Wojna w Ukrainie może nas sporo nauczyć. Choć wojna w Ukrainie pokazuje, że nawet najnowocześniejszy pancerz nie zapewnia ochrony przed dronami, Polska inwestuje miliardy w setki czołgów. Czy budujemy armię według reguł konfliktu, który odchodzi już do historii? Niekoniecznie – najnowsze doświadczenia ukraińskie dowodzą, że wojska pancerne wciąż mają do odegrania istotną rolę. Zmieniają się tylko warunki ich wykorzystania. Co przywodzi nas do wniosku, że największym błędem Polski byłoby nie tyle kupowanie czołgów, co przekonanie, że same czołgi wystarczą do wygrywania przyszłych bitew. Polska konsekwentnie buduje jedne z największych sił pancernych w Europie. W 2022 roku zamówiła w USA 250 czołgów M1A2 Abrams w wersji SEP v.3. Do tego doszło 116 starszych M1A1, których dostawy zakończono w 2024 roku. Równolegle ruszył program koreańskich K2 Black Panther. Pierwsza umowa objęła 180 maszyn, druga, podpisana w 2025 roku, kolejne 180. Łącznie daje to 726 zakontraktowanych amerykańskich i koreańskich czołgów, niezależnie od nadal wykorzystywanych Leopardów i pozostałych pojazdów starszych typów.W planach jest też rozwój krajowych zdolności produkcyjnych. Spośród 180 K2 zamówionych w ramach drugiej umowy 64 mają reprezentować zmodyfikowaną wersję K2PL. Trzy pierwsze powstaną w Korei Południowej, a montaż końcowy pozostałych 61 ma zostać przeprowadzony w gliwickich zakładach Bumar-Łabędy. To przedsięwzięcie ważne nie tylko dla armii, lecz także dla polskiego przemysłu zbrojeniowego.Radykalne zwiększenie zagrożeniaRzecz w tym, że inwestycje te realizowane są w czasie, gdy na ukraińskim froncie coraz trudniej zobaczyć klasyczne natarcia dużych zgrupowań pancernych. Obraz tej wojny zdominowały bowiem niewielkie bezzałogowce. Drony rozpoznawcze wykrywają ruch wojsk, maszyny FPV atakują pojazdy, a amunicja krążąca razi cele na większych odległościach. Czołg wart miliony dolarów może zostać uszkodzony lub zniszczony przez wielokrotnie tańszego przeciwnika. Szczególnie narażone bywają słabiej chronione powierzchnie górne, układy napędowe i elementy wyposażenia zewnętrznego.Oczywiście nie każde trafienie skutkuje zniszczeniem wozu. Część maszyn można naprawić, inne tracą zdolność bojową jedynie czasowo. Nie zmienia to faktu, że drony radykalnie zwiększyły zagrożenie dla broni pancernej. Dotyczy to także pojazdów uznawanych wcześniej za wyjątkowo odporne.Stąd popularna teza: skoro niewielki bezzałogowiec może unieruchomić nowoczesny czołg, to inwestowanie ogromnych pieniędzy w kolejne bataliony pancerne jest anachronizmem. Brzmi przekonująco, ale w takim myśleniu kryje się zasadniczy błąd. Skuteczność środka służącego do niszczenia określonej kategorii uzbrojenia nie oznacza automatycznie, że samo uzbrojenie przestało być potrzebne. Przecież pojawienie się pocisków przeciwlotniczych nie doprowadziło do rezygnacji z samolotów. Zmusiło natomiast lotnictwo do zmiany taktyki, wyposażenia i sposobów przełamywania obrony przeciwnika.Z czołgami dzieje się dziś coś podobnego.Czytaj też: Tych okrętów jeszcze nie ma. Kupiła je Polska. „Bierzemy pod uwagę pewne ryzyko”Dronami nie da się zająć terenuWojna w Ukrainie pokazała, jak skutecznie można sparaliżować przeciwnika za pomocą bezzałogowców. Nieustanna obserwacja utrudnia koncentrację oddziałów, ataki na logistykę ograniczają możliwości prowadzenia walki, a pojazdy opancerzone muszą działać ostrożniej i częściej z ukrycia.Na wielu odcinkach frontu czołgi wykorzystuje się jako mobilne stanowiska ogniowe, strzelające z dystansu, niekiedy ogniem pośrednim. Transportery opancerzone i bojowe wozy piechoty służą zaś przede wszystkim do dostarczania żołnierzy możliwie blisko pozycji przeciwnika. To istotne zadania, ale ograniczające potencjał wojsk zmechanizowanych i pancernych.Tyle że istnieje zasadnicza różnica między powstrzymywaniem przeciwnika a przejmowaniem kontroli nad terenem.Dron może zniszczyć stanowisko karabinu maszynowego, unieruchomić pojazd albo odciąć drogę zaopatrzenia. Nie zajmie jednak okopu, nie przeszuka zabudowań i nie utrzyma zdobytej miejscowości. Do tego potrzebna jest piechota. A piechota prowadząca działania zaczepne potrzebuje osłony, mobilności i wsparcia ogniowego.Właśnie tutaj ujawniają się zalety sprzętu ciężkiego. Czołg potrafi przemieszczać się w trudnym terenie, chronić załogę przed wieloma zagrożeniami i niszczyć umocnione stanowiska ogniem bezpośrednim. Jego armata zapewnia siłę rażenia, której niewielkie drony FPV nie są w stanie zastąpić. Oczywiście pociski przenoszone przez większe bezzałogowce też mogą powodować potężne zniszczenia, lecz nie zapewniają identycznej kombinacji ognia, ochrony i mobilności.Aby z tej kombinacji skorzystać, trzeba najpierw ograniczyć przewagę dronową przeciwnika. Zniszczyć lub obezwładnić jego środki rozpoznania, zakłócić łączność, zwalczać operatorów i zapewnić nacierającym oddziałom własną osłonę. Dopiero wtedy można wprowadzić pojazdy opancerzone, wspierające piechotę w przełamywaniu obrony.Taka sekwencja działań nie jest wyłącznie teoretycznym postulatem. Ukraińcy sprawdzili ją niedawno w praktyce.„Vivaldi”, czyli powrót manewruZnamy już coraz więcej szczegółów na temat zakończonej niedawno ukraińskiej operacji „Vivaldi”, prowadzonej przez 3. Korpus Armijny pod dowództwem gen. Andrija Biłeckiego. Działania rozpoczęte kilka miesięcy wcześniej na północy obwodu donieckiego miały powstrzymać rosyjskie postępy i odzyskać inicjatywę na kierunku łymańskim.Według ukraińskiego dowództwa do połowy października odzyskano kontrolę nad 277 km kw. terenu. Mniejsza o „urobek terytorialny” – szczególnie interesujący jest sposób prowadzenia operacji. Ukraińcy nie ograniczyli się do atakowania rosyjskich pozycji dronami. Prowadzili działania przeciwko logistyce i systemowi rozpoznania przeciwnika, niszczyli bezzałogowce, a następnie wykorzystywali uzyskaną przewagę do działań piechoty oraz pododdziałów zmechanizowanych.Biłecki opisał m.in. dwa udane natarcia zmechanizowane. Podczas jednego z nich cztery pojazdy opancerzone przekroczyły linię frontu, dostarczając piechotę w pobliże rosyjskich stanowisk operatorów dronów. W innym ukraińskie wozy wdarły się około 4,5 kilometra za rosyjskie linie, umożliwiając żołnierzom zaatakowanie stanowisk bezzałogowców. Zniszczenie części rosyjskiego systemu rozpoznania i rażenia pomogło osłabić obronę na tym odcinku.Innym przykładem było wykorzystanie starych transporterów BTR, przebudowanych na bezzałogowe pojazdy przenoszące materiały wybuchowe, do niszczenia rosyjskich umocnień.Nie była to zatem klasyczna operacja pancerna polegająca na rzuceniu do natarcia dziesiątek czołgów. Jej znaczenie polega na czymś innym: pokazuje, że nawet na froncie nasyconym dronami możliwe jest odzyskanie zdolności manewrowych, jeśli odpowiednio przygotuje się warunki działania sprzętu ciężkiego.Czytaj też: Nowe czołgi dla polskiej armii. A to nie koniec dozbrajania wojskaUkraińcy chcą więcej czołgów!Oczywiście jeden przykład nie dowodzi, że ukraińskie doświadczenia można bez przeszkód przenieść na skalę całej wojny. Lokalne powodzenie nie jest jeszcze receptą na przełamanie rozbudowanej obrony przeciwnika na szerokim froncie. Nie wiadomo też, czy równie skuteczne działania byłyby możliwe przeciwko lepiej przygotowanemu systemowi obrony przeciwlotniczej i antydronowej. Niemniej operacja „Vivaldi” podważa przekonanie, że drony definitywnie zakończyły epokę manewru.Co znamienne, sami Ukraińcy zgłaszają zapotrzebowanie na większą liczbę czołgów, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych. Informacja ta pochodzi z dowództwa NATO koordynującego zachodnią pomoc wojskową. Powód? Ukraina straciła ogromne ilości sprzętu ciężkiego, a wieloletnie walki obronne i rozwój zdolności dronowych nie zastąpiły potencjału niezbędnego do prowadzenia działań manewrowych na większą skalę. Teraz, gdy próbuje odzyskać inicjatywę, niedobory pancerza stają się poważną przeszkodą. Ukraińcy nie odwracają się więc od sprzętu ciężkiego – przeciwnie, chcą go więcej, bo dostrzegają szansę na ponowne wykorzystanie jego ofensywnego potencjału.Nie oznacza to jednak powrotu do dawnego sposobu prowadzenia wojny. Nie chodzi już wyłącznie o to, kto ma więcej czołgów, artylerii czy bezzałogowców. Kluczowa staje się zdolność połączenia wszystkich tych elementów w jeden sprawnie funkcjonujący system.Drony mogą otworzyć drogę wojskom pancernym. Wojska pancerne mogą wykorzystać stworzoną w ten sposób szansę. Piechota zaś musi zająć i utrzymać teren. Bez współdziałania tych elementów nawet najbardziej nowoczesne uzbrojenie może okazać się niewystarczające.Czołg potrzebuje własnego ekosystemuJakie wnioski płyną z tego dla Polski? Przede wszystkim konieczność odejścia od przekonania, że wartość wojsk pancernych można mierzyć liczbą posiadanych czołgów. Siedemset nowoczesnych maszyn to imponujący potencjał, ale jego rzeczywista wartość zależy od tego, czy będą zdolne do działania w warunkach podobnych do tych obserwowanych w Ukrainie.Podstawą pozostaje odpowiednie zabezpieczenie samych pojazdów. Dodatkowe opancerzenie i osłony przeciwko dronom mogą ograniczać skutki niektórych trafień. Systemy aktywnej ochrony mają wykrywać zagrożenia i przeciwdziałać im, także przez fizyczne niszczenie nadlatujących pocisków. Równie ważne są środki walki elektronicznej, które mogą utrudniać pracę części dronów. Coraz większego znaczenia nabiera zdolność wykrywania i zwalczania niewielkich celów powietrznych, także za pomocą własnych bezzałogowców przechwytujących.W tym kontekście istotne są różnice między kupowanymi przez Polskę wersjami sprzętu. Planowany K2PL ma otrzymać wzmocnione opancerzenie, aktywny system ochrony oraz dodatkowe zdolności przeciwdziałania dronom. To właściwy kierunek, wynikający również z doświadczeń ukraińskich. Trzeba jednak pamiętać, że większość zakontraktowanych dotychczas K2 reprezentuje wcześniejszą konfigurację K2GF.Powstaje więc pytanie nie tylko o przyszłe wyposażenie nowych maszyn, lecz także o możliwości doposażenia już posiadanych pojazdów. Dotyczy to również Abramsów i Leopardów. Pancerne zakupy realizowane przez kilka lat nie mogą prowadzić do powstania floty, w której tylko część pojazdów będzie odpowiadała najnowszym wymaganiom pola walki.Docelowy wzorzec organizacjiAle nawet najlepiej chroniony czołg nie powinien działać samotnie. Potrzebuje rozpoznania, wsparcia własnych dronów, osłony przeciwlotniczej, artylerii, piechoty oraz pododdziałów inżynieryjnych. Niezbędne są też sprawna logistyka, wozy zabezpieczenia technicznego i możliwości szybkiej naprawy uszkodzonego sprzętu. Pojazd, który przetrwał atak, ale nie może zostać ewakuowany albo naprawiony, również wypada z walki.Polska inwestuje również w taki sprzęt. Wraz z Abramsami zamówiono wozy zabezpieczenia technicznego M88A2 Hercules, zdolne do ewakuowania najcięższych czołgów, oraz mosty szturmowe, umożliwiające pokonywanie przeszkód terenowych. W ramach kontraktów na K2 przewidziano z kolei 31 wozów zabezpieczenia technicznego, 25 wozów inżynieryjnych i 25 mostów towarzyszących. Ich dostawy zaplanowano na lata 2029–2031.Czytaj też: Kulisy zbrojeń. „Polska przestaje być portfelem dla zachodnich koncernów”Równolegle do zakupów sprzętu zmienia się sposób organizacji pododdziałów. Przykładem jest „Model 44”, projekt testowany w 12 i 17 Brygadzie Zmechanizowanej. W jego ramach jedną z czterech kompanii bojowych batalionu zmotoryzowanego zastąpiono kompanią bezzałogowych systemów uzbrojenia. Liczba Rosomaków zmniejszyła się z 58 do 44, ale pododdział zyskał organiczne możliwości rozpoznania i rażenia przeciwnika za pomocą dronów.Po wstępnej ocenie pilotażu podjęto decyzję, że „Model 44” stanie się docelowym wzorcem organizacyjnym batalionów bojowych, także pancernych. To istotna zmiana filozofii ich funkcjonowania: bezzałogowce przestają być dodatkiem do tradycyjnych pododdziałów, a stają się integralną częścią ich struktury i potencjału bojowego.I właśnie w tym kontekście należy oceniać polskie zakupy pancerne. Czołgi, transportery opancerzone i bojowe wozy piechoty nie są bronią przestarzałą – przestarzały może być sposób ich wykorzystania. Nie chodzi przy tym o gromadzenie jak największej liczby pojazdów. Każdy zakup powinien uwzględniać również koszty utrzymania i potrzeby innych rodzajów wojsk. Bo z ukraińskiego frontu płynie jasny wniosek: nie wystarczy zastąpić pancerza dronami ani dołożyć do czołgów kilku zagłuszarek. Trzeba zmienić sposób działania całych formacji. I dopiero od tego, czy Polska zdoła przeprowadzić taką zmianę, zależy, czy budowana dziś potęga pancerna stanie się rzeczywistym atutem na przyszłym polu walki.