Alfabet Oczkosia. No właśnie. Zdrada Polityczna. Ktoś mógłby powiedzieć, że to litera ukochana, bo w polityce zdrada występuje częściej niż wolne miejsce parkingowe przed supermarketem przed świętami. Dlatego dzisiaj zabieram Państwa na wycieczkę po tym, jak zdrada wygląda, zanim jeszcze zostanie popełniona. Bo ciało nie kłamie. Ciało co najwyżej zmienia klub parlamentarny. Anatomia zdrady, czyli co widać na długo przed konferencją prasowąPierwszy sygnał to przesunięcie krzesła. Polityk, który od lat siedział w pierwszym rzędzie, nagle ląduje w trzecim, „bo tam lepszy zasięg wi-fi”. Nie, proszę Państwa. Tam jest lepszy kąt ucieczki. Zdrada zawsze zaczyna się od geometrii. Człowiek zajmuje miejsce bliżej wyjścia, tak jak pasażer, który wie, że autobus nie dojedzie tam, dokąd obiecywał kierowca.Drugi sygnał to rozluźniony krawat. W dniu lojalności krawat jest ściśnięty jak umowa koalicyjna: tak mocno, że aż trudno oddychać. W dniu poprzedzającym zdradę krawat luzuje się sam, jakby szyja już wiedziała, że będzie potrzebowała więcej powietrza na wywiad, w którym padnie zdanie „to nie ja odszedłem, to oni odeszli ode mnie”.Trzeci sygnał, mój ulubiony, to uśmiech bez oczu. Oczy zostają na poprzednim stanowisku, a usta już pracują na nowym. Przyglądajcie się Państwo uważnie: jeśli polityk mówi „pozostaję zawsze wierny wartościom”, a jego lewa brew w tym czasie robi coś w rodzaju wykręcenia numeru do konkurencji, to mamy do czynienia z zaawansowanym przypadkiem wartości w fazie wyprzedaży.Słownik tłumaczeń, czyli język zdradyZdrada polityczna ma bogaty słownik, bo przecież nikt nie powie wprost „zdradzam”. To jak nazwać remont kuchni demolką. Oto kilka tłumaczeń z polityczno-polskiego na nasze:„Muszę wsłuchać się w głos wyborców” znaczy: wsłuchałem się w głos sondażu.„Odchodzę z powodów programowych” znaczy: przy poprzednim programie nie przewidziano dla mnie fotela.„To nie jest zdrada, to ewolucja” znaczy: ewoluowałem w kierunku, gdzie ciepło i są ciastka.„Nigdy nie opuszczę tego środowiska” znaczy: opuszczę je we wtorek, ale proszę nie planować niczego na środę.„Zawsze byłem człowiekiem dialogu” znaczy: rozmawiałem już z drugą stroną i dogadaliśmy się w sprawach logistycznych.Czytaj także: O jak Ojczyzna, czyli Oczywista OczywistośćScena obowiązkowa: konferencja prasowa po zdradzieTu dopiero zaczyna się teatr. Polityk staje przed mikrofonami. Za nim stoją ludzie nowego obozu, który przed tygodniem był „zagrożeniem dla demokracji i dla polskiej kuchni”, a dziś jest „naturalnym partnerem w budowie wspólnoty”. Zwróćcie Państwo uwagę na ustawienie ciał. Nowi koledzy stoją zbyt blisko, uśmiechają się zbyt szeroko i klepią go po ramieniu z entuzjazmem właściciela, który właśnie kupił używany samochód z prawdziwym przebiegiem.Zdrajca natomiast ma ręce w pozycji obrońcy w piłce nożnej, czyli splecione przed sobą. To klasyk. Człowiek instynktownie chroni to, co najcenniejsze, czyli własną karierę. Do tego dochodzi spojrzenie w punkt nad głowami dziennikarzy. Nie patrzy im w oczy, bo oczy dziennikarzy są jak wykrywacz kłamstw na lotnisku: piszczą na samą myśl.I wtedy pada zdanie, które w polskiej polityce jest odpowiednikiem hymnu: „Zrobiłem to dla Polski”. Proszę zauważyć, że Polska ma dziwną skłonność do tego, żeby wszelkie zdrady działy się właśnie dla niej i zawsze w wersji, w której najbardziej korzysta ten, kto zdradza. Gdyby Polska miała rzecznika prasowego, wydałaby oświadczenie: „Bardzo proszę, żeby przestano robić rzeczy w moim imieniu. Nikt mnie nie pytał”.Zdrada z perspektywy marketingu, czyli rebranding sumieniaTeraz kilka słów od strony wizerunkowej. W marketingu politycznym zdrada nazywa się repozycjonowaniem marki. To jak kiedy firma produkująca parówki ogłasza, że od dziś jest wegańska. Logo to samo, zapach podobny, ale w składzie coś się zmieniło i nikt nie chce wiedzieć co.Doradcy wizerunkowi mają na takie okazje gotowy pakiet. Pierwszy element to nowa garderoba. Granatowy garnitur zmienia się w ciemnozielony, ewentualnie dochodzi szalik w barwach nowej drużyny, noszony z miną człowieka, który zawsze lubił ten kolor, tylko nikt go wcześniej o to nie zapytał. Drugi element to nowa fryzura, bo nic tak nie mówi „jestem nowym człowiekiem” jak odrobina żelu. Trzeci to nowy bohater opowieści: nagle okazuje się, że polityk miał trudne dzieciństwo, a w dodatku od zawsze czuł wewnętrzny konflikt, który ujawnił się dopiero przy obiecującym stanowisku wiceprzewodniczącego komisji.W tle słychać narrację: „Zawsze wierzyłem w to samo, tylko to samo zmieniło adres”. Ta konstrukcja jest tak genialna, że powinna być objęta patentem. Pozwala ona człowiekowi zmienić wszystko, zachowując wrażenie, że nie zmienił nic. To jak przeprowadzka z meblami, a potem twierdzenie, że to mieszkanie zawsze tam było tak umeblowane w dodatku.Czytaj także: L jak lizusy polityczne. Kaczyński i Tusk, czyli duet marketingowyZdrada widziana oczami zdradzonychNie można zapomnieć o drugiej stronie barykady. Opuszczeni koledzy reagują w sposób, który uwielbiam analizować pod kątem mowy ciała. Najpierw jest zamrożenie: twarz jak u człowieka, który wrócił do auta i znalazł tylko cztery koła na podstawce z cegieł, a i te się rozglądają. Potem teatralne niedowierzanie: dłoń na sercu, druga dłoń na czole, razem tworzą pozę znaną w tradycji jako „Jak mogłeś, Brutusie, przecież zawsze ci ufałem, tylko trochę mniej niż sondażom”.Później następuje faza oświadczenia. Lider zdradzonego obozu staje przed kamerą i mówi: „Nie jesteśmy zaskoczeni”. To oczywiście kłamstwo, bo twarz jest zaskoczona od stóp do głów, ale politycy mają taką zasadę, że zaskoczenie dopuszcza się tylko w dniu wyborów i przy rachunkach za fotowoltaikę. Potem rzuca zdanie: „ci, którzy odchodzą i tak nic nie znaczyli”. Obserwujcie Państwo wtedy jego prawe oko, które zaczyna lekko drgać, bo przecież ten ktoś znaczył bardzo dużo: dwa głosy w głosowaniu i klucz do kuchni w biurze poselskim.Pięć typów zdrajcówDla porządku mała klasyfikacja.Typ pierwszy: Romantyk. Zdradza z powodów ideowych. Mówi o wartościach i sumieniu, podczas gdy jego żona, która go zna od dwudziestu lat, mówi o tym samym „no, w końcu zmądrzał i się dorobił”.Typ drugi: Księgowy. Zdradza w oparciu o arkusz kalkulacyjny. Wylicza, ile będzie zarabiał po zmianie barw, jakie ministerstwo wchodzi w grę i ile dostanie za ciszę przed wyborami, a także czy w nowym klubie podają kawę. Gdy kawa jest dobra, decyzja jest właściwie podjęta.Typ trzeci: Zraniony. Zdradza, bo „oni mnie nie doceniali”. Zawsze mówi to z miną kota, któremu ktoś przestawił miskę. Nie pyta, czy miska mogła stać gdzieś indziej. Wie, że ktoś go skrzywdził i to wystarczy do przejścia na drugą stronę.Typ czwarty: Turysta. Zdradza regularnie, jakby to był element planu wycieczki. W jednej kadencji odwiedza trzy kluby, dwie koalicje i jeden komitet wyborczy z nazwą, której nikt nie pamiętał. Jego wizytówka wygląda jak mapa metra w Tokio.Typ piąty: Prorok. Zdradza, bo „widzi, w którą stronę idzie historia”. Ma przy tym wzrok zawieszony w oddali i ręce wyciągnięte jak człowiek, który chce złapać wiatr. Historia rzeczywiście idzie, tylko zwykle w tym samym kierunku, w którym idą dofinansowania.Czy zdrada się opłaca? Rzut oka na statystyki, których nie mamPytanie fundamentalne: czy w polityce zdrada się opłaca? Z moich wieloletnich obserwacji medialnych wynika, że zdrada opłaca się dokładnie do momentu, w którym nowi koledzy zrozumieją, że skoro ktoś zdradził tamtych, może zdradzić i ich. To jest ta cudowna chwila, gdy zdrajca odkrywa, że w nowym klubie wcale nie czekają na niego czerwony dywan i fotel z wizytówką, tylko miejsce w ostatnim rzędzie, tuż obok niedomkniętych drzwi. Znowu geometria. Zdrada zaczyna się i kończy w tym samym miejscu: blisko wyjścia.W tym momencie z jego twarzy znika entuzjazm, a pojawia się coś, co w mowie ciała nazywamy wyrazem zrozumienia kosztów. Brwi opadają, kąciki ust ciągną w dół, a spojrzenie wędruje ku staremu klubowi z miną psa, który odszedł z domu po lepszą kość i odkrył, że kość była plastikowa.Czytaj także: Y jak yyyyyyTam, czyli wprowadzamy nową pozycję do słownikaZakończenie, czyli Z jak Zawsze Znajdzie Się Ktoś NowyI tak oto, docieramy do końca alfabetu. Od A do Z przeszliśmy razem przez gesty, miny, półuśmiechy, krawaty, mikrofony i konferencje. Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że polityka jest teatrem, w którym aktorzy zmieniają kostiumy częściej, niż widzowie zmieniają kanały. A zdrada polityczna? To po prostu wolta w ostatnim akcie, po której publiczność wstaje i klaszcze, bo nie wie, czy to jeszcze część przedstawienia, czy już ktoś zapomniał wyłączyć mikrofon.Jedno jest pewne: dopóki będą fotele, będą też ludzie, którzy chcą na nich usiąść. A dopóki będą ludzie, którzy chcą usiąść, dopóty będzie ktoś, kto przesunie krzesło o jeden rząd dalej, rozluźni krawat i powie z miną niewiniątka: Ja tylko wsłuchuję się w głos wyborców i chodzi o wartości nie o stołki.Zdrady politycznej nie wymyśliłem, ale obiecuję zawsze wam o niej opowiadać. Chyba że za jakiś czas ktoś mi zaproponuje lepszy kontrakt w innej stacji. Wtedy usłyszycie dokładnie to samo: „To nie zdrada, to ewolucja”.Patrzcie ludziom na dłonie, nie na usta. Usta kłamią zawodowo, dłonie robią to tylko amatorsko.