25 lat od premiery kultowego urządzenia. Gdyby nie film Stanleya Kubricka z 1968 roku i jeden pracujący na zlecenie copywriter, małe białe pudełko Steve’a Jobsa mogło wejść na rynek pod zupełnie inną, nudną korporacyjną nazwą. Twórcy odtwarzacza nie mieli pojęcia, jak ochrzcić swój wynalazek niemal do ostatniej chwili przed premierą. Ostateczny pomysł nie narodził się w gabinetach szefów Apple, lecz z luźnego skojarzenia ze statkiem kosmicznym i kapsułą badawczą z „Odysei kosmicznej”. Jesienią 2001 roku w centrali Apple przy One Infinite Loop w Cupertino panowała nerwowa krzątanina. Zespół inżynierów pod wodzą Tony’ego Fadella dopinał ostatnie szczegóły techniczne miniaturowego odtwarzacza, a Jonathan Ive szlifował biel poliwęglanowej obudowy. Projekt nosił wówczas wewnętrzny, ściśle tajny kryptonim: P68.Sprzęt był gotowy, ale marketingowcy mieli potężny problem: nikt nie wiedział, jak go nazwać.Wewnętrzne burze mózgów kończyły się fiaskiem. Propozycje krążyły wokół technicznego żargonu lub nazw zbyt dosłownych, które kojarzyły się z tanimi odtwarzaczami konkurencji. Jobs, zniecierpliwiony brakiem polotu swoich pracowników, postanowił sięgnąć po pomoc z zewnątrz. Do Cupertino ściągnięto grupę wolnych strzelców – copywriterów i specjalistów od brandingu – którym bez zbędnych wstępów pokazano ściśle strzeżony prototyp.Wśród nich był Vinnie Chieco.Czytaj też: Chińska ekspansja zagraża polskim fabrykom AGD. Jest apel do BrukseliStatek matka i kapsuła ratunkowaChieco nie dostał do ręki działającego urządzenia. Zobaczył jedynie atrapę: śnieżnobiały, gładki klocek z tworzywa sztucznego połączony z błyszczącą stalą, z małym ekranem i mechanicznym pokrętłem. Przypominał raczej miniaturową rzeźbę modernistyczną niż elektronikę użytkową.Kluczem do rozwiązania zagadki nie był jednak sam wygląd gadżetu, lecz strategia, którą Jobs wbił zespołowi do głów kilka miesięcy wcześniej. Prezes Apple forsował koncepcję Digital Hub („cyfrowego centrum”). Zakładała ona, że komputer stacjonarny Mac ma być potężnym sercem domowej technologii – statkiem matką – do którego użytkownik podłącza mniejsze, wyspecjalizowane urządzenia peryferyjne: kamery cyfrowe, aparaty czy odtwarzacze muzyczne. Urządzenia te miały żyć własnym życiem poza domem, ale ostatecznie zawsze musiały wrócić do bazy, by zsynchronizować dane i naładować baterie.Chieco wpatrywał się w biały prototyp i nagle przed oczami stanęła mu scena z klasyka science fiction – filmu „2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka.W filmie potężny statek kosmiczny Discovery One dysponował mniejszymi, jednoosobowymi kapsułami zwanymi EVA Pods. Były to obłe, białe pojazdy służące astronautom do pracy w otwartej przestrzeni kosmicznej. Kapsuła mogła oddalić się w próżnię, ale nie była samowystarczalna – po wykonaniu zadania musiała zadokować z powrotem w hangarze statku matki.Skojarzenie było uderzające. Mac był statkiem kosmicznym, a mały biały odtwarzacz – miniaturową kapsułą, czyli po angielsku: Pod.Czytaj też: Arcydzieło Kieślowskiego. Zachwycali się nim Kubrick i Tarantino„Otwórz drzwi, HAL”W popkulturze słowo to natychmiast przywoływało zresztą najbardziej ikoniczną kwestię kina sci-fi: dramatyczne błaganie astronauty Dave’a Bowmana zwrócone do zbuntowanego superkomputera pokładowego: „Open the pod bay doors, HAL” („Otwórz drzwi hangaru kapsuł, HAL”).Chieco przedstawił pomysł zespołowi. Wystarczyło dołożyć do słowa „Pod” małą literę „i”, która od premiery iMaca w 1998 roku stanowiła najcenniejszy prefiks w portfolio Apple.Wymyślona przez legendarnego dyrektora kreatywnego Kena Segalla litera „i” pierwotnie oznaczała przede wszystkim internet, ale niosła ze sobą także inne skojarzenia: individual (indywidualny), inform (informować), inspire (inspirować). W połączeniu z kosmiczną kapsułą powstała zwięzła, perfekcyjna nazwa: iPod.Steve Jobs, znany z bezlitosnego odrzucania cudzych pomysłów i publicznego rugania współpracowników, tym razem nie miał żadnych uwag. Kiedy usłyszał słowo „iPod”, po prostu skinął głową. Zrozumiał, że nazwa jest krótka, łatwa do wymówienia w każdym języku, nie zdradza bezpośrednio funkcji muzycznych (co zostawiało furtkę do rozbudowy urządzenia o wideo czy gry) i idealnie współgra z uruchomionym chwilę wcześniej programem iTunes.Został tylko jeden problem: znak towarowy.Kioskarz z New JerseyGdy prawnicy Apple rzucili się do sprawdzania baz patentowych, czekał ich zimny prysznic. Okazało się, że firma z Cupertino nie była pierwsza.Nazwa „iPod” została zarejestrowana w amerykańskim Urzędzie Patentowym już w 2000 roku przez Josepha N. Rosso – przedsiębiorcę z New Jersey. Rosso wymyślił sieć publicznych, samoobsługowych kiosków internetowych, które miały stanąć na lotniskach, w hotelach i na stacjach benzynowych. Użytkownik mógł wrzucić do maszyny monetę lub przeciągnąć kartę, by sprawdzić pocztę i przejrzeć strony www. Kioski nazywały się właśnie „iPod”.Projekt Rosso okazał się jednak rynkową klapą. W dobie upowszechniania się domowego internetu i wczesnych sieci bezprzewodowych mało kto chciał płacić za stanie przed automatem na dworcu. Znak towarowy leżał odłogiem.Początkowo Apple zarejestrowało prawa do nazwy wyłącznie w bardzo wąskiej kategorii „przenośnych cyfrowych odtwarzaczy audio”, co pozwoliło na bezproblemową premierę w październiku 2001 roku. Kiedy jednak odtwarzacz zaczął zyskiwać kolorowe ekrany, możliwość wyświetlania zdjęć i odtwarzania wideo, ryzyko konfliktu prawnego zaczęło rosnąć. Ostatecznie w 2005 roku prawnicy z Cupertino po cichu odkupili od Josepha Rosso pełne, globalne prawa do marki za nieujawnioną nigdy sumę, unieważniając pierwotny patent na internetowe kioski.Czytaj też: Musk szykuje wielobilionową fuzję. „Ma dużo zalet”Dziś słowo „iPod” jest zabytkiem techniki, ale w języku zostawiło trwały ślad, o jakim twórcy innych gadżetów mogą tylko pomarzyć.Kiedy w 2004 roku brytyjski dziennikarz Ben Hammersley szukał w artykule dla „The Guardian” określenia na zjawisko amatorskich audycji radiowych publikowanych w sieci, zbitka słów iPod oraz broadcast (nadawać) wydała mu się najbardziej naturalna. Tak narodził się podcast – format, który dwie dekady później zdominował współczesne media audio.Historia nazwy iPoda to czysta esencja wczesnego, zuchwałego Apple: zderzenie popkultury lat 60., futurystycznej wizji kina i odwagi, by zignorować dosłowność. Podczas gdy reszta branży wypuszczała na rynek kolejne bezduszne maszyny o nazwach pokroju DMP-3000 czy Jukebox 20GB, Jobs dał ludziom „kapsułę”. I pozwolił im uwierzyć, że noszą w kieszeni kawałek kosmosu.