Ukraińskie święto zmarłych. W nocy z 31 października na 1 listopada zmarli mają odwiedzać żywych, a żywi ucztować, wróżyć i skakać przez ogień. Tak przedstawia się wielesową nicz, ukraińską noc słowiańskiego boga Welesa. Jej obrzędy przypominają trochę dziady, trochę Halloween, a niektóre stwory i czary znane z „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza. Tylko ile w tym pradawnej tradycji? I co z tym wszystkim mają wspólnego czołgi? Ukraińcy nie Jankesi, swoje dynie mają Zajrzyjmy do „Hołosu Ukrainy”, oficjalnej gazety Wierchownej Rady, ukraińskiego parlamentu. W wydaniu z 31 października 2020 roku znajdziemy tekst „Wielesowa nicz vs Helowin”, w którym autorka, pisarka dziecięca Iryna Kotlarewska, przekonuje, że w Ukrainie „był swój Halloween, ale nazywał się welesowa nicz”. Dalej opowiada o bóstwie jako patronie „sztuki, szczęścia i miłości”. W relacji Kotlarewskiej święto ma trzy oblicza. Po pierwsze, wieczorem 31 października ma się urządzać ucztę ku czci zmarłych, zbliżoną do Dziadów. Bez tańców, muzyki, w zadumie, nawet naczyń nie należy zmywać. W innych opisach ta sama noc zamienia się jednak w huczne przyjęcie. Pojawiają się też dynie, od dawna obecne w tamtejszych jesiennych zabawach, choć ich związek z tą konkretną nocą to już inna sprawa. Drugim elementem są wróżby. Nawiązują do znanych i nam zabaw andrzejkowych, podczas których pytamy o przyszłe miłości. Pojawiają się też wróżby z psiego umaszczenia: biały ma zapowiadać szczęście, czarny – zły los. Odwiedziny niezapowiedzianych gości także bywają złym znakiem. Trzecim obliczem wielesowej niczy jest ognisko. Kotlarewska opisuje skoki przez ogień i chodzenie po rozżarzonych węglach, co ma symbolizować oczyszczenie ciała i ducha. Milczącą ucztę trudno pogodzić ze skakaniem przez płomienie. W jednych relacjach wielesowa nicz przypomina dziady, w innych andrzejki, kupalnockę, a jeszcze w innych karnawał czy wręcz bachanalia. Święto jest pojemne niczym worek, do którego można wrzucić wszystko, co wydaje się dostatecznie słowiańskie. Ale na razie odłóżmy jego metrykę i otwórzmy Sienkiewicza. Z wosku i dna flaszki Gdy nasz syn miał dziewięć lat, czytaliśmy mu „Ogniem i mieczem”. Od pierwszych stron zaintrygowały go duchy snujące się przez Dzikie Pola. Książkę klasyfikuje się jako powieść historyczną, ale przez fabularne drzwi wypełzają tam stwory i cosie nie z tego świata. „Jechałem ja raz z Reimentarówki do Hulajpola, a jechał nocą koło mogił – opowiada stary Kozak młodemu – Wtem baczu, hyc coś z tyłu z mogiły na kulbakę. Obejrzę się: dziecko – sineńkie, bladeńkie!... [...] Oczki mu goreją jak świeczki i kwili, kwili! Skoczyło mi z kulbaki na kark, aż tu czuję: kąsa za uchem. O Hospody! upiór”. Takich fragmentów jest więcej. Zwłaszcza ukraińscy bohaterowie zdają się lgnąć ku zjawiskom nadprzyrodzonym, jakby chcieli je sprowokować. Pierwszym między nimi jest Bohdan Chmielnicki, wieczorami odwiedzany przez „worożychy, to jest czarownice, [...], stare, pokurczone, żółte lub w sile młodości, wróżące z wosku, ziaren pszenicy, ognia, piany wodnej, z dna flaszki lub z tłuszczu ludzkiego”. Drugim – a jakże – Bohun. Jemu towarzyszy Horpyna, młoda wiedźma, która z pieniącej się wody odgaduje przyszłe losy: „– Huku! Huku! w kole dębowym, w pianie białej, w tumanie jasnym, pokaż się!... Widzę. – A co? – Bitwa! Lachy uciekają przed mołojcami. – A ja gonię? – Widzę i ciebie. Ty się z małym rycerzem potykasz. Hur! hur! hur! Ty się małego rycerza strzeż”. Sienkiewicz nie był purystą historycznym. Prof. Zygmunt Szweykowski nazwał nawet całą „Trylogię” „baśnią na tle dziejowym”, ale jej świat ma niemały walor poznawczy. Wróżby, czarownice i upiory pojawiają się również we współczesnych opisach wielesowej niczy. W powieści nie ma jednak święta o tej nazwie, a zjawy i wróżby nie zostały przypisane jednej nocy w roku. Czytaj też: Masowe zaginięcia kotów we Włoszech. Przerażająca hipotezaNa Polesiu zmarli mieli więcej niż jedną noc Wschodniosłowiańskie dziady, obchodzone także na białorusko-ukraińskim Polesiu, opierały się na przeświadczeniu, że w określonych dniach roku zmarli odwiedzają domowników i należy ich ugościć. Daty i same obrzędy różniły się zależnie od regionu. Uroczystościom towarzyszyły powaga i atmosfera misterium. W dzisiejszych opowieściach o wielesowej niczy do wspominków dokłada się jednak cały zestaw wróżb, figli i zabaw, niekoniecznie należących do jednego dawnego obrzędu. Ukraińska folklorystka Darja Ancybor w analizie opublikowanej w 2025 roku na portalu „Wytoky” przypomina, że właśnie na Polesiu znano jesienne dziady i sobotę przed wspomnieniem św. Dymitra, a w innych porach roku urządzano kolejne wspominki. Zmarli nie mieli więc wyznaczonej jednej nocy. Przy stole czekało na nich jedzenie, w izbie miejsce i pamięć żyjących. Tradycji było więc aż nadto, by czerpać z nich pomysły na nowe święto. Pozostaje pytanie, skąd wzięła się wielesowa nicz obchodzona właśnie 31 października. Włochaci w natarciu Zagadki zaczynają się już od samego imienia patrona. Weles, zwany też Wołosem, nie jest tak jednoznaczną postacią, jak mogłoby się wydawać. Wybitny polski uczony Henryk Łowmiański rozróżniał Welesa, który miał być „ruskim demonem”, i boga Wołosa. W badaniach Łowmiańskiego oraz fińskiego folklorysty Viljo Johannesa Mansikki pojawiała się również hipoteza wiążąca kult Wołosa z chrześcijańskim kultem św. Błażeja. W innych opracowaniach Weles i Wołos występują jako dwa imiona jednego bóstwa, znanego ze źródeł dotyczących dawnej Rusi. W „Encyklopedii historii Ukrainy”, wydawanej przez Instytut Historii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, Jurij Pysarenko przypomina, że w przekazach o traktatach Rusi z Bizancjum Wołos występuje jako „skotij bog”, bóg bydła. Stąd wyprowadzano też jego związek z bogactwem i handlem. Z kolei w „Słowie o wyprawie Igora” pieśniarz Bojan został nazwany „wnukiem Welesa”. Nietrudno zrozumieć, dlaczego później zrobiono z niego opiekuna artystów. Czy jednak pilnował także bramy do świata umarłych? Tu zaczynają się hipotezy. Próbowano łączyć z jego kultem obrzędy pielęgnowane do dzisiaj: wywracanie kożucha na drugą stronę podczas zabaw noworocznych albo wieszanie niedźwiedziej łapy w oborze. Pierwszy zwyczaj miał oddawać hołd „włochatemu”, jak tłumaczono imię Wołosa, drugi – zapewnić bydłu opiekę. Oba wyjaśnienia są efektowne, lecz ludowy zwyczaj może przetrwać znacznie dłużej niż pamięć o jego dawnym znaczeniu. O ile w ogóle było ono takie, jak chcielibyśmy dzisiaj. Tańce i skoki przez ogień również mają długą historię. Same w sobie niczego jednak nie mówią o kalendarzu Welesa. Czytaj też: Mistrz horroru wskazał najstraszniejszy film grozyWołosza, Włosi i Weles Z Wołosem łączy się jeszcze jedna przygoda językowa, znów z „Ogniem i mieczem”. Przywołany już stary Kozak kontynuuje swoją historię: „Alem to na Wołoszy długo sługiwał, gdzie upiorów więcej niż ludzi i tam są na nie sposoby. Zeskoczyłem z konia i gindżałem w ziemię. „Zgiń! przepadnij!”, a ono jęknęło, chwyciło się za głownię od gindżała i po ostrzu spłynęło pod murawę. Przeciąłem ziemię na krzyż i pojechałem”. Wołosza to Wołoszczyzna, historyczna kraina na południu dzisiejszej Rumunii, między Karpatami a Dunajem. Jeśli na mapie Rumunii dostrzeżemy żółwia zwróconego ku morzu, Wołoszczyzna będzie jego podbrzuszem, opartym o Dunaj. Nazwa wywodzi się jednak od germańskiego „walhaz”, oznaczającego obcego, pierwotnie m.in. Celta, później również człowieka mówiącego językiem romańskim. Ten sam wyraz znajdziemy w genealogii polskiej nazwy Włoch. Weles alias Wołos ma więc z Wołoszczyzną tyle wspólnego, co kot z kotletem: podobieństwo brzmienia. Choć niektóre ukraińskie nazwy miejscowe rzeczywiście próbowano łączyć z Welesem. Sporna jest choćby etymologia ulicy Wołoskiej w Kijowie. Jedni wywodzą jej nazwę od Wołochów, inni – za historykiem Maksymem Berlinskim – od dawnego bóstwa. Na tej ulicy stała też średniowieczna cerkiew św. Błażeja, przywoływana jako poszlaka starszego kultu. Od poszlaki do dowodu, a od nazwy ulicy do święta 31 października, droga daleka. Równie nieoczywista jest historia dwóch imion bóstwa. Historyk Piotr Żurek w artykule opublikowanym w 2024 roku w chorwackim naukowym czasopiśmie „Filologija” zaproponował, że starsza postać imienia, Weles, mogła być prasłowiańska, podczas gdy nazwa Wołos upowszechniła się na Rusi pod wpływem Waregów, czyli skandynawskich kupców i wojowników, którzy docierali tam szlakami rzecznymi. Ale znów mamy hipotezę dotyczącą imion, nie dowód istnienia jesiennego święta. Nasze bałwany tolerujmy I co to ma wspólnego z Halloween? Kotlarewska w gazecie ukraińskiego parlamentu przeciwstawiła przecież wielesową nicz właśnie zachodniemu świętu. Przebieranki i okrzyki „cukierek albo psikus” rozpowszechniły się w Ukrainie w XXI wieku. Zaznaczmy, że krytykowali je duchowni dwóch ważnych ukraińskich wspólnot prawosławnych: autokefalicznego Kościoła Prawosławnego Ukrainy oraz Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego, historycznie związanego z Patriarchatem Moskiewskim. W 2018 roku, w wywiadzie opublikowanym przez oficjalny serwis tego drugiego Kościoła, arcybiskup Efrem z Berdiańska tłumaczył, że nawet jeśli dzieci traktują Halloween jak przebierankę, to jego symbole prowadzą je – według duchownego – ku demonom i okultyzmowi. W jego słowach słychać oczywiście troskę o religijną tożsamość wiernych. Kościół Prawosławny Ukrainy, utworzony w 2018 roku i obdarzony tomosem autokefalicznym w styczniu 2019 roku, również krytykował Halloween jako zwyczaj niechrześcijański. Halloween budziło więc zastrzeżenia po obu stronach ukraińskiego sporu cerkiewnego. W internetowych dyskusjach pojawiali się jednocześnie obrońcy rzekomo rodzimego święta. Może właśnie sprzeciw wobec amerykańskich przebieranek pomagał wielesowej niczy zdobywać zwolenników? W końcu lepszy swój Perun niż amerykański kościotrup. Czytaj też: Zdrajca z „Potopu”. Dlaczego Janusz Radziwiłł oddał Litwę Szwedom?Metryka wielesowej niczy Ukraiński historyk Jurij Kotlar, profesor Czarnomorskiego Uniwersytetu Narodowego, w rozmowie z publicznym nadawcą Suspilne w 2024 roku stwierdził, że w ukraińskiej tradycji nie było święta zwanego wielesową niczą. Dziewiętnastowieczni etnografowie, którzy skrupulatnie opisywali ludowy kalendarz, nie pozostawili o nim wzmianki. A przecież pisali o dziadach, wróżbach, zabawach i upiorach. Dla historyka ta cisza źródeł jest poważnym problemem. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy cofniemy się do roku 2019. Wówczas religioznawca Andrij Kobetiak mówił portalowi Żytomyr.info o wielesowej niczy jak o dawnym ukraińskim święcie i zarazem zauważał modę na „odradzanie” tego, co rzekomo było własne. W tym samym materiale reporterzy zapytali przechodniów w Żytomierzu, czy znają ów obrzęd. Żaden z przechodniów o nim nie słyszał. Tysiącletnią tradycję trzeba więc było najpierw objaśnić ludziom, którzy mieliby ją odziedziczyć po przodkach? Ancybor prześledziła współczesne źródła tej opowieści. W 1997 roku ukraiński pisarz Wałerij Wojtowycz wspomniał o „nocy Welesa”, ale umieszczał ją przed Bożym Narodzeniem: bóstwo miało wówczas sprawdzać, jak gospodarz opiekuje się bydłem. W 2003 roku rosyjski neopoganin Ilja Czerkasow, znany jako Wielesław i przedstawiający się jako wołchw, czyli słowiański kapłan i wróżbita, opisał noc Welesa w książce „Weles”. Tyle że u niego wypadała ona przed świętem boga w lutym. Ancybor odnotowuje też wpis z 2016 roku na ukraińskim neopogańskim portalu „Połumja Rodu”. Tam w nocy z 31 października na 1 listopada Białobóg przekazuje koło roku Czarnobogowi, a granica między światami staje otworem. Badaczka zwraca uwagę, że tej opowieści nie potwierdzają dawne źródła. Data 31 października pojawiła się więc w udokumentowanej ukraińskiej wersji już w czasach Facebooka, a część wcześniejszych pomysłów krążyła w rosyjskim rodzimowierstwie. Trudno o bardziej przewrotny życiorys święta przedstawianego jako dowód własnej, niezależnej ukraińskiej tradycji. I nie tylko akademicy protestują przeciw tej opowieści. Halina Łozko, religioznawczyni i przewodnicząca Zjednoczenia Rodzimowierców Ukrainy, w wypowiedzi zamieszczonej na stronie tego stowarzyszenia nazywa wielesową nicz całkowitym wymysłem. Krytykuje nie samo obchodzenie rodzimych świąt, lecz nadawanie nowemu świętu fałszywej metryki. Rodzimowierczyni przeciwko nocy Welesa: oto paradoks, którego nie wymyśliłby nawet Sienkiewicz. Weles przechodzi onboarding Tymczasem wielesowa nicz robiła karierę. W październiku 2020 roku Suspilne relacjonowało święto dyni w Muzeum Sztuki w Czerkasach. Anżela Aleksanowa, kierująca tam działem edukacyjnym, przekonywała w materiale, że Ukraińcy mieli własny odpowiednik Halloween, obchodzony dokładnie w nocy z 31 października na 1 listopada, i to jeszcze w czasach przedchrześcijańskich. Wystawa zatytułowana „Dyniowa jesień” nadała tej opowieści muzealną oprawę. Starożytność otrzymała współczesną scenografię. Cztery lata później popularny portal pracy Work.ua ogłosił, że zamiast Halloween obchodzi wielesową nicz. W miejsce zachodnich wampirów zaproponował narodowe upiory, mawki, domowiki i czuhajstry, a wszystko uzasadniał potrzebą pielęgnowania ukraińskiego kodu kulturowego. Bóg bydła trafił więc do firmowego kalendarza. Trudno zarzucać mu, że nie nadąża za rynkiem pracy. Z czego więc składa się współczesna wielesowa noc? Z obrzędów, których na Ukrainie rzeczywiście nie brakowało. Kulturolożka Natalia Lysoweć w rozmowie z Suspilne Dnipro w październiku 2024 roku rozłożyła współczesną wielesową noc na części: uczta dla przodków przypominała dawne obrzędy zaduszne, skoki przez ognisko – letnią noc Iwana Kupały, a wróżby – zwyczaje andrzejkowe. Do tego dochodzą przebierańcy, dobrze znani choćby z Małanki, ukraińskich noworocznych pochodów, szczególnie barwnych na Bukowinie. O chodzeniu po rozżarzonych węglach Lysoweć mówiła, że nie spotkała takiego obrzędu w ukraińskim materiale etnograficznym. Każdy z tych zwyczajów ma własną historię. Dopiero współczesna układanka zamyka je w jednej nocy. Warto jednak uważać z łatwą drwiną. Marija Lesiw, ukraińska badaczka folkloru, w monografii „The Return of Ancestral Gods” („Powrót bogów przodków”) z 2013 roku, wydanej przez McGill-Queen’s University Press, analizowała ukraińskie środowiska neopogańskie na podstawie badań terenowych. Zauważyła, że ich uczestników przyciąga nie tylko ideologia narodowa, lecz także piękno obrzędów i osobiste przeżycie religijne. Nowe święto może więc być przeżywane szczerze, nawet jeśli jego rzekoma metryka nie wytrzymuje konfrontacji ze źródłami. Kto zresztą zabroni ludziom tworzyć tradycje? Można tylko zapytać, dlaczego od razu muszą uchodzić za odziedziczone po pradziadach. I tu znów wróćmy do „Ogniem i mieczem”. Zjawy i wróżby pojawiają się tam niezależnie od pory roku. Powieść pokazuje też, że religia, polityka i popkultura korzystają w naszej części Europy z tego samego zapasu obrazów. Czytaj też: Ludobójstwo czy tragedia? Wołyń i dwie lekcje historiiUdanej welesowej niczy! „Cukierek albo psikus” – wołały od początku października dzieci i coraz trudniej było nam czytać z Władkiem „Ogniem i mieczem”. Tymczasem wielesowa nicz zdążyła zadomowić się także poza internetem. I nie tylko w muzeum czy na firmowym przyjęciu. 30 października 2022 roku w Kropywnyckim, stolicy obwodu kirowohradzkiego w środkowej Ukrainie, około 150 osób przyszło na wielesową nicz z tańcami, wróżeniem z run i warsztatami robienia lalek-motanek. Jak relacjonowało Suspilne, organizatorzy zbierali przy tej okazji pieniądze na sześć urządzeń noktowizyjnych dla ukraińskich czołgów. Wróżono z run, a zbiórka miała pomóc załogom widzieć w ciemności. Ale cóż to za święta, gdy za naszą wschodnią granicą jest tyle cierpienia i śmierci. Pamięć o zmarłych nabiera tam ciężaru, którego żaden neopogański kalendarz nie zdoła opisać. Można więc zostawić Welesowi kłopotliwe genealogie, a sobie prawo do drobnego psikuśnego życzenia: aby jak najwięcej rosyjskich dronów spadało, zanim zdążą kogokolwiek skrzywdzić.