Profesor wyjaśnia. Dawniej śmierć nie kończyła wszystkiego. Wierzono, że dusza zmarłego może pozostać w domu, powracać do bliskich, a nawet sprowadzać na nich nieszczęście. Dlatego po śmierci domownika rozpoczynał się ciąg obrzędów, których celem było bezpieczne odprowadzenie duszy w zaświaty i zabezpieczenie żywych przed jej powrotem. O całym procesie opowiedział prof. Andrzej Piotr Kowalski z Instytutu Antropologii Uniwersytetu Gdańskiego. Moment zgonu domownika, szczególnie gospodarza, wymagał natychmiastowej reakcji. O śmierci informowano rodzinę, sąsiadów, znajomych, ale również zwierzęta gospodarskie. Jeżeli ktoś umierał w nocy, budzono wszystkich domowników. Nie chodziło wyłącznie o przekazanie smutnej wiadomości.Wierzono bowiem, że podczas snu dusza człowieka opuszcza ciało i może stać się łatwym celem dla zmarłego.„Jeśli śmierć nastąpiła w nocy, to budzono każdego, żeby dusza śpiących, która – jak wierzono – podczas snu opuszczała ciało, nie mogła zostać pochwycona przez zmarłego. To bowiem mogło sprawić, że śpiący również umrze” – wyjaśnia prof. Kowalski.Po śmierci obowiązywały również liczne zakazy. Nie wolno było manipulować nićmi ani przędzą, ponieważ dusza mogła się w nich zaplątać i nie zdołać opuścić domu.Zamykano także oczy nieboszczyka, aby nie wypatrzył kogoś z żyjących i nie zabrał go ze sobą.„Oprócz zawodzenia i lamentów, które były swoistą odprawą duszy z mieszkania, zamykano nieboszczykowi oczy, żeby nie wypatrzył kogoś z żyjących i nie zabrał go ze sobą” – zaznaczył. Odwracano krzesła, naczynia i zasłaniano lustraJednym z najbardziej charakterystycznych zwyczajów było odwracanie domowych przedmiotów do góry nogami. Krzesła, naczynia i inne elementy wyposażenia zmieniały swoje położenie, lustra zasłaniano, a zegary zatrzymywano.Nie były to przypadkowe czynności. Miały stworzyć rzeczywistość, której zmarły nie potrafiłby rozpoznać.„Etnografowie nazywali obrzędowym tworzeniem świata na opak” – mówi profesor.Jak tłumaczy, wierzono, że zmarły lgnie do miejsc i przedmiotów, które znał z czasów swojego życia.„Chodziło o to, żeby nieboszczyk nie mógł rozpoznać znanego sobie otoczenia, w tym układu domowych przedmiotów. Dzięki takim zabiegom zdezorientowany duch nie mógł wrócić do własnego obejścia” – wyjaśnia. Szczególne znaczenie miały lustra. Obawiano się, że człowiek, który zobaczy w nich odbicie duszy zmarłego, sam wkrótce umrze.„Zwierciadła traktowano jak ekran, na którym ukazuje się obraz wysyłany z tamtej strony. Obawiano się zgubnego wizualnego zetknięcia z odbiciem zmarłego”.Zatrzymywanie zegarów również miało symboliczny wymiar. Oznaczało zatrzymanie ruchu, czasu i codziennego porządku.Śmiertelnica, czyli ostatnia szata szyta jeszcze za życiaNiektóre osoby przygotowywały się do własnego pogrzebu na długo przed śmiercią. Jednym z elementów takich przygotowań było uszycie specjalnej szaty nazywanej śmiertelnicą, giezłem lub czechłem.Nie była to zwykła odzież. Miała być wykonana z niezwykłą starannością, najlepiej z jednego kawałka materiału. Nie wolno było jej wcześniej nosić, cerować ani naprawiać.Profesor podkreśla, że tkanina musiała pozostać nieskazitelna: „Szata nie mogła być noszona, ponieważ musiała być manifestacją braku mankamentów, a więc jakby zaprzeczeniem oznak zepsucia, zużycia, czyli ogólnie śmierci”. Sarmackie pogrzeby: uczty, portrety trumienne i teatralne pożegnaniaO ile na wsi pogrzeb był przede wszystkim wydarzeniem wspólnotowym i religijnym, o tyle wśród zamożnej szlachty mógł przybierać rozmiary wielkiego widowiska.Sarmacka pompa funebris oznaczała wystawne uroczystości, które niekiedy trwały miesiącami. Organizowano uczty, wygłaszano mowy pochwalne, zatrudniano płaczki i przygotowywano portrety trumienne.Nie brakowało również alkoholu i emocji, które czasem wymykały się spod kontroli.„Poczęstunki były suto zakrapiane. Bywało, że po wspomnieniach gloryfikujących dokonania zmarłego dochodziło wśród żałobników do gwałtownych niesnasek, czasem rękoczynów zakończonych kolejnym zgonem” – opowiada prof. Kowalski.Zmarłego starano się zachować w pamięci na wiele sposobów. Służyły temu portrety trumienne, zabalsamowane ciało, a nawet przeszklone okienka w wieku trumny.„Tak oto zmarły uczczony słowem, nierzadko zabalsamowany lub uwidoczniony na ścianie trumny, był poddany wielorakiemu unieśmiertelnieniu” – podkreśla.Trzykrotne uderzenie trumną o próg miało zamknąć drogę powrotnąSzczególnie silny lęk budziła możliwość powrotu zmarłego do świata żywych. Wierzono, że niektóre osoby mogą po śmierci przemienić się w upiory, strzygi lub wampiry.Dotyczyło to przede wszystkim tych, którzy zmarli w sposób uznawany za niezgodny z normami obyczajowymi, na przykład samobójców i zabójców, ale również osób mogących mścić się za doznane krzywdy.„Wierzono, że zmarły, który nie rozstał się ze światem w sposób przewidziany normami obyczajowymi (samobójca, zabójca), albo mogący mścić się za doznane krzywdy, niechybnie zamieniał się w złośliwego ducha”.Jednym z najważniejszych zabezpieczeń było trzykrotne uderzenie trumną o próg domu.„Trzykrotne stuknięcie trumną o próg, czyli w znak granicy między wnętrzem a otoczeniem domu, miało spowodować i oznajmić nieżyjącemu, że linia ta staje się dla niego nieprzekraczalna, i po wyniesieniu trumny jego duch nie będzie miał dostępu do domu” – podkreśla profesor. Dusze wracały na ucztę. Karmiono je chlebem i alkoholemPrzełom października i listopada był szczególnym okresem pamięci o zmarłych. Wierzono, że dusze przychodzą wówczas do dawnych domów, szukając ciepła i pożywienia.Wypiekano specjalne chleby, między innymi powałki, charakterystyczne dla południowo-wschodniej Polski. Było to pieczywo ziemniaczane, które stygło na deskach umieszczonych pod sufitem.Wypieki przygotowywano przed Wszystkimi Świętymi i Zaduszkami. Miały również chronić dom przed nieproszoną obecnością dusz.„Chodziło o to, aby w czasie, gdy domowe piece były rozpalone, wypełnienie ich piekącymi się plackami zapobiegło bezcelowemu przywabieniu dusz do pustego wnętrza. Zajęty przez pieczywo piec chronił dom przed ich zalęgnięciem się” – wyjaśnia. Dlaczego przestaliśmy pamiętać o tych zwyczajach?Dawniej śmierć była obecna w codziennym życiu, a zmarłych otaczano rytuałami i wierzono w ich wpływ na losy potomków. Dziś obrzędy te niemal zanikły, a pamięć o przodkach ogranicza się głównie do wspomnień i odwiedzania cmentarzy. Zdaniem prof. Kowalskiego przyczyną jest zanik więzi wspólnotowych i rozwój indywidualizmu.„Przodkowie – nie jako patronujące duchy, ale postaci z biografią stanowiącą pozytywny wzór i inspirację dla naszego życia, nie są nam już potrzebni. Stracili przydatność w nowoczesnym świecie. Dlatego zostali kulturowo skutecznie uśmierceni” – podsumowuje. Czytaj także: Miesięczna pensja w kilka dni. Cmentarny handel może być żyłą złota