadacze i pokazali, czym jest nasza służba – tak policjanci z Komisariatu Policji I w Krakowie opowiadają o starszych posterunkowych Jakubie Kuliku i Arturze Morańskim, którzy zakończyli krwawy rajd zamachowca w Krakowie. Starszy posterunkowy Jakub Kulik i starszy posterunkowy Artur Morański zostali ciężko ranni podczas zatrzymywania 24-letniego Michała O., sprawcy najkrwawszego zamachu w Polsce. Od jego kul zginęło w Krakowie sześć osób, a kilkanaście kolejnych zostało rannych, w tym ciężko. Michał O., jak się później okazało, przed wyruszeniem w swój morderczy rajd, zastrzelił ojca, matkę i młodszą siostrą. Ponoć, gdy jeszcze spali. Możliwe, że ofiar byłoby więcej, gdyby nie poświęcenie i determinacja Kulika i Morańskiego. Po pościgu dopadli zamachowca i wdali się z nim w wymianę ognia. Michał O. ranił obydwu policjantów i gdy chciał ich dobić, Kulik zerwał się i zneutralizował zamachowca, oddając do niego sześć lub siedem strzałów. Następnie osunął się na ziemię. Portal TVP.Info dotarł do kolegów obu funkcjonariuszy z Komisariatu Policji I w Krakowie. Wszyscy są poruszeni sobotnią tragedią i czekają na ich powrót do zdrowia oraz służby. Na pierwszej linii Starsi posterunkowi Jakub Kulik i Artur Morański zaczęli służbę w sobotę (7 listopada) punktualnie o godz. 6:00. Krakowscy policjanci mieli nadzieję, że skoro piątkowe derby Wisły z Cracovią, czyli tzw. zdarzenie podwyższonego ryzyka, zakończyło się bez poważniejszych ekscesów, dzień ten nie powinien różnić się od innych weekendów. Choć teren Komisariatu Policji I w Krakowie obejmuje Stare Miasto, co oznacza, że dzieje się tam zazwyczaj więcej niż w reszcie grodu Kraka. Jakub i Artur służą w ogniwie wywiadowczo-patrolowym, a więc na pierwszej linii. Wysyłani są na zdarzenia od drobnych burd, awanturującej się młodzieży czy pijackich wybryków turystów, po bitki kiboli czy agresorów z niebezpiecznymi narzędziami. – Jakub służył przez dwa lata 18. Bielskim Batalionie Powietrznodesantowym. Jednak doszedł do wniosku, że chce być policjantem i zaciągnął się w 2022 roku. I tak służy już od czterech lat. Od początku widać było, że ma zadatki na świetnego gliniarza – opowiada portalowi TVP.Info jeden z kolegów policjantów rannych w sobotnim zamachu. – Artur zaś jest u nas od dwóch lat. Młody, ale też dobry policjant. Można powiedzieć, że są partnerami na służbie, bo bardzo często jeżdżą razem w patrolu. I są zgrani – dodaje nasz rozmówca. Po godz. 15:00 służba Kulika i Morańskiego oraz wszystkich innych krakowskich policjantów zmieniła się w najgorszy koszmar. – Zaczęły do nas spływać informacje o tym, że ktoś strzela z samochodu do ludzi na Rynku Głównym. Że są zabici i wielu rannych, a sprawca ma używać broni automatycznej czy maszynowej. Wszystkie siły rzuciliśmy w rejon tych zgłoszeń. Nikt nie zastanawiał się, czy np. nie czekać na kominiarzy (antyterrorystów – red.), tylko chcieliśmy jak najszybciej dopaść strzelca, aby nie zabił jeszcze większej liczby ludzi – relacjonuje inny z policjantów.Czytaj także: „Zrobiliśmy tylko to, co umieliśmy. Bohaterami są ci ranni policjanci”Jak starzy wyjadacze Traf chciał, że to Kulik i Morański byli najbliżej miejsca, w którym namierzono samochód zamachowca. I gdy go zobaczyli, ruszyli zań w pościg. – Uważam, że obaj są policjantami ogromnie zaangażowanymi w służbę, którzy chętnie cały czas podnoszą swoje kwalifikacje. Mimo krótkiego stażu, zachowali się jak starzy wyjadacze. Przede wszystkim ścigając samochód sprawcy, nie strzelali do niego w ruchu, bo to naraziłoby osoby postronne na przypadkowe postrzelenie. Gdy jednak nadarzyła się okazja, to wysiedli z radiowozu z bronią i podjęli „walkę” z osobą uzbrojoną w karabinek typu wojskowego o sile rażenia większej niż ich pistolety – mówi mł. insp. Zbigniew Kubacki, komendant Komisariatu Policji I w Krakowie. – Widać było, że zachowali się bardzo profesjonalnie. Nie marnowali czasu, ale pilnując jeden drugiego, chcieli jak najszybciej wyeliminować zagrożenie dla osób postronnych – dodaje. Artur i Jakub zakończyli krwawy rajd 24-letniego zamachowca. Ich koledzy dowiedzieli się o tym, że „młodzi” dopadli sprawcę, ale sami zostali ranni z „radia”, czyli informacji, które zalewały policyjne kanały informacyjne. – To była porażająca wiadomość. Chłopaki zostali ciężko ranni w wymianie ognia. Jakuba reanimowano i mówiło się, że dostał kilka postrzałów. Na szczęście obaj mieli kamizelki kuloodporne, bo w innym wypadku te obrażenia byłyby jeszcze gorsze. Ludzie z „jedynki” chcieli od razu oddawać krew. Inni szukali sposobu pomocy rodzinom rannych. I czekali na informację od lekarzy, jakie są rokowania, a te nie były na początku zbyt dobre – wyjaśnia jeden z krakowskich oficerów. Inny nasz rozmówca z KPP I nie kryje, że dopiero, gdy zobaczył nagrania w sieci z zatrzymania zamachowca, dotarło do niego jak blisko śmierci byli młodzi policjanci. – Wielki szacunek dla obu chłopaków. Na nagraniach widać, że nie było o u nich chwili zawahania. Moim zdaniem to kwestia zmiany pokoleniowej i nowych szkoleń. Młodzi funkcjonariusze nie kalkują teraz, czy jak użyją broni, to będą mieli kłopoty. Dla nich wyciągniecie broni przez napastnika oznacza, że muszą go jak najszybciej zneutralizować – podkreśla jeden z funkcjonariuszy. Wszyscy na nich czekają Do niedzielnego poranka wszyscy policjanci czekali na wybudzenie swoich rannych kolegów. – Część z nas, zwłaszcza ci, którzy np. reanimowali rannych, zdecydowała się na rozmowy z psychologami. Teraz taka opieka to norma w firmie i nie jest czymś „wstydliwym”, jak to odbierano jeszcze dwie dekady temu – opowiada kolejny z rozmówców portalu. Dla mundurowych najważniejsze jest, aby „bohaterowie z Dietla (ulicy na której zatrzymano zamachowca)” jak najszybciej wrócili do zdrowia. – Oczywiście chcielibyśmy też, aby wrócili też do służby. Takich ludzi nam właśnie trzeba i oni zrobili dla tej formacji więcej niż wiele kampanii społecznych, mających zachęcić do służby w policji. Choć wydarzenia z soboty wyraźnie potwierdzają stare powiedzenie, że rodziny gliniarzy nigdy nie mają pewności, czy ich bliscy wrócą cali do domu po służbie – zaznacza oficer krakowskiej policji. Czytaj także: Drugi z rannych policjantów wybudzony ze śpiączki. „Stan nadal poważny”