Miliony dla dynastii. Skansen, bankrut, kraj zupełnie oderwany od rzeczywistości. Korea Północna przez lata była obiektem drwin, w najlepszym wypadku politowania. Kim Dzong Un wprowadził ją jednak na salony, a dzięki wojnie z Ukrainą – sprawił, że zaczęła się liczyć. Jak? Na początku lat 90., tuż po rozpadzie Związku Radzieckiego, Korea Północna znalazła się nad przepaścią. Okazało się, że po odcięciu sowieckiej pępowiny kraj jest całkowicie niewydolny: przyzwyczajeni do tego, że nic nie muszą i nikt niczego od nich nie oczekuje, nie byli samowystarczalni we właściwie żadnej dziedzinie.Moskwa nagle kazała płacić za coś, co przez lata spływało niemal za darmo: zboże, maszyny rolnicze czy ropę. A że pieniędzy w Pjongjangu nie było, to zaczął się głód. Klęska głodu. Ci, którym udało się uciec z kraju, wspominają, że ludzie zabijali się na chodnikach o wydłubywane z krowich odchodów ziarna kukurydzy. Zginęły miliony ludzi.Stanęły oczywiście fabryki, gospodarka nie miała na siebie pomysłu, a dramat – choć najgorsze za nimi – w wielu miejscach trwa do dziś.Kimowie wymyślili wtedy genialną w swojej prostocie, choć zbrodniczą oczywiście, strategię przetrwania: doktrynę songun, czyli bezwzględne pierwszeństwo armii. Naród dostał jasny komunikat: możecie przymierać głodem, możecie żuć korę z drzew, ale nie tkniemy choćby wona z budżetu wojskowego. Gdy zwykli ludzie lizali rany po hekatombie lat 90., w podziemnych schronach bez opamiętania spawano pancerze, toczono miliony pocisków artyleryjskich i dłubano przy bombie atomowej.Putin na ratunekAż do 2022 roku koncepcja wydawała się, delikatnie rzecz ujmując, co najmniej dziwna. Nikt przecież Korei najeżdżać raczej nie zamierzał – no bo po co? Sami też nie mieliby szans w starciu ze światowymi potęgami. Głowiono się co prawda jak daleko posunięty jest ich atomowy postęp, ale bardziej „na wszelki wypadek” niż z realnej troski o losy świata.Wtedy, na ratunek, przybył Władimir Putin. No i jego zuchwały plan podboju Ukrainy. Rosyjski dyktator myślał, że załatwi sprawę w jeden weekend, a zapakował się w najkrwawszą i najbardziej materiałochłonną awanturę w Europie od czasów II wojny światowej. Błyskawiczny rajd zamienił się w potworną, pozycyjną maszynkę do mielenia mięsa. A to znaczyło, że o losach frontu, poza stale rozwijającą się technologią, tak jak sto lat wcześniej decydowała czysta masa ognia i miliony ton stal.Czytaj też: Trump chce zniesienia sankcji na Rosję. Padła konkretna propozycjaRosyjskie fabryki, mimo przejścia na tryb wojenny, nie nadążały. W szczytowych momentach artyleria Putina wypluwała po kilkadziesiąt tysięcy pocisków na dobę. Zapasy z czasów radzieckich topniały w oczach, a perspektywa, że armii zabraknie amunicji, stała się dla Kremla śmiertelnym zagrożeniem. Wtedy Putin przypomniał sobie o zapomnianym sąsiedzie z Pjongjangu.Most przez rzekę TumanPoczątkowo zachodni eksperci podchodzili do doniesień o koreańskich dostawach z obojętnością. Przekonywano, że przestarzała północnokoreańska kolej rozpadnie się pod ciężarem transportów, a pociski pamiętające czasy Breżniewa prędzej rozerwą rosyjskie działa, niż trafią w cokolwiek po stronie ukraińskiej.Jesienią 2023 roku z północnokoreańskiego portu Rajin do rosyjskiego Wostocznego zaczęły kursować statki towarowe, a przez wąski most kolejowy nad rzeką Tuman-gang przetaczały się kolejne składy pociągów. Dziennikarze śledczy Reutersa i analitycy wywiadu doliczyli się ponad 15 tysięcy kontenerów morskich wypełnionych po brzegi uzbrojeniem. Wszystko na przestrzeni zaledwie kilkunastu miesięcy. Czytaj też: Po wyborczej porażce miał uciec do USA. Policja bada sprawęCo w nich było? Przede wszystkim pociski artyleryjskie kalibru 152 i 122 mm – według ostrożnych szacunków do Rosji trafiło ich od 5 do nawet 9 milionów. Do tego samobieżne armatohaubice M1989 Koksan o potwornych, 170-milimetrowych lufach oraz nowoczesne rakiety balistyczne krótkiego zasięgu KN-23 i KN-24, które zaczęły spadać na Charków i Kijów.Rosyjscy żołnierze nie byli jednak zachwyceni. Koreański proch potrafił śmierdzieć stęchlizną, waga ładunków miotających wahała się w granicach kilkunastu procent, pociski latały na oślep, a lufy armat pękały jak zapałki.Tyle że w wojnie na wyniszczenie jakość miała drugorzędne znaczenie. W pewnym momencie koreańska amunicja pokrywała ponad połowę dziennego zużycia rosyjskich baterii w Donbasie. Mówiąc wprost: bez zardzewiałych zapasów Kima rosyjskie natarcie zwyczajnie by stanęło.Żywy towarPrawdziwy przełom nadszedł jednak jesienią 2024 roku, gdy Putinowi zaczęło brakować nie tylko żelaza, ale i rąk do walki. Wtedy Kim Dzong Un zdecydował się na ruch, na który nie odważył się żaden inny sojusznik Rosji: wysłał na front „żywy towar”.Do Rosji trafiło kilkanaście tysięcy żołnierzy, w tym formacje z elitarnego 11. Korpusu, znanego jako „Korpus Burzy”. Na papierze byli to komandosi szkoleni do cichej dywersji, infiltracji i operacji specjalnych w górach. W realiach obwodu kurskiego, gdzie rzucono ich do odbijania zajętego przez Ukraińców terenu, ich wyszkolenie zderzyło się jednak ze ścianą. Trafili w sam środek rzezi dronów FPV, zwiadu satelitarnego i bomb kasetowych. Stworzeni do „wyższych rzeczy”, stali się zwyczajnym mięsem armatnim. Zginęły setki, jeśli nie tysiące z nich.W Pjongjangu nikt nad nimi jednak nie płakał. Z ustaleń południowokoreańskich służb wynika, że Kreml płaci za każdego takiego żołnierza około 2000 dolarów miesięcznie. Dla młodego chłopaka z koreańskiej prowincji, który w państwowej fabryce zarabia równowartość paczki papierosów, 2000 dolarów to suma z kosmosu. Inna sprawa, że rekruci tych pieniędzy nigdy nie oglądają.Reżim bezczelnie zgarnia do własnej kieszeni od 90 do nawet 95 (!) procent tej kwoty. Rodzinie zabitego rzuca się czasem worek ryżu, pamiątkowy dyplom i talon na mieszkanie w stolicy. Cała reszta – w twardych, papierowych dolarach – idzie na konta dyktatora. Przy kontyngencie rzędu kilkunastu tysięcy ludzi daje to Pjongjangowi setki milionów dolarów rocznie. Skarbiec w cieniu pałacuPieniądze z tej wojennej renty nie trafiają oczywiście do oficjalnego budżetu państwa. Nie ma mowy o budowie dróg, renowacji sieci energetycznej na prowincji czy dofinansowaniu zapadających się wiejskich szpitali.Gotówka płynie bezpośrednio do najbardziej mrocznej instytucji w północnokoreańskim systemie: Biura 39.To ściśle tajny wydział Komitetu Centralnego partii, powołany jeszcze w latach 70. przez Kim Ir Sena. Zajmuje się głównie tym, by pieniądze trafiały bezpośrednio do dynastii: wódz ma jeść sushi, popijać francuskie wino, a obywatel może głodować. To ludzie z Biura 39 odpowiadali za przemyt złota, podrabianie amerykańskich „superdolarów”, produkcję metamfetaminy na państwową skalę, cyberataki na giełdy kryptowalut i nielegalną sprzedaż broni do Afryki czy na Bliski Wschód. Wojna w Ukrainie spadła im z nieba jako najbardziej dochodowy, państwowy kontrakt w dziejach reżimu.Czytaj też: Kim w liście do Putina o świętej wojnie. „Mój najdroższy przyjacielu”Ponieważ Rosja została odcięta od zachodniego systemu bankowego, gotówka wędruje szlakami, które przypominają kolejne odcinki serialu „Narcos”. Śledztwa finansowe obnażyły całą sieć: od niszowych rosyjskich banków powiązanych z resortem obrony w Osetii Południowej, przez fikcyjne spółki-krzaki w Dubaju, aż po najprostszy, tradycyjny sposób – fizyczne worki ze studolarówkami i sztabkami złota, ładowane na pokłady rządowych samolotów Ił-76 kursujących między Władywostokiem a Pjongjangiem pod osłoną immunitetu dyplomatycznego.Z tych funduszy Biuro 39 załatwia dwie kluczowe sprawy.Po pierwsze: kupuje lojalność. Aby armia i partia nie myślały o buntach, do Pjongjangu płyną luksusowe dobra dla generałów: limuzyny Maybacha sprowadzane przez Chiny, japońska elektronika, szwajcarskie zegarki i markowy alkohol. Po drugie: finansuje się w ten sposób czarny rynek komponentów technologicznych, sprowadzając z całego świata mikroprocesory niezbędne do budowy rakiet międzykontynentalnych.Ropa, ryż i kosmiczne technologieAle same dolary to wciąż za mało. W kraju odciętym od globalnego handlu papierowe banknoty nie napędzą fabryk ani nie nakarmią milionów żołnierzy. Prawdziwym skarbem, który Pjongjang wydębił od Moskwy, są surowce strategiczne.Przez lata sankcje ONZ – pod którymi jeszcze niedawno z uśmiechem na ustach podpisywała się sama Rosja – nakładały na Koreę limit importu produktów naftowych w wysokości zaledwie 500 tysięcy baryłek rocznie. Miało to powoli udusić reżim i zmusić go do rezygnacji z atomu. Koreańczycy musieli kombinować: w nocy, na wzburzonym morzu, ich małe tankowce przepompowywały paliwo z zagranicznych statków z wyłączonymi transponderami, ryzykując namierzenie przez amerykańskie satelity.Wraz z wojną te ograniczenia po prostu przestały istnieć. Putin bez mrugnięcia okiem wyrzucił rezolucje Rady Bezpieczeństwa do kosza. Północnokoreańskie statki zaczęły jawnie wpływać do rosyjskich portów, pompując benzynę i olej napędowy pod korek. Miliony baryłek ropy popłynęły do Korei w ramach bezpośredniego barteru za amunicję, z dnia na dzień likwidując chroniczny paraliż energetyczny kraju.Wreszcie doszło też jedzenie. Do portów w Namp'o i Czonjin trafiły setki tysięcy ton rosyjskiej mąki, kukurydzy i pszenicy. W państwie, w którym niedobór żywności wynosił co roku około miliona ton, ten zastrzyk oznaczał gwarancję bezpieczeństwa dla partii: żołnierze i robotnicy w kluczowych zakładach zbrojeniowych po raz pierwszy od lat mieli pełne miski.I wreszcie kwestia najważniejsza: know-how.Rosyjscy inżynierowie przestali udawać, że nie mają nic wspólnego z Pjongjangiem. Zaczęli po cichu doradzać koreańskim konstruktorom przy programie kosmicznym, usuwając wady fabryczne w silnikach rakietowych, które wcześniej regularnie eksplodowały nad Morzem Japońskim. Na dodatek Moskwa przekazała Pjongjangowi zaawansowane systemy obrony powietrznej, by chronić tamtejsze niebo przed ewentualną odpowiedzią z Seulu czy Waszyngtonu. W ten sposób Kim za starą amunicję dostał technologie, na które w normalnych warunkach musiałby pracować dekadami.Szampan na zgliszczachWojenna koniunktura kompletnie przemeblowała układ sił wewnątrz Korei Północnej, tworząc bajecznie bogatą kastę. Na samym szczycie znaleźli się oczywiście generałowie i dyrektorzy zakładów podległych Drugiemu Komitetowi Ekonomicznemu – machinie zarządzającej państwowym przemysłem zbrojeniowym. Fabryki w Kanggye, Huichon czy Kusong pracują dziś bez przerwy, na trzy zmiany. Szefowie tych kompleksów, którzy jeszcze niedawno drżeli o życie przy każdej wizytacji wodza, dziś są noszeni na rękach. Dostają od partii luksusowe apartamenty w nowo wybudowanych drapaczach chmur w pjongjańskiej dzielnicy Ryomyong i zaufanie, jakiego nie miał tam nikt od lat.Drugą grupą są donju – tak zwani „panowie pieniądza”. To północnokoreańska nieformalna burżuazja: przedsiębiorcy, którzy pod bezpiecznym parasolem aparatu bezpieczeństwa kontrolują czarny rynek, logistykę, transport i przygraniczny przemyt z Chinami i Rosją. To oni zarabiają krocie na sprowadzaniu surowców do fabryk zbrojeniowych i rozprowadzaniu rosyjskich towarów po kraju.Na bazarach w Pjongjangu znowu pojawił się blichtr: rosyjskie konserwy, słodycze, markowe alkohole, a na ulicach chińskie samochody i modne elektryczne hulajnogi. W stolicy elita bawi się w najlepsze, pijąc importowane piwo i udając, że żyje w mieście lepszym niż w rzeczywistości. A co z resztą kraju?Dla przeciętnego mieszkańca prowincji nie zmieniło się absolutnie nic. Poza oświetlonymi neonami niektórych alei w Pjongjangu, Korea wciąż tonie w błocie, chłodzie i wszechobecnej beznadziei. Zwykły rolnik nie zobaczy oczywiście ani rubla z rosyjskich przelewów, ani kropli z milionów baryłek dostarczonej ropy. Zobaczy za to oficera poborowego, który zapuka do jego drzwi, zabierze 19-letniego syna, wsadzi do bydlęcego wagonu i wyśle tysiące kilometrów na zachód – po to, by ten skończył rozszarpany przez drona w jakimś zamarzniętym rowie pod Kurskiem.Ale Kim Dzong Un dopiął swego. Nie musiał przeprowadzać bolesnych reform rynkowych, nie musiał klękać przed Amerykanami, nie musiał rezygnować z ani jednej głowicy jądrowej. Wystarczyło cierpliwie poczekać na moment, w którym światowy porządek zacznie pękać, a jeden z jego sąsiadów, zdesperowany rzuci się do gardła Europie.Historia na pewno oceni go źle. Ale trzeba oddać, że okazał się wytrawnym graczem. Dopóki w Ukrainie padają strzały, w Pjongjangu nikt nie zamierza gasić świateł. Złoty interes Kima kręci się w najlepsze.