Opolska komentuje. We wtorek, 20 października, Sejm przyjął dwa rozwiązania dotyczące prawa aborcyjnego w Polsce. Jedno dotyczyło dekryminalizacji aborcji, czyli ograniczenia odpowiedzialności karnej osób, które pomagają kobiecie w przerwaniu ciąży. Tu warto podkreślić rzecz podstawową: kobieta w Polsce nie ponosi konsekwencji prawnych za przerwanie własnej ciąży. Natomiast osoba, która chciałaby jej pomóc – mąż, partner, przyjaciółka, mama, siostra czy organizacja wspierająca kobiety na przykład w dotarciu do kliniki za granicą, czy w zakupie tabletek do aborcji farmakologicznej – może stanąć przed sądem. Takie przypadki w Polsce się zdarzały. Projekt przeszedł minimalną większością, 217 głosów za, przy 213 przeciw i trzech wstrzymujących się. Druga ustawa dotyczyła przywrócenia możliwości legalnego przerwania ciąży w przypadku ciężkich wad płodu, czyli de facto powrotu do rozwiązania, które w Polsce funkcjonowało przed niesławnym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku, wydanym pod przewodnictwem Julii Przyłębskiej. Tutaj większość była już stabilniejsza: 233 posłów zagłosowało „za”, 203 „przeciw”, a jedna osoba wstrzymała się od głosu.Co z obietnicą wyborczą? Czy można więc powiedzieć, że koalicja 15 października spełniła obietnice, z którymi szła do wyborów w 2023 roku? To pytanie jest znacznie bardziej skomplikowane i żeby na nie odpowiedzieć, cofnijmy się jeszcze na chwilę do 2020 roku.22 października, dokładnie sześć lat temu, Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie wniosku dot. prawa do aborcji złożonego przez grupę polityków. W Sejmie wniosek reprezentował między innymi Bartłomiej Wróblewski, ale popierali go również inni politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Trybunał uznał za niezgodną z konstytucją jedną z trzech przesłanek, które do tamtego momentu pozwalały na legalne przerwanie ciąży w Polsce. Chodziło o przesłankę embriopatologiczną, czyli sytuację ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.Czytaj też: Test dla Koalicji 15 października. Polityczna układanka przed wyboramiBył to zdecydowany ukłon polityków PiS w stronę Kościoła katolickiego i środowisk skrajnie prawicowych. Później wydarzyło się jednak coś, czego ówcześni rządzący chyba nie przewidzieli: masowe protesty. Na ulice wyszły dziesiątki tysięcy kobiet, ale warto podkreślić, że w demonstracjach uczestniczyli również mężczyźni. Strajki Kobiet przeszły przez całą Polskę, od wielkich miast po mniejsze miejscowości i wioski. Zjednoczyły ludzi o różnych poglądach, których połączył sprzeciw wobec ograniczenia praw kobiet. Tak masowych protestów Polska nie widziała od lat.W ich trakcie dochodziło do scen absolutnie skandalicznych. Policja używała wobec protestujących pałek teleskopowych i gazu łzawiącego, również wobec posłanek ówczesnej opozycji. Wśród nich były Barbara Nowacka, dziś ministra edukacji narodowej, oraz Magdalena Biejat, obecnie wicemarszałkini Senatu. Obrazy kobiet traktowanych w ten sposób przez funkcjonariuszy państwa na długo zapisały się w pamięci opinii publicznej.Po tych wydarzeniach poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości gwałtownie spadło i nigdy nie wróciło do poziomu sprzed wyroku Trybunału. Nieoficjalnie mówiło się, że po tym, jak w 2023 roku PiS musiało oddać władzę, Bartłomiej Wróblewski, silnie kojarzony z wnioskiem do TK, stał się w swojej partii persona non grata. Koledzy partyjni mieli obwiniać go o wyborcze niepowodzenie.Trudno się więc dziwić, że liberalizacja prawa aborcyjnego i dostosowanie go do standardów obowiązujących w większości państw europejskich stały się jednymi ze sztandarowych haseł kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku. Oczywiście partie tworzące dziś koalicję 15 października nie miały jednakowego, równie liberalnego podejścia do przerywania ciąży, jednak mimo tych różnic kwestia praw kobiet była jednym z tematów, które wyraźnie wybrzmiały w kampanii.Czytaj też: „Aborcja była, jest i będzie”. Ostra debata w SejmieMobilizacja kobietWybory 15 października 2023 roku zmobilizowały rekordową liczbę kobiet. Niewątpliwie rację mieli więc ci politycy PiS, którzy właśnie kwestię aborcji uznawali za jedną z istotnych przyczyn porażki wyborczej swojej partii. Dla dużej części wyborczyń ograniczenie praw reprodukcyjnych stało się symbolem polityki poprzedniej władzy, a obietnica zmiany tych przepisów była jednym z głównych oczekiwań wobec ugrupowań, które później utworzyły nowy rząd.Wraz z uformowaniem się nowej większości pojawiły się pierwsze pytania o realizację wyborczych obietnic. Trzecia Droga, dziś już nieistniejąca koalicja Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050, obiecywała odwrócenie skutków wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ale nie chciała iść w kierunku dalszej liberalizacji prawa aborcyjnego. Dlatego takiej zmiany nie wpisano do umowy koalicyjnej.W kwietniu 2024 roku, mniej więcej pół roku po wyborach parlamentarnych, w Sejmie znalazły się cztery projekty dotyczące aborcji. Część zakładała liberalizację przepisów idącą dalej niż powrót do wcześniejszego kompromisu aborcyjnego, a projekt Trzeciej Drogi przewidywał właśnie przywrócenie tego stanu prawnego. Polska 2050 i jej ówczesny lider, Szymon Hołownia, dużo mówili również o potrzebie przeprowadzenia referendum, w którym obywatele mieliby wypowiedzieć się na temat przyszłego kształtu prawa aborcyjnego.Zmarnowane półtora rokuW lipcu 2024 roku projekt zakładający dekryminalizację pomocy w aborcji upadł w Sejmie. Dziś politycy Koalicji Obywatelskiej i Lewicy przyznają, że czekali na zmianę prezydenta po wyborach w 2025 roku. Politycy koalicji rządzącej byli przekonani, że wygra Rafał Trzaskowski i uznali, że nie ma sensu spieszyć się z wprowadzaniem ustaw określanych jako światopoglądowe (choć mówimy przecież o prawach człowieka), skoro ówczesny prezydent z nadania PiS – Andrzej Duda – i tak z pewnością by je zawetował. Dziś wiemy już, że wybory prezydenckie wygrał nie Rafał Trzaskowski, lecz Karol Nawrocki. Z perspektywy czasu można więc powiedzieć, że pierwsze półtora roku rządów koalicji w dużej mierze zmarnowano, licząc na polityczny scenariusz, który ostatecznie się nie spełnił.Mijają zatem trzy lata od wyborów parlamentarnych i dokładnie sześć lat od wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającego prawo aborcyjne. Dopiero teraz, po długich i trudnych negocjacjach wewnątrz koalicji rządzącej, przez Sejm przechodzą dwa rozwiązania, o których wspominałam wcześniej.Jest to jednak sukces dość gorzki. Politycy Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, PSL oraz ugrupowań, które powstały po rozpadzie Polski 2050, z którymi rozmawiałam w tym tygodniu w Sejmie, raczej nie mają wątpliwości, że prezydent Karol Nawrocki po raz kolejny sięgnie po weto. Alternatywnie sprawa może trafić do Trybunału Konstytucyjnego, co w rezultacie również może zablokować wejście nowych rozwiązań w życie.Środowiska kobiece mówią jasno: zaproponowane rozwiązania są dalekie od satysfakcjonujących, a prace nad nimi trwały zdecydowanie zbyt długo. Niewątpliwie jednak w skomplikowanej koalicji, skupiającej partie o bardzo różnych poglądach, samo wypracowanie porozumienia w tak polaryzującej kwestii jak aborcja można uznać za spore osiągnięcie.Polityczna odpowiedzialność za to, że zmiany, na które, jak pokazują badania, gotowi są Polacy, w tym również znaczna część wyborców PiS i Konfederacji, ostatecznie nie wejdą w życie, może jednak spaść na prezydenta Karola Nawrockiego. To jego decyzja o niepodpisaniu ustaw uniemożliwi zmianę prawa. Jeśli Koalicja 15 października dobrze przedstawi opinii publicznej ten ciąg przyczynowo-skutkowy, być może przynajmniej częściowo obroni się przed zarzutem niespełnienia jednej z ważniejszych obietnic wyborczych, czyli liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce. Bo choć na razie trudno mówić o zmianie, której oczekiwali wyborcy i wyborczynie, można przynajmniej wskazać, kto i na jakim etapie ją zablokował.Czytaj też: Chaos wokół TK. O co walczy Święczkowski?