Na skraju ziemi i nieba. Wysokogórska wyprawa motocyklowa Tomasz Gorazdowskiego po surowych rejonach indyjskich Himalajów pozwoliła mu doświadczyć zarówno piękna tamtejszej natury, jak i postępującej komercjalizacji regionu. Dziennikarz trasę pokonał jesienią. Swoją podróż relacjonuje na antenie Radia 357 oraz w mediach społecznościowych. Motocykle ciągle jeszcze nieoswojone, a przecież bardzo różniące się od małych osiołków, którymi jechaliśmy w Pakistanie. Royal Enfield Himalayan ma 450 cm 3, może kilka razy tyle, co pakistański skrzat. I dobrze. Pierwsze kilometry na motocyklu w Ladakhu już za mną. Piękne tereny i widok, który zapiera dech w piersiach. Dosłownie. Ciągle dostaję zadyszki po kilku krokach pod górę. Po kolei od razu, korzystając z aklimatyzacji zdobytej w Pakistanie, na początek Khardung La – 5400 metrów nad poziomem morza. 40 kilometrów serpentyn z Leh i w końcu tablica na szczycie. Prawie 18 tysięcy stóp nad poziomem morza... i morze modlitewnych flag na szczycie. Kardung La to nie tylko turystyczna atrakcja, jedna z najwyższych przejezdnych przełęczy na świecie. To historyczny szlak karawanowy i strategiczna droga armii indyjskiej na lodowiec Siachen. W dawnych dobrych czasach przełęcz była częścią szlaku handlowego z Leh do Kaszgaru w Azji Centralnej. Rocznie przechodziło tędy ok. 10 tysięcy koni i wielbłądów. A teraz morze motocykli, śmierdzące indyjskie ciężarówki, ruch tranzytowy, turyści, miejscowi. Trudno się połapać. Tylko góry wciąż zachwycają. A potem długo w dół. Jest z czego zjeżdżać, próbując nie zderzyć się z indyjskimi kierowcami, których chyba uczą, że na prostej się nie wyprzedza. Za to jak zbliża się zakręt, krew zaczyna w nich wrzeć, czują duch marszałka Sama Manekshawa – największego wojennego bohatera Indii – i rzucają się do wyprzedzania. Najlepiej na zakręcie. Zjazd prowadzi do doliny Nubry, oddalonej o około 120 km od Leh. Droga wiedzie przez wysokie przełęcze i mosty nad rzeką Shyok. W Hunder można zobaczyć pustynne wydmy i przejechać się na dwugarbnych wielbłądach oraz zaliczyć najdłuższą w okolicy tyrolkę. Czytaj też: Motocyklem w Himalaje. Wielka wyprawa wzdłuż ośmiotysięcznikówA kolejnego dnia przejazd w drugą stronę, nad jezioro Pangong Tso, położone na wysokości ponad 4 200 m n.p.m., rozciągające się na długości około 134 km, z czego ponad połowa leży już w Chinach.Straszono mnie trochę, że 30 kilometrów drogi to naprawdę ciężki offroad i prawdziwa walka, bo droga została zniszczona przez osuwiska. W porównaniu do pakistańskich bezdroży w zasadzie wszędzie, wyzwanie nie okazało się problemem. Dojazd z Nubry zajmuje 6–7 godzin przez przełęcze Wari La lub Shyok. Jezioro słynie z intensywnie zmieniających się barw – od granatu po turkus – i jest jednym z najczęściej fotografowanych miejsc w Ladakhu.Nocleg w czymś, co nawet trudno nazwać wioską – w Merak. I tradycyjnie zimno. Kiedy zachodzi słońce, temperatura od razu spada do 3-4 stopni, a że ogrzewania w hotelach czy obiektach hotelopodobnych nie ma, temperatura w pokojach jest taka sama jaka na zewnątrz. Jest dość rześko. Sytuację ratują grube kołdry i jeszcze grubsze koce. Trasa długa, wymagająca, ale pełna obrazów, które zostają w pamięci na zawsze. A później ma być jeszcze fajniej. 150 kilometrów jedzie się 6-7 godzin. Kolejny odcinek prowadził do Hanle, na nocleg na wysokości 4500 metrów. Nie ma wyjścia. Głowa jednak boli, noc taka sobie, ale znowu: jakie widoki.Droga do Hanle to jedna z najbardziej odludnych tras w Ladakhu. Prowadzi przez Changthang Plateau. Tu w zasadzie nie ma nic. Brązowe wzgórza przechodzące w skaliste ośnieżone szczyty. I tylko od czasu do czasu posterunki i jednostki wojskowe, których jest tam zaskakująco dużo. Małe miasteczka wojskowe, szczególnie w drodze do Leh, spotyka się co kilkadziesiąt kilometrów. Hanle to wypadowe miejsce do wjeżdżania na Umling La, najwyżej położoną przełęcz na świecie, przez która można przejechać. To droga do Chin. Niestety w tym roku została zamknięta dla cudzoziemców przez wojsko. Mieli dość zawracania głowy i teraz mają święty spokój.Tylko co z Hanle? Kiedy przestaną przyjeżdżać turyści? Co z tymi guesthouse, hotelikami ? Z czego mieszkańcy będą żyć? Szczerze mówiąc trudno zorientować się, z czego – oprócz turystów – mogą żyć. Zostanie tylko obserwatorium astronomiczne. Tu jest najciemniejsze niebo w Indiach. Tu gwiazdy widać najlepiej, a są przecież na wyciągnięcie ręki.Czytaj też: Helikoptery zderzyły się w pobliżu Mount Everest. Zginął turystaWięc z wjazdu na przełęcz nici. A szkoda, bo to przecież blisko nieba. 5800 metrów nad poziomem morza. Ale zgody nie było. Za to droga do Leh spełniła oczekiwania. Prowadząca miejscami kanionem rzeki Indus, była fantastyczna. Półki skalne kilkaset metrów nad przepaścią, dramatyczne czerwone i ochrowe skały. Droga biegnie albo wysoko albo tuż nad rzeką. W głąb kanionu można było zajrzeć, jak w paszczę jakiegoś potwora. I znowu jednostki wojskowe, niektóre ogromne. Co kilkadziesiąt kilometrów. A potem im bliżej Leh, tym większy ruch i znowu hinduska swoboda w wyprzedzaniu. Absolutna dominacja silniejszego na drodze. Jako motocyklista jestem prawie ostatni w tym łańcuchu ważności na drodze. Za mną tylko piesi i nieliczni rowerzyści. Na szczęście motocykle spisują się znakomicie. Hamulce mają zdecydowanie lepsze niż malutkie Suzuki z Pakistanu i to się przydaje. Na drodze tetris w wersji life. Zmieszczę się, nie zmieszczę, oczywiście na zakręcie. Pasy na drodze są kwestią umowną. Jak ktoś jedzie poboczem, poza drogą, to znaczy że znalazł wolną przestrzeń. W Leh jeszcze w ciągu dnia jest ciepło, ale zimne dni nadchodzą nieubłaganie. Trzeba będzie uciekać przed śniegiem, który podobno już zasypuje znienacka niektóre przełęcze. A tu jest tak, że jak zasypie jedną i drugą drogę, którą pokonuje się w jeden dzień, droga alternatywna zajmie do 4 do 5 dni. I to przez tereny, przez które wolałbym nie jechać, czyli dystrykty przygraniczne Dżammu i Kaszmiru. Ale na razie nastawiam się na drogę przez Zanskar. Nie znam nikogo, kto nie zachwyciłby się tą drogą. Widoki można obejrzeć na Facebooku na profilu „Life Guru otwórz oczy”. Relacje z wyprawy w radiu Radio357 w poniedziałek, środę i piątek o godz. 6.50.Czytaj też: Nie był drugi, był wielki. Himalaje zabrały go 37 lat temu