„Polityczny Atlas Europy”. Dziś jest szczęśliwym mieszkańcem Danii i influencerem przybliżającym Polakom życie w tym kraju, ale 11 lat temu, żeby utrzymać się na studiach, pracował w magazynie i zbierał puszki. Jacy są Duńczycy? Co jest ich największym problemem, a kto ich najbardziej irytuje? Dlaczego duńscy politycy nie kłócą się o kwestie światopoglądowe? Damian Trzciński – znany jako Damian w Danii – w rozmowie z portalem TVP.Info opowiada o kraju, który stał się jego domem. Jak sam mówi, do Danii trafił z przypadku. – Dzień po maturze zacząłem swoją pierwszą i ostatnią pracę w Polsce – razem ze znajomymi, w sklepie jednej z sieciówek w galerii handlowej. Zarabiałem 7,70 zł na godzinę, co i tak było dużo, bo znajomi dostawali 5-5,50 zł. Na przerwach rzucaliśmy do siebie pół żartem: „wyjeżdżamy z tego kraju!” – opowiada. Jak postanowił, tak zrobił. Do Danii zawiodła go czysta ciekawość – przeglądał w wyszukiwarce możliwości studiów za granicą i trafił na agencję, która za darmo pomagała polskim maturzystom w aplikowaniu. – Dania przykuła moją uwagę, bo studia były za darmo, a do tego państwo od lat wspierało studentów grantem na utrzymanie. Wiedziałem, że będę musiał utrzymywać się w 100 proc. sam, więc to mi zostało w głowie – wspomina. CZYTAJ TAKŻE: Symbol europejskiej integracji. „Erasmus+ przeżywa renesans”– Na rekrutację było już za późno, więc planowałem rok popracować w Polsce i aplikować w kolejnej. Ale przyszedł mail z agencji: w ostatnim terminie są jeszcze wolne miejsca na kilku kierunkach. Porzuciłem plany studiów w Warszawie, wybrałem najbardziej ścisły z dostępnych kierunków – w Horsens, małym mieście w Jutlandii – pożyczyłem 6 tys. zł, bo własnych pieniędzy nie miałem – i miesiąc później wyjechałem – mówi. Odważna decyzja? Niewątpliwie, tym bardziej że miał wówczas niespełna 19 lat. Trudne początki w Danii– Pojechałem, nie mając mieszkania. Napisałem do wszystkich akademików – wszędzie usłyszałem, że nie ma miejsc. Dzień przed wyjazdem jeden napisał, że zwalnia się pokój – i od razu przysłał fakturę: dwa czynsze depozytu plus pierwszy miesiąc. Łącznie 10 tys. koron, czyli ok. 6 tys. zł – wszystkie pieniądze, jakie miałem. Dziś wiem, że to nie była ogromna kwota, ale wtedy to była bariera nie do przeskoczenia. Zapytałem, czy mogę zapłacić w ratach. Odpowiedź: „no money, no keys” – wspomina.Zaryzykował – wsiadł do busa pod Lublinem i jechał 20 godzin do upragnionego celu. Na Jutlandii nie czekał na niego czerwony dywan.– Jedyne co miałem, to odpowiedź na post na grupie „Studia w Danii” – dziewczyna spod Puław, która też właśnie zaczynała studia, napisała, że w razie czego mogę przespać się u niej na podłodze. Tak spędziłem pierwszą noc i do dziś jestem jej za to wdzięczny – opisuje. To za namową tej dziewczyny udał się do biura akademików, nie licząc na sukces, ale jednocześnie mając świadomość, że walczy o przetrwanie.– Spotkałem tam pierwszego Duńczyka i zamiast poprosić o pomoc, łamanym angielskim powiedziałem: „Przyszedłem odebrać klucze do mojego pokoju”. To nie miało prawa się udać – mówi. Ale się udało.– Sprawdził listę, wydrukował umowę i podał mi klucze oraz długopis. W życiu nie podpisałem się tak szybko. Dopiero z kluczami w ręku przyznałem: – Wiesz, że jeszcze nie zapłaciłem całej faktury? Ale zapłacę, dziś mogę wpłacić połowę, obiecuję!. Machnął ręką: „deal”. To była moja pierwsza lekcja Danii: tu ludzie sobie aż tak ufają. Ale byłem też szczęściarzem – wyznaje. „Jak Polak za granicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł”Nadszedł czas na kolejny etap, czyli poszukiwania pracy. Do agencji pracy tymczasowej Damiana zaprowadził Polak.– W busie do Danii rodacy ostrzegali mnie, że „jak Polak za granicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł”. Długo zastanawiałem się potem dwa razy, zanim się na coś zgodziłem. Ale wyjątki od tej reguły trafiały mi się od początku – podkreśla. Tak trafił do pracy w magazynie, w chłodni, w temperaturze zaledwie 2 st. Celsjusza. – Przerzucaliśmy ręcznie skrzynki z mięsem i serami –40 do 48 na palecie – po 20 kg każda. Płacili ok. 105 koron na godzinę, czyli ok. 60 zł Przy moich 7,70 zł z Polski to był kosmos. Ale w Danii to była stawka prawie „wyzyskowa” – Duńczycy w życiu by za tyle nie pracowali. Dlatego poranna zmiana to byli sami Polacy, a wieczorna – Polacy i inni ludzie z Europy Wschodniej. Duński był tylko management – mówi, zaznaczając, że nie miał stałego kontraktu. Jako nowy pracownik nie mógł liczyć na zbyt dużą liczbę godzin.– W pierwszym miesiącu dostałem 6 zmian, z których ledwo starczyło na jedzenie i dojazdy. A czynsz – 3,3 tys. koron, w praktyce 5 tys. ze spłatą zaległego depozytu – trzeba było płacić co miesiąc. W pewnym momencie zostało mi na koncie 150 koron, ok. 85 zł – wskazuje. Uratowały go dwie rzeczy. Pomoc koleżanki ze studiów i system kaucyjny. – Tatiana z Ukrainy, koleżanka ze studiów, która mieszkała w Danii od 10 lat, podczas rozmowy w barze – jako obca osoba – zaproponowała mi pożyczkę, za co jestem jej wdzięczny do dzisiaj; wciąż utrzymujemy kontakt – wyznaje. A system kaucyjny? – W soboty o 6:00 rano zbierałem puszki po studenckich imprezach i zawsze wpadało 100-150 koron – wyjaśnia.Na prostą zaczął wychodzić w sezonie świątecznym, który w Danii rozpoczął się już w listopadzie.– Zgłosiłem się do pracy na święta i od końca miesiąca miałem już stałe zmiany. W grudniu wyrobiłem wystarczająco godzin, żeby jako obywatel UE dostać rządowy grant studencki (SU) – warunkiem było ok. 10-12 godzin pracy tygodniowo. Wypłacili mi go wstecznie za 3 miesiące. Spłaciłem długi w Polsce, oddałem pieniądze Tatianie i znowu nie zostało mi prawie nic. Ale pierwszy raz od przyjazdu mogłem odetchnąć – mówi.Kraj zaufania i codziennej estetykiCo go w Danii zachwyciło? Po pierwsze zaufanie, o którym wspominał wcześniej.ZOBACZ TAKŻE: Zaufanie do polityków w Polsce. Wróciła mocna polaryzacja– Po drugie – spójność i estetyka zwykłego życia. Horsens to żadna perełka, miasto wtedy miało 50 tysięcy mieszkańców, a wszystkie domy z czerwonej albo żółtej cegły, zadbane ogródki, cmentarze, które wyglądały jak parki – i ludzie naprawdę traktowali je jak parki. Proste rzeczy, jak system kaucyjny, który w Danii działał już od 2002 roku. I to, że nikt się nigdzie nie spieszył, ludzie uśmiechali się bez powodu, a latem od południa przesiadywali nad morzem. Ja, wychowany pod Lublinem, Bałtyk pierwszy raz zobaczyłem w wieku 18 lat – mówi. Przeraziły go ceny i rowerzyści, którzy mogą człowieka przejechać oraz – jak żartuje – przerażająco gardłowy język, który stał się przedmiotem memów z dławiącym się kotem.– Najbardziej przeraziło mnie to, że nikt tu nie używa tytułów. Do wykładowców nie mówiliśmy „panie profesorze” ani „panie doktorze”, tylko Jens, Mads, Pernille. Do wszystkich dorosłych na „ty”. Przyjechałem z wciąż dość hierarchicznego społeczeństwa, w którym dystans i tytuły się podkreśla, a tu nagle mogłem powiedzieć wykładowcy: „Jens, nie zgadzam się z tobą” - i to było OK. Długo się do tego przyzwyczajałem – wspomina. Pomidory o wyglądzie i smaku piłeczki do ping-pongaA czego mu najbardziej w Danii brakuje? – Z tym zgodzi się pewnie większość Polaków za granicą – jedzenia. Twarogu brakuje mi do dziś, w zwykłych sklepach go nie ma. Warzywa w Polsce są o niebo lepsze – duńskie pomidory wyglądają i smakują jak piłeczki do ping-ponga – mówi.Brakuje mu też ludzi – na początku brakowało mu zwłaszcza przyjaciół z liceum.– Trzy lata w tych samych ławkach i w tej samej bursie, pierwszy raz w życiu naprawdę wielu przyjaciół – a potem nagle sam w akademiku, który w praktyce był małą kawalerką. Z większością z nich mam kontakt do dziś, 11 lat po maturze – i bardzo się z tego cieszę. Ale przez to, że tak trzymałem się przyjaźni 1 tys. km ode mnie, przez pierwsze lata w Danii byłem samotny, bo nie budowałem nowych. I to był częściowy błąd – wyznaje. Język, którego trzeba się nauczyć Dziś Damian biegle posługuje się duńskim, ale na początku musiał radzić sobie po angielsku.– Tu też było zaskoczenie: po angielsku mówili wszyscy – i 90-letnia Dunka na pchlim targu, i 8-letnia córka duńskiej rodziny, która zapraszała studentów na obiady – mówi, ale przestrzega, że myślenie, że da się tu przeżyć całe życie bez duńskiego to iluzja.– Da się. Ale Duńczycy akceptują to tylko przez pierwsze kilka lat. Potem zaczynają patrzeć krzywo. Paradoks polega na tym, że ta sama znajomość angielskiego bardzo utrudnia naukę duńskiego. W Polsce, we Włoszech czy w Hiszpanii starsza pani zapytana o drogę odpowie w swoim języku i musisz sobie radzić. Tutaj, dopóki nie mówisz płynnie, prawie każdy przerzuci się na angielski. Nie ma kiedy ćwiczyć – wyjaśnia. Plusem są kursy, które państwo oferuje obcokrajowcom za darmo. Damian na początku dał sobie radę z dwoma modułami spośród sześciu i stracił cierpliwość. – Wróciłem po 3 latach, po 8 miesiącach pracy w duńskim zespole gdzie się osłuchałem w końcu tego duńskiego codziennie – i po teście przenieśli mnie od razu na czwarty moduł – wyjaśnia, dodając, że pomogła mu lektura darmowych gazet z dworców i oglądanie duńskich seriali, ale jego pewność siebie podkopywali Duńczycy przechodzący co chwilę na angielski.– W końcu zdałem B2, a w 2021 roku przeszedłem weryfikację na C1, żeby studiować magisterkę po duńsku – o zgrozo, nawet algebrę liniową miałem po duńsku. A mimo to w życiu codziennym korzystam z duńskiego w każdej interakcji dopiero od roku – zaznacza. Buntownicy SkandynawiiA jacy są Duńczycy? – Są powściągliwi, jak wszyscy Skandynawowie – i wobec siebie, i wobec obcych – przyznaje mój rozmówca. Dostrzega także wzrost niechęci wobec obcych.– My, Europejczycy, jesteśmy ostatni w kolejce do pokazania drzwi. Rośnie głównie niechęć wobec grup pochodzących z Bliskiego Wschodu – wskazuje i dodaje, że aby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, że Duńczycy są pod wieloma względami bardzo podobni do Polaków. – Też kochają swój kraj i swoją flagę, też są patriotami – szczerze, choć w zupełnie innym, wręcz przeciwnym wymiarze niż w Polsce. I chcą zachować swoją kulturę, tradycję i styl życia, czyli swoje velfærdssamfund – państwo dobrobytu. Kiedy jakaś grupa, czy z Bliskiego Wschodu, czy z Europy, nadużywa ich zaufania, wykorzystuje ich system i staje w kontrze do duńskiego stylu życia, Duńczykom bardzo się to nie podoba – podkreśla. Damian zwraca uwagę na jeszcze jeden bardzo istotny fakt: Dania to nie Szwecja, choć wiele osób uważa, że to prawie to samo. – Duńczycy są buntownikami Skandynawii – to kolejna wspólna cecha z Polakami: „zastaw się, a postaw się”. Są na przykład jedynym krajem nordyckim bez państwowego monopolu na alkohol. Szwecja, Norwegia, Finlandia, Islandia, a nawet należące do duńskiego królestwa Wyspy Owcze – wszystkie mają monopol. Duńczycy nie. Bo państwo nie będzie im mówić, kiedy i od kogo mogą kupić Carlsberga – podkreśla. – Duńczycy nie lubią też small talku, ale robią go z zaciśniętymi zębami w pracy – zupełnie jak Polacy – mówi. Polacy w oczach Duńczyków. „Żart o skradzionym rowerze słyszałem nieraz”A co myślą o Polakach?– Skoro Duńczycy są powściągliwi, to nigdy nie mieli o nas skrajnego zdania – choć żart, że rower ukradziony w Kopenhadze jest już pewnie w drodze do Warszawy, słyszałem nieraz. W 2015 roku byliśmy wrzucani do jednego worka z całą Europą Wschodnią – Litwinami, Rumunami, Mołdawianami – jako tania siła robocza, ale bardzo ceniona. Stąd było nas tak wielu. W Horsens była cała ulica z polskimi mieszkańcami – taki nieoficjalny horsensowski Greenpoint – żartuje, ale dodaje, że dziś ulega to zmianie.– Duńczycy nie zapiszą się do fanklubu Polski, jak ostatnio Brytyjczycy, którzy ją wychwalają. Ale oceniają nas już indywidualnie, a łatka taniej siły roboczej nie jest przypinana z automatu – podkreśla.ZOBACZ RÓWNIEŻ: „Funciakowy raj się skończył”. Wielka Brytania nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyśZauważa, że pozostały jednak różnice kulturowe w drobiazgach. – Dostałem kiedyś pytanie, dlaczego Polacy są tacy niegrzeczni w mailach. Chodziło o to, że nie zaczynają od „hej” czy „hi”, tylko od razu przechodzą do rzeczy albo, o zgrozo, piszą samo imię: „Damian… Wyślij mi XYZ”. Zabawne, bo ja w korpo pracowałem tylko w Danii i sam nie potrafię zrozumieć pisania od samego imienia – a Polacy często tak robią – mówi.Zandberg, Tusk i Kaczyński na potańcówce? W Danii to normalnePytany o to, w czym Dania wyprzedza Polskę, odpowiada, że przede wszystkim w kwestiach kultury politycznej i zaufania.– W duńskim proporcjonalnym systemie wyborczym, jak zdobędziesz 25 proc. głosów, masz mniej więcej 25 proc. mandatów. Żadna partia nie ma więc realnych szans na samodzielną większość. A mimo to rządy nie upadają, premierzy rządzą po jedną, dwie, trzy kadencje – często jako rząd mniejszościowy. Czy duńscy politycy od prawa do lewa się kochają? Nie. Ale rozumieją, że nie zostali wybrani po to, żeby się lubić albo nie lubić, tylko żeby rządzić krajem i szukać porozumienia. Jeśli projekt jest dobry dla kraju, szuka się dla niego większości – nie partyjnej, tylko wśród tych, którzy popierają daną ideę. W Polsce byłoby sensacją, gdyby skrajna prawica poparła projekt lewicy. W Danii to codzienność – podkreśla. – Wyobrażasz sobie, żeby Zandberg z Tuskiem i Kaczyńskim zrobili DJ set i potańcówkę na pikniku politycznym? A tak to wygląda co roku na Folkemødet na Bornholmie – wskazuje.Zwraca uwagę na to, że to pewnie także kwestia wieku demokracji – duńska sięga 1849 roku, a nasza jest młoda. – Ale myślę, że nasza nieufność wobec polityków odzwierciedla też naszą ogólną nieufność wobec innych ludzi. Duńczycy są za to narodem ufnym. W środku Kopenhagi ktoś potrafi rozstawić pod blokiem stół i wieszaki, zostawić sukienki po 100 koron oraz zabawki po 50 – i wrócić do domu. Płacisz MobilePay, czyli takim duńskim BLIK-iem. Nikt tego nie kradnie i każdy płaci tyle, ile jest napisane. Bo cały system działa tylko dlatego, że każdy ufa i każdy o ten system dba – mówi. Filozofia hygge– Do tego oczywiście hygge – i nie chodzi o świeczki i kocyk. Hygge to poczucie komfortu w domu, ale – co mniej oczywiste – także we wspólnocie ludzi. Cieszenie się małymi rzeczami. I nienarzekanie! Chyba że żartobliwie, na pogodę. Duńczycy nie muszą hygge tworzyć, ono im samo wychodzi w codziennych sytuacjach, mają je niemal wrodzone. „Hyggeligt” może być wszystko: weekend, rozmowa, spotkanie, atmosfera, a nawet jazda rowerem w deszczu – wymienia. A czego Duńczycy mogliby się nauczyć od Polaków? – Ambicji, żeby być najlepszym w tym, co się robi. Nie zrozum mnie źle – prawo Jante – „janteloven”, czyli „wszyscy jesteśmy równi, nie myśl, że jesteś kimś wyjątkowym”, ma piękną stronę: nie wytyka się nikomu, że mniej umie albo mniej ma, dba się o dobro ogółu, a nie tylko o jednostkę. Ale czasem mam wrażenie, że Duńczycy zadowalają się przeciętnością – mimo że są bogatym, świadomym społeczeństwem, które zbudowało porządny kraj – mówi.Jego zdaniem najlepiej widać to w infrastrukturze. – Wszystkie duże projekty są wiecznie opóźnione, a jak już zostaną oddane, zaraz wychodzi, że ktoś czegoś nie sprawdził. Albo dostawca pociągów zbankrutował i nie ma kto ich serwisować. No to trudno – przez kolejne 20 lat jeździmy starymi pociągami, aż ogłosimy nowy przetarg, a kolejny dostawca też złapie opóźnienie. Duńczycy niby narzekają, ale w głębi serca to akceptują. Za to żyją spokojnie i bez stresu – dodaje. Duńskie problemy. „Zaufanie zaczyna pękać”Co jest zdaniem Damiana największym problemem wśród Duńczyków? Pękające zaufanie.– Dla samych Duńczyków największym problemem jest to, że Dania się zmienia – ich zdaniem na gorsze. A najbardziej boli ich to, że zaczyna pękać zaufanie – wskazuje. Jak wyjaśnia, co jakiś czas w newsach wraca historia, że ludzie kradną w kasach samoobsługowych. – Kiedyś Duńczycy tłumaczyli to tym, że może to ktoś w potrzebie. Dziś mówią wprost, że to atak na ich wartości i brak szacunku. Że Dania przestaje być Danią, jeśli lokalny sklep musi montować kamery nad kasami. Że jeśli rolnik wystawia przy drodze ziemniaki albo miód, to masz wrzucić pieniądze do jego skrzynki i wziąć tyle, za ile zapłaciłeś – a on nie powinien musieć cię pilnować. To zaufanie nie zniknęło. Ale coraz częściej ktoś je łamie – podkreśla.„Zgniły banan”– Młodzi nie widzą sensu zostawania w małych miejscowościach poza Kopenhagą i ewentualnie Aarhus, bo nie ma tam pracy. Ludzi jest coraz mniej, więc komunikacja publiczna jest okrawana, więc ludzi jest jeszcze mniej – i pętla się zamyka. Na te wyludniające się regiony – zachodnie wybrzeże Jutlandii, południe kraju i wyspy takie jak Lolland – mówi się Udkantsdanmark, czyli takie „kresy Danii”, albo „den rådne banan” – „zgniły banan”, bo na mapie układają się w kształt banana.Z drugiej strony pojawia się również problemy dobrze znany niemal w całej Europie. – Ceny mieszkań w Kopenhadze i Aarhus przez ostatnie 2 lata rosły non stop – w Kopenhadze trochę wyhamowały, w Aarhus rosną dalej. Mieszkania 40-50 m², które sam oglądałem rok temu – i to nie w centrum, kosztowały 2 miliony koron. Dziś potrafią kosztować 3, a nawet 3,5 miliona. A ludzie i tak muszą tam mieszkać, bo tam jest praca – podkreśla.„Jestem szczęściarzem, że tu wylądowałem”Pytany o to, czy po 11 latach czuje się częścią duńskiego społeczeństwa i czy udało mu się zbudować relacje, odpowiada: „dziś żyje mi się bardzo dobrze”. Ale nie zawsze tak było.– Po 5 latach miałem kryzys – narzekałem na wszystko i wszystkich. Aż spojrzałem na swoje życie i dotarło do mnie, jakim jestem szczęściarzem, że tu wylądowałem. I że to bardzo polskie: narzekać, a jak próbujesz nazwać, na co konkretnie, to albo nie wiesz, albo to błahostki, albo wszystko jest w twoich rękach. W moim przypadku problemem byłem ja – mój mindset, który przyzwyczaił się do wygody i zapomniał o survivalu z pierwszych lat – wyznaje. Ale postanowił to zmienić. Wziął się na serio za duński, postanowił zdobyć obywatelstwo, zrobić magisterkę i znaleźć dużo lepiej płatną pracę.– Zrozumiałem też, że nie zbuduję relacji, jeśli będę czekał, aż ktoś wyciągnie do mnie rękę. Sam musiałem ją wyciągnąć – podkreśla.– Czy czuję się częścią tego społeczeństwa? Tak – choć dopóki nie mam obywatelstwa, wciąż jako obcokrajowiec. Ale obcokrajowiec, który docenia, co dał mu ten kraj. Który mieszkał w kilku miastach i poznał ludzi – od Skagen, przez Sønderborg, po Kopenhagę, a nawet na Wyspach Owczych. Który interesuje się polityką i kulturą, na co dzień mówi po duńsku, zawsze pracuje, płaci podatki i chce być integralną częścią tego społeczeństwa – wyznaje. Przyjaźń po duńskuPytany o przyjaźnie, mówi o jednym Duńczyku, którego poznał na studiach magisterskich, a który pochodzi z Bośni. – Rodzice przywieźli go tu w latach 90., w czasie wojny w Jugosławii. Drugim moim kumplem z roku, z tych samych studiów, na którym byłem ja i 140 Duńczyków, jest Węgier, który też mieszka tu od 10 lat – opowiada.Damian nie ma do Duńczyków pretensji, że nie są jego najlepszymi przyjaciółmi.– W Polsce ani ja, ani moi przyjaciele też nie mamy wielkich międzynarodowych przyjaźni. Przyjaźni nie da się zamówić – to wspólnota doświadczeń, poglądów i zainteresowań, budowana latami. Który Duńczyk utożsami się z moimi początkami, ze zbieraniem puszek na jedzenie? Dla nich to abstrakcja. Duńczyk, którego znasz, ma swoich 3-5 przyjaciół z dzieciństwa. Jak pewnie ty. Jak i ja. Jesteście bardziej podobni, niż myślisz – podkreśla. Mój rozmówca nie rozumie narzekających na Duńczyków – zwłaszcza w internecie – Polaków.– „Duny to, duny tamto, nie chcę tu być, a nawet jakbym chciał, to by mnie nigdy nie zaakceptowali”. To nie „duny” są problemem. To, że nie przyjaźnisz się z Duńczykiem z pracy, nie dzieje się dlatego, że jesteś Polakiem – na przyjaźń trzeba zapracować. A akceptacja? Nie trzeba o nią błagać ani nikomu imponować. Przychodzi sama, jeśli żyjesz jak Duńczycy: „mind your own business” – żyj i daj żyć innym, nie burz harmonii. Jeśli współgrasz z tym społeczeństwem na tych samych zasadach – jesteś jego częścią. A jeśli nie? Jak głosił neon, który widziałem w ARoS, muzeum sztuki w Aarhus: „If you don’t like Denmark, go home”. Myślę, że w tym Polacy i Duńczycy doskonale by się zrozumieli – podkreśla.Dunexit? „Nie ma mowy”Po brexicie nastała moda na pomysły różnych rozmaitych -exitów w niektórych państwach Europy. Ostatnimi czasy o polexicie zaczął mówić Jarosław Kaczyński, co wywołało spore poruszenie polskiej opinii publicznej i polityków. W tym kontekście pytam Damiana o to, czy Duńczycy mają pomysł na dunexit.ZOBACZ TEŻ: Świat bez Unii Europejskiej? „To byłaby katastrofa”– Duńczycy to dla mnie wzór pragmatycznego podejścia do Unii. Chyba żaden naród w Europie Zachodniej nie rozumie lepiej, co Unia daje jego krajowi – a jednocześnie nie są jej ślepymi fanboyami. Tendencje antyeuropejskie oczywiście rosną, jak wszędzie, ale o żadnym dunexicie nie ma mowy – podkreśla. Jak wyjaśnia, Duńczycy doskonale wiedzą, co zyskują: Maersk, Lego, Novo Nordisk czy Danfoss mają dostęp do ogromnego rynku, firmy mogą ściągać pracowników z całej Europy, a sami Duńczycy jeżdżą na wakacje co drugi miesiąc. – Do tego mają w Unii realny wpływ, bo trzymają w ręku mocne karty – Grenlandię i cieśniny duńskie, czyli wrota do Bałtyku. A tam, gdzie chodzi o ich interes, potrafią postawić granicę. Ważne decyzje poddają pod referendum – jak w 2000 roku, kiedy odrzucili euro, czy w 2022, kiedy zdecydowali się dołączyć do wspólnej polityki obronnej UE. Zachowali własną walutę ze stałym kursem do euro i wyszli na tym o wiele lepiej niż Szwedzi, których korona jeszcze niedawno szorowała po dnie – mówi.Damian dzieli się też ze mną pewną ciekawostką dotyczącą Wysp Owczych.– Wyspy Owcze nigdy nie były w Unii, a Grenlandia weszła do niej razem z Danią w 1973 roku i wyszła w 1985. I tu robi się zawile – Grenlandczycy jako obywatele Danii są obywatelami UE, choć Grenlandia w Unii nie jest. Za to Duńczycy mieszkający na Wyspach Owczych formalnie obywatelami UE nie są, dopóki nie przeprowadzą się do Danii – opowiada. Żartuje, że ma nadzieję, iż to lepsza ciekawostka niż ta o pizzy z kebabem w Szwecji. „Skrajność jest Duńczykom obca”Pytam o ekstremalne zjawiska polityczne. Damian potwierdza, że rosną – podobnie jak na całym świecie, zaczynając polaryzować społeczeństwo, które do tej pory było jak jedna pięść, choć ludzie – co oczywiste – mieli różne poglądy.– To wciąż niewielki trend, ale postępujący, bo trafia na podatny grunt – ludzi, szczególnie młodych, którym jest coraz trudniej. A przecież jeszcze niedawno duński spór polityczny polegał na tym, czy płacić za darmowy transport na odległą wyspę dla 5 osób, czy zamiast tego obniżyć podatki – wskazuje. Zastrzega jednak, że skrajność jest Duńczykom obca. – Tu nie ma czegoś takiego jak polska wojna PO-PiS, że jak głosujesz na jedną partię, to za nic w świecie nie zagłosujesz na drugą. Duńczycy przed każdymi wyborami naprawdę wybierają tego, kto akurat najbardziej pasuje do ich poglądów. A jeśli ktoś zarzeka się, że na jakąś partię nie zagłosuje nigdy, to ma do wyboru kilkanaście innych – parlament jest mocno pofragmentowany – wyjaśnia. Jak dodaje, najwięcej głosów zbierają partie środka – Socialdemokratiet i Venstre, chociaż obydwie słabną. Konserwatyzm po duńsku– Formalnie są w dwóch różnych blokach – Venstre (co zabawne, nazwa znaczy „Lewica”, ale to osobna historia) w bardziej prawicowym, niebieskim, a socjaldemokraci w bardziej lewicowym, czerwonym. Ale wiele osób mówi wprost, że od lat głoszą w sumie to samo. Od końca 2022 roku aż do wyborów w marcu 2026 rządziły nawet razem. Trochę jakby rząd PO-PiS. Rząd ponad podziałem bloków zdarza się w Danii – raz na kilkadziesiąt lat, więc niby był szok – ale to miało duży sens – mówi. A konserwatyści?– Są może nawet trochę blisko naszego PSL. Przez lata stał na ich czele Søren Pape Poulsen – wyoutowany gej z mężem z Dominikany (z którym zresztą później się rozwiódł). I duńskim konserwatystom to nie przeszkadzało, bo konserwatyzm nie jest tu rozumiany przez pryzmat światopoglądu, tylko dużo szerzej – jako przywiązanie do monarchii, tradycji i duńskiej kultury, do niskich podatków, wolnego rynku i porządku. A nie jako mówienie ludziom, kogo mają kochać – podkreśla. „Duńczycy nie zajmują się cudzym życiem”W tym momencie nasza rozmowa siłą rzeczy schodzi na tematy światopoglądowe – jak aborcja, prawa społeczności LGBT+, czy eutanazja.– W duńskiej debacie politycznej tych tematów praktycznie nie ma. Duńczycy nie zajmują się cudzym życiem – to są kwestie indywidualne. Zanim ktoś mi powie, że gadam głupoty, bo zna Duńczyka, który jest przeciwko aborcji albo gejom – pewnie zna. Ale to garstka ludzi, więc może się czuć wyjątkowo, że kogoś takiego zna – mówi. Damian podkreśla, że w Danii prawica nie bije na alarm, że dwóch mężczyzn może wziąć ślub i wychowywać dziecko. – Tutaj prawica bije na alarm, że niektóre grupy imigrantów głoszą homofobiczne hasła, nawołują do nienawiści albo popierają w social mediach karę śmierci za homoseksualizm – bo to sprzeczne z duńskimi wartościami. Związki partnerskie są w Danii od 1989 roku – kiedy w Polsce upadał komunizm – mówi, dodając, że w Danii małżeństwa osób tej samej płci są od 2012 roku, a aborcja do 12. tygodnia ciąży od 1973 roku. – Kiedy po 2015 roku w Polsce znowu rozgorzały spory o aborcję i prawa osób LGBT, w Danii nikt nie mógł zrozumieć, o co Polakom chodzi. Dla nich to temat zamknięty w poprzednim stuleciu. Do tych spraw podchodzi się tu naukowo, bez emocji. W 2025 roku na podstawie badań wydłużono termin, do którego aborcja jest dopuszczalna, z 12 do 18 tygodnia ciąży. Mało kto wie, że Polska i Malta to nie były ostatnie miejsca w Europie, gdzie aborcja była nielegalna. Na duńskich Wyspach Owczych była zakazana jeszcze w tym roku – zmiana prawa weszła w życie dopiero w lipcu 2026 – podkreśla. „Argumenty zamiast przepychanki”Damian zachęca, by do Kopenhagi wybrać się na paradę równości.– Przychodzą na nią rodzice z dziećmi i wózkami, wszędzie radosne twarze. Duńczycy dekady temu zrozumieli, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Możesz przyjść do pracy i jako kobieta powiedzieć, że masz żonę, a jako mężczyzna, że masz męża – i na nikim nie zrobi to wrażenia. Już w 2019 roku duński urząd statystyczny naliczył prawie 1,5 tys. rodzin, w których dzieci wychowują dwie mamy albo dwóch ojców – dwa razy więcej niż dekadę wcześniej, a w rzeczywistości jest ich zapewne więcej. I Dania dalej jest Danią, a oni są dumnymi Duńczykami, zakochanymi w swoim kraju, fladze i demokracji. Kiedy w 2021 roku Kopenhaga gościła WorldPride, patronką wydarzenia była ówczesna księżna koronna Mary – dziś królowa – a na ceremonii zamknięcia przemawiała razem z premier Mette Frederiksen – zauważa. Odnosząc się do kwestii eutanazji, Damian mówi o spokojnej i merytorycznej debacie. Jak wyjaśnia, aktywna eutanazja jest nielegalna, ale premier Mette Frederiksen mówiła otwarcie, że jest „za”, a rząd powołał komitet, który w 2025 roku przedstawił możliwe modele. Przeciw – kontynuuje – są duńska Rada Etyczna i lekarze, za – według sondaży – większość Duńczyków.– Rozmawia się o tym na argumenty, a nie w politycznej przepychance – podkreśla. „Nikt tak nie wkurzył Duńczyków, jak Donald Trump”Donald Trump regularnie wraca z tematem przyłączenia Grenlandii do USA. Pytam, jak widzą to sami Duńczycy.– Nikt w ostatnich latach nie wkurzył Duńczyków tak jak Trump. I nikt tak nie zaszkodził wizerunkowi Ameryki w ich oczach – odpowiada, zaznaczając, że „Duńczycy byli kiedyś jednymi z największych entuzjastów Ameryki”.– Nie w tym sensie, że chcieli mieć Amerykę u siebie – w życiu. Ale liczba Duńczyków, którzy byli na wymianie w liceum w Stanach, jako au pair albo chociaż na wakacjach w Miami, jest obłędna. Burger to w Danii niemal nieformalne danie narodowe. Szanowali Amerykę za obronę wolności i demokracji oraz za stawanie po stronie słabszych – bo jako małe państwo dobrze rozumieją, co to znaczy – podkreśla.Jak zastrzega, żeby zrozumieć ich reakcję, trzeba wiedzieć jedno: Duńczycy nie uważają Grenlandii za swoją. – Grenlandia jest jednym z krajów składowych Rigsfællesskabet – Wspólnoty Królestwa Danii. Duńczycy znają swoje winy wobec Grenlandczyków: przymusową modernizację i „duńszczenie” w latach 50. i 60., eksperyment z 1951 roku, kiedy 22 grenlandzkie dzieci zabrano do Danii na „reedukację”, czy tzw. sprawę spiralową – mówi, dodając, że „traktują Grenlandię jak młodszego brata, który potrzebuje wsparcia i rady, ale jest już na tyle dorosły, żeby sam o sobie decydować. Duńczycy nie oddadzą Grenlandii, bo nie jest ich”. Zaznacza jednak, że Duńczycy mają ogromny interes w tym, żeby została we wspólnocie – to dzięki niej świat w ogóle liczy się z tak małym krajem jak Dania. A Grenlandia potrzebuje Danii, bo duńska dotacja to ok. 4,5 mld koron rocznie, blisko 20 proc. PKB wyspy i mniej-więcej 50 proc. jej budżetu. Damian wskazuje, że z tego utrzymuje się połączenia lotnicze (helikoptery) z odległymi osadami, służbę zdrowia i edukację. – Trochę pat, a trochę symbioza – zauważa.– Grenlandczycy tak naprawdę marzą o niepodległości i mają w prawie zapisane, na jakich zasadach mogą ją uzyskać. Dla wielu z nich to może wybór między dżumą a cholerą – ale jedną z nich znają bardzo dobrze. Z jednej strony przewidywalny partner – Dania, z drugiej nieprzewidywalny – USA. Dlatego wybierają Danię. A Duńczycy zadbają o swojego młodszego brata, żeby nikt go nie prześladował, nie wykorzystywał i nie straszył – nawet jeśli to walka Dawida z Goliatem – wskazuje.Damian przyznaje, że odkąd mieszka w Danii, nie widział takiego protestu jak ten, który odbywał się w styczniu 2026 roku, kiedy sytuacja wokół Grenlandii była najgorętsza.– Najwięcej memów pojawiło się po podpisaniu porozumienia we wrześniu 2026. Duńczycy śmiali się w głos, że minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen, premier Mette Frederiksen i spółka wykiwali Trumpa i dali mu podpisać ten sam deal, który miał od 1951 roku, tylko na gorszych warunkach. To jest ta wielka korzyść ze znajomości języka – możesz oglądać polityczną satyrę innego kraju. Duńczycy nigdy nie marzyli o American Dream. Bardziej wierzą w nieoficjalny Danish Dream. A ja czasem mówię, że American Dream łatwiej pewnie spełnić w Danii niż w Ameryce – dodaje. Co ma wspólnego „świnia protestacyjna” z wojną w Ukrainie?Naszą rozmowę kończymy tematem wojny w Ukrainie. Damian podkreśla, że Duńczycy nie akceptują niesprawiedliwości, w której większy dokucza mniejszemu – bo sami wiedzą, jak to jest. – Może nie w tym wymiarze co Polska, ale w 1864 roku, w wojnie z Prusami, stracili Szlezwik. Wiele rodzin zostało podzielonych, a północny Szlezwik wrócił do Danii dopiero po plebiscycie w 1920 roku. Duńczycy mieli tam nawet swój ruch oporu – a jego najbardziej znanym symbolem jest duńska „świnia protestacyjna”, rasa w barwach duńskiej flagi, hodowana wtedy, kiedy flagi były zakazane – wskazuje, dodając, że dlatego od początku wojny Duńczycy byli ogromnie zmobilizowani.Zwraca uwagę na to, że przez długi czas byli w ścisłej czołówce krajów, które przekazały Ukrainie najwięcej w relacji do PKB. – Ukraińskie flagi wisiały wszędzie, obok duńskich – a to w Danii niespotykane, bo do flag podchodzi się tu bardzo poważnie i obcych nie wolno ot tak wywieszać. Na ukraińską potrzebny był specjalny wyjątek od ministerstwa sprawiedliwości – mówi. Nastąpiło jednak – podobnie jak w całej Europie – znużenie wojną. – Pojawiły się głosy, że to wyrzucone pieniądze, które można było wydać na chodniki, służbę zdrowia i tańszy transport w Danii. Flagi zaczęły znikać – DSB, czyli duńskie koleje zdjęły je ze wszystkich dworców poza Dworcem Głównym w Kopenhadze, gdzie wiszą w środku. W Aarhus lewicowa Enhedslisten chciała je nawet zastąpić flagą ONZ, ale wniosek przepadł – mówi Damian. Gdy pytam o to, czy Duńczycy postrzegają Rosję jako zagrożenie, odpowiada, że tak, choć odczuwają wojnę mniej niż Polacy. Jest mniej uchodźców, mniej prowokacji. – Ale tych prowokacji nie brakuje: przez duńskie cieśniny pływają statki tzw. floty cieni z ropą i niebezpiecznymi ładunkami, ignorując polecenia duńskich nawigatorów, a Duńczycy boją się, że Rosja może wywołać u nich katastrofę ekologiczną. Kiedy we wrześniu 2025 roku drony sparaliżowały lotnisko w Kopenhadze, była to ogromna sensacja – choć dwa dni później wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego. Ale nawet jeśli zryw osłabł, Duńczycy są słowni. Dalej wierzą, że Ukraina ma pełne prawo decydować o sobie i trzeba ją wspierać, bo agresja wobec mniejszego i słabszego jest niesprawiedliwa. „Ret skal være ret” – co sprawiedliwe, to sprawiedliwe. I mówi pierwsze zdanie Prawa jutlandzkiego z 1241 roku, które Duńczycy znają do dziś: „Med lov skal land bygges” – prawem buduje się kraj – podsumowuje mój rozmówca. ***Powyższy tekst jest ósmym artykułem z cyklu „Polityczny Atlas Europy”, w którym opisuję to, jak postrzegają siebie mieszkańcy Starego Kontynentu i jak zmieniają się poszczególne państwa. Dotychczas ukazały się następujące artykuły tego cyklu: 1) Od synów Trajana do „d*py Europy”. Wszystkie kompleksy Rumunów2) Rewolucja nad Balatonem. Dokąd Magyar prowadzi Węgry?3) Wielka Brytania i wielkie problemy. Czy to koniec imperium?4) Mały sąsiad, wielki sojusznik. Polska i Litwa sporo się od siebie uczą5) Między Rosją a Unią. Najbiedniejszy kraj w UE na rozdrożu6) Norwegia bez lukru. Raj czy iluzja?7) Miękkie podbrzusze NATO. Czego boi się Irlandia?Skontaktuj się ze mną i podziel się swoją historią: marcin.krezelok@tvp.pl