Miliony oglądały lądowanie kapitana Wrony. Miliony Polaków z zapartym tchem śledziły wydarzenia rozgrywające się nad Warszawą. Lecący z Newark Boeing 767 PLL LOT nie mógł wysunąć podwozia, a na pokładzie znajdowało się 231 osób. Kiedy kapitan Tadeusz Wrona posadził maszynę na pasie lotniska Chopina „na brzuchu”, dokonał manewru, który przeszedł do historii polskiego lotnictwa. To była jedna z najbardziej dramatycznych godzin w historii polskiego lotnictwa. 1 listopada 2011 roku, tuż po godz. 14:00, Telewizja Polska przerwała nadawanie programu, żeby przekazać informację o problemach samolotu LOT. Miliony Polaków śledziły na żywo dramat rozgrywający się nad Warszawą. Boeing 767-300 linii PLL LOT z 231 osobami na pokładzie wracał z Newark w USA do stolicy. Pół godziny po starcie załoga zgłosiła usterkę centralnego systemu hydraulicznego, odpowiadającego za wysunięcie podwozia. Zadecydowano jednak o kontynuowaniu lotu. Pasażerowie dowiedzieli się o kłopotach dwie i pół godziny później. Podczas zbliżania do lotniska Okęcie w Warszawie kapitan Tadeusz Wrona i drugi pilot Jerzy Szwarc podjęli próbę wypuszczenia podwozia za pomocą awaryjnego systemu elektrycznego, ale ten też nie zadziałał. Pozostało tylko jedno: awaryjne lądowanie „na brzuchu”. Manewr, podczas którego nie ma miejsca na błąd. Jest za to ogromne ryzyko katastrofy. Wojskowe myśliwce na pomoc załodze Boeinga Przez kilkadziesiąt minut samolot krążył w okolicy Warszawy. Maszyna pozbywała się paliwa, a służby ratunkowe przygotowywały lotnisko Chopina na najgorszy scenariusz. W powietrze poderwano nawet dwa myśliwce F-16. Zadaniem wojskowych pilotów było sprawdzenie, czy rzeczywiście samolot nie wypuścił podwozia, a następnie eskortowanie pasażerskiego odrzutowca. Gdy Boeing rozpoczął podejście do lądowania, napięcie sięgnęło zenitu. Kamery telewizyjne transmitowały każdy ruch maszyny. Odrzutowiec dotknął „brzuchem” pasa lotniska około godz. 14:40. Spod kadłuba posypały się iskry, ale płyta była pokryta wcześniej specjalną pianą gaśniczą i nie doszło do pożaru, którego obawiała się załoga i pasażerowie. Ci ostatni mówili później, że nawet nie poczuli zbyt poważnych wstrząsów. Boeing zatrzymał się na pasie, a błyskawicznie przeprowadzona ewakuacja przebiegła wzorowo. Nikt z 220 pasażerów i 11 członków załogi nie odniósł obrażeń. W jednej chwili kapitan Wrona stał się bohaterem całego kraju. Czytaj także: Ratowali walizki z płonącego Boeinga. To cud, że nikt nie zginął „Za to mi płacą” Kpt. Wrona stwierdził, że „obawiał się tylko o samą końcówkę, o dobieg, o ostatni ślizg prowadzący do zatrzymania samolotu”. – Nie wiedziałem, jak samolot będzie się zachowywał, że ściągnie nas na jedną bądź drugą część pasa, gdzie nie będzie już tej piany – mówił później w wywiadzie dla TVP Info. Choć Polska mówiła o „cudzie na Okęciu”, sam pilot konsekwentnie podkreślał, że sukces jest dziełem całej załogi. – Nie tylko ja lądowałem, lądowała cała załoga. Drugi pilot też miał ręce na sterach. Stewardessy też są bohaterkami. Służby naziemne też pomogły nam, żeby wszystko sprawnie poszło. Nie jesteśmy bohaterami, musieliśmy wylądować. I na pewno byśmy wylądowali, czy z podwoziem, czy bez podwozia, nie wiadomo tylko, czy tak szczęśliwie by się udało – stwierdził w wywiadzie dla TVP Info. – Na tym polega moja praca, za to mi płacą. Zupełnie normalnie się czuję, zdaję sobie sprawę, że rzadko zdarzają się takie przypadki, a takie szczęśliwe jeszcze rzadziej – dodał z uśmiechem na twarzy. Prezydent Bronisław Komorowski jeszcze tego samego dnia podziękował pilotom i załodze, a po kilku dniach ich odznaczył. Feralny bezpiecznik Późniejsze śledztwo Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych wykazało, że źródłem problemów był uszkodzony przewód hydrauliczny. Mogło do tego dojść z powodu zmęczenia materiału, poluzowania na łączeniu czy np. zgięcia. Eksperci analizowali również działanie awaryjnego systemu elektrycznego. Za najbardziej prawdopodobną przyczynę niezadziałania tegoż uznali wyłącznie bezpiecznika. Komisja oceniła, że przypadkowe wyłączenie bezpiecznika jest bardzo trudne, ale możliwe. – Sprawdzaliśmy go dwukrotnie. Był wpięty – konsekwentnie powtarzał kapitan Wrona. Sam Boeing 767 o znakach SP-LPC, którym leciał kapitan Wrona, już nigdy nie wrócił do regularnych lotów w barwach LOT-u. Koszty naprawy okazały się zbyt wysokie, a maszyna została później sprzedana. Czytaj także: Rakieta zestrzeliła Tupolewa. 78 osób nie miało żadnych szans