Wyborcza sensacja. Trump mówił wprost: to zagrożenie dla kraju. Mike Rogers, jego republikański rywal, lwią część kampanii (i milionów na nią przeznaczonych) poświęcił straszeniu białych mieszkańców przedmieść Detroit przed „przybyszem ze Wschodu”. 42-letni Abdul El-Sayed nic sobie z tego wszystkiego nie robił. Został właśnie pierwszym w ponad dwustuletniej historii amerykańskiego Kongresu muzułmańskim senatorem. To wszystko to oczywiście nie przypadek. Najpewniej również wcale nie jednorazowy strzał. Społeczność muzułmanów w Michigan żyje, ma się dobrze i stale się powiększa. Stają się też coraz bardziej bezkompromisowi. Przez dekady byli traktowani jako „dodatek”. W metropolii Detroit – od fabrycznego Dearborn po robotnicze Hamtramck – żyli imigranci z Libanu, Jemenu, Iraku i Egiptu. Pracowali przy taśmach montażowych Forda i General Motors, należeli do potężnego związku zawodowego United Auto Workers i co cztery lata karnie oddawali głosy na kandydatów namaszczonych przez partyjną centralę w Waszyngtonie.Te czasy już minęły. Obszar metropolitalny Detroit stał się demograficznym ewenementem. W sąsiadującym z miastem Dearborn ponad połowa mieszkańców ma korzenie na Bliskim Wschodzie lub w Afryce Północnej – to pierwsze miasto w USA z arabską większością, kierowane przez muzułmańskiego burmistrza Abdullaha Hammouda. Tuż obok leży Hamtramck, dawna polska enklawa wokół fabryk samochodowych, gdzie dziś burmistrzem jest Jemeńczyk Amer Ghalib, a cała rada miejska składa się z muzułmanów.Czytaj też: Samolot z VIP-ami zawrócony w połowie drogi do MoskwyW stanie wahającym się, gdzie o losach wyborów decyduje czasem kilkanaście tysięcy głosów, ta licząca prawie pół miliona osób społeczność zyskała status siły, z którą każdy polityk musi się liczyć. Kiedy Waszyngton ignorował ich protesty w sprawie wojny na Bliskim Wschodzie, w 2024 roku ponad 100 tys. wyborców z Michigan wrzuciło w prawyborach głosy protestacyjne, a w wyborach prezydenckich wielu demonstracyjnie odmówiło poparcia Demokratom. Pokazali, że nikt nie ma prawa brać ich głosów za pewnik.Z tego politycznego buntu wyrósł Abdul El-Sayed, choć jego droga do polityki nie miała nic wspólnego z partyjnymi młodzieżówkami. Urodzony na przedmieściach Detroit syn inżyniera z Aleksandrii i pielęgniarki skończył biologię na University of Michigan, zdobył prestiżowe stypendium Rhodesa na Oksfordzie, obronił tam doktorat z epidemiologii, a dyplom lekarski odebrał na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Lekarz z misjąMógł zostać na Manhattanie i zarabiać miliony w prywatnych klinikach. Zamiast tego w 2015 roku wrócił do zrujnowanego rodzimego stanu. Detroit lizało wtedy rany po największym bankructwie miejskim w historii USA – miało 18 miliardów dolarów długu, tysiące opuszczonych domów i zlikwidowany, z biedy, departament zdrowia publicznego. 30-letni El-Sayed został najmłodszym szefem miejskiej służby zdrowia w wielkim amerykańskim mieście, dostając zadanie odbudowy instytucji od zera.Nie siedział za biurkiem. Wszedł w ostre konflikty ze starym układem. W cieniu potężnego skandalu z zatruciem wody w pobliskim Flint przeprowadził masowe badania w szkołach w Detroit, wymuszając natychmiastową wymianę ołowianych rur. Zorganizował darmowe badania wzroku i okulary dla tysięcy dzieci z najbiedniejszych rodzin. Kiedy gigantyczna rafineria Marathon Petroleum próbowała zwiększyć emisję dwutlenku siarki w ubogiej, czarnoskórej dzielnicy na południu miasta, publicznie zagroził zablokowaniem pozwoleń środowiskowych, zmuszając koncern do ograniczenia trucizn i sfinansowania filtrów powietrza w okolicznych szkołach.Rozpoznawalność zamienił na próbę wejścia do wielkiej polityki. W 2018 roku wystartował w prawyborach na gubernatora Michigan z poparciem Berniego Sandersa i Alexandrii Ocasio-Cortez. Przegrał wtedy z faworytką aparatu partyjnego, Gretchen Whitmer. Zamiast jednak obrażać się na politykę, wrócił do pracy w sektorze zdrowia publicznego hrabstwa Wayne, prowadził popularny podcast medyczny i cierpliwie czekał na swój moment.Szansa nadeszła, gdy urzędujący demokratyczny senator Gary Peters ogłosił przejście na emeryturę. Kierownictwo partii w Waszyngtonie miało już gotową następczynię: kongresmenkę Haley Stevens, wspieraną przez wielki biznes i tradycyjnych darczyńców. W sierpniowych prawyborach El-Sayed rozbił jednak partyjny bank. Wygrał dzięki bezprecedensowej mobilizacji w arabskich i muzułmańskich enklawach wokół Detroit, dokładając do tego głosy czarnoskórych mieszkańców miasta oraz studentów z ośrodków uniwersyteckich, takich jak Ann Arbor. Rozłam w partii był tak głęboki, że przegrana Stevens na dwa dni przed właściwymi wyborami… odmówiła poparcia partyjnemu koledze i poparła kandydata Republikanów.„Mów mi: senatorze”Listopadowy pojedynek z republikańskim kandydatem Mike’em Rogersem był brutalny. Sztab Rogersa próbował grać kartą tożsamościową, strasząc wyborców wyznaniem El-Sayeda i jego twardą krytyką amerykańskiej pomocy militarnej dla Izraela. W stanie osobiście pojawiał się Donald Trump.El-Sayed nie dał się jednak wepchnąć w rolę religijnego radykała. W debatach mówił spokojnym, chłodnym językiem, jak na lekarza przystało. Zamiast spierać się o ideologię, bezlitośnie punktował Republikanów w sprawie rosnących kosztów życia, horrendalnych cen leków na receptę i upadku szpitali na prowincji. Gdy spłynęły wyniki z aglomeracji Detroit, przewaga okazała się nie do odrobienia. Podczas nocy wyborczej El-Sayed pozwolił sobie na zaledwie jedną osobistą uszczypliwość, przypominając wiceprezydentowi elektowi: „JD, habibi, to piękna ironia losu, że w styczniu będziesz konstytucyjnie zobowiązany odebrać ode mnie senatorskie ślubowanie”.Zwrócił się też do Trumpa…Za sprawą El-Sayeda muzułmanie przestają być już tylko regionalną ciekawostką w amerykańskiej polityce. Senat to stuosobowy klub decydujący o budżecie obronnym, nominacjach sędziowskich i traktatach międzynarodowych. Muzułmańska społeczność właśnie zyskała ważne, cenne miejsce przy stole. I pewnie nie powiedziała ostatniego słowa.Czytaj też: Kierunek: Biały Dom. Jon Ossoff to przyszłość Demokratów