Zbliżają się zmiany w przepisach. Pamiętam, jak wiele lat temu odwiedziłam przyjaciół, Czechów mieszkających w Pradze. Gospodyni oprowadzała mnie po domu i w pewnym momencie, zatrzymując się vis a vis biblioteczki, wskazała na półkę z książkami, na środku której stała urna. „To mama T.” – powiedziała o prochach zmarłej teściowej, które po prostu stały między książkami. To było dla nich tak normalne, tak naturalne, że i mnie – turystce z Polski, w której jeszcze wtedy takie rozwiązania w ogóle nie były dyskutowane – cała ta sytuacja kompletnie nie zszokowała. Ba! Pamiętam, jak wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chciałabym, by i do Polski dotarł ten czeski luz w mówieniu o rzeczach tak istotnych. Oraz to czeskie prawo, które nie ma nic przeciwko temu, by ludzie prochy swoich bliskich trzymali… blisko. Od tamtej pory tematem odchodzenia wielokrotnie zajmowałam się zawodowo. Obserwowałam, jak za sprawą ludzi, którzy zaczęli normalizować mówienie o śmierci (choćby wprowadzając do Polski przedsięwzięcie o nazwie „Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji”, w czasie którego biesiadnicy omawiali zagadnienia dotyczące umierania, czy zakładając Instytut Dobrej Śmierci). Śledziłam, jak zawodowcy z branży funeralnej szturmem zaczęli podbijać internet. Zaczęło się od historii o tanatopraktorach, czyli ludziach, którzy przygotowują ciała zmarłych do kremacji i pochówku. Potem o tych, którzy uczą się wykonywać pośmiertne makijaże, produkują finezyjne trumny, albo reklamują je, tworząc kalendarze z roznegliżowanymi modelkami. W końcu pracownicy firm pogrzebowych zaczęli o swojej pracy opowiadać w mediach społecznościowych i nagle okazało się, że ten wypychany poza margines temat, jest dla wielu tak pasjonujący. Jakby ludzie zaczęli sobie nagle uświadamiać, że to rzeczywiście dotyczy nas wszystkich. Strach przed tym, że oglądanie rolek na temat przygotowań do pożegnań zmarłych dzieci (które czasem wrzuca firma pogrzebowa specjalizująca się w tak ekstremalnie trudnych zleceniach) ściągnie na naszą rodzinę jakieś nieszczęście, przestał brać górę nad ludzką, tak naturalną przecież ciekawością.Do tego doszły ogromne, czasem mam wrażenie, że „niedoszacowane” zmiany społeczne. Fakt, że ludzie coraz chętniej i śmielej wybierają humanistyczne ceremonie pogrzebowe i że w Polsce naprawdę mamy genialnych mistrzów ceremonii, którzy są w stanie pożegnać zmarłego, nie myląc przy tym jego imienia (co czasem zdarza się niestety księżom!). Coraz więcej osób ma już doświadczenie uczestniczenia w takim pożegnaniu, a co za tym idzie wieść o tym, że i bez udziału kościoła można godnie upamiętnić zmarłego, idzie w Polskę.„Żegnaj” można powiedzieć na wiele sposobówDo tego dochodzą dość kuluarowe rozmowy, jak to bliscy część prochów swojego ukochanego zmarłego odsypali do małego puzderka, jakiejś szkatułki, bądź specjalnej mini urny oferowanej czasem przez zakład pogrzebowy (ewidentna odpowiedź na zapotrzebowanie), by nie być zmuszonym do pochowania całości na cmentarzu, ktoś opowiada o tym, że prochy jego bliskiej osoby znalazły się w biżuterii, którą teraz dumnie nosi, jeszcze ktoś przyznał się znajomym, że pozwolił sobie na samowolkę i rozsypanie prochów w miejscu tak uwielbianym przez zmarłą osobę… Opowieści o tym, jak dzieci ozdabiają trumnę ze zwłokami taty, czy mamy specjalnymi pożegnalnymi malowidłami, też już nikogo nie szokują. Stały się po prostu opowieściami o tym, że to wymowne „żegnaj” można powiedzieć na wiele sposobów.Czytaj też: Jakubik o Kuroniach: Ta miłość musiała mieć ofiaryI choć oczywiście zdarzają się takie sytuacje, wypowiedzi, jak choćby ta mojej niedawnej gościni, Anji Franczak, która w podcaście „Powiem to pierwszy raz” opowiedziała o tym, że chciałaby być pochowana bez trumny, że marzy jej się pochówek naturalny, co wywołało lawinę oburzenia w mediach społecznościowych, to każdy taki sygnał wysłany w świat sprawia, że my w ogóle, po latach udawania, że jesteśmy nieśmiertelni i ukrywania końca życia przed postronnymi, zaczynamy mówić o tym głośno.Sądzę, że zmiany w prawie dotyczącym pochówków są konieczne, dlatego z taką radością przyjęłam newsa o tym, że Ministerstwo Rozwoju i Technologii „przygotowało założenia do projektu nowelizacji ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych”. Jak opisywała „Rzeczpospolita”, „ministerstwo zaproponowało, aby była możliwość przechowywania urny z prochami w domu czy też sytuowania kolumbariów poza cmentarzami, co pozwoliłoby na chowanie urn np. na terenie ogrodu w rodzinnym mauzoleum (…). MRiT chce też umożliwić rozsypywanie popiołów tak na terenie cmentarnych „ogrodów pamięci”, jak i w górach czy nad morzem lub w innym, ważnym dla zmarłego miejscu oraz dopuścić korzystanie z biodegradowalnych urn, umożliwiających pochowanie prochów pod zasadzonym drzewem czy inną rośliną”.