Kompletna dewastacja na 330 ha. Kompletna dewastacja – tak w skrócie można określić to, czego w Finlandii dokonał gigant technologiczny Google, który nielegalnie ściął 250 tys. drzew pod budowę centrum danych. Sprawę w reportażu przybliżył brytyjski dziennik „The Guardian”. W pobliżu miejscowości Muhos na północy Finlandii, na obszarze 330 ha, rosło około ćwierć milion drzew. Ale Tego krajobrazu już niema. Jest za to gigantyczna brunatno-błotnista łata, z której breja ścieka do pobliskiej rzeki Oulujoki. Woda wygląda teraz w rzece jak kawa z mlekiem. Za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest gigant technologiczny Google. Finowie są wściekli.Umowa z Google’em jak cyrograf? Zimny prysznic Finlandii – To się nie kończy. Tylko ciągnie się i ciągnie – zauważyła w rozmowie z „Guardianem” Mari Annala, ekolożka z Fińskiego Stowarzyszenia Ochrony Przyrody (SLL), przyglądając się nagraniom z drona, które ukazują teren, gdzie kiedyś rósł gęsty las.SLL jest najstarszą i najbardziej wpływową organizacją ochrony środowiska w kraju, zrzeszającą 150 lokalnych stowarzyszeń i tysiące aktywnych członków w całej Finlandii. Centralna organizacja została założona w 1938 r., ale najstarsze lokalne stowarzyszenie członkowskie, Stowarzyszenie Przyjaciół Przyrody w Kuopio, ma ponad 110 lat.Google zamierza postawić w Finlandii 145 nowych centrów danych. Z punktu widzenia inwestycyjnego stawia to kraj w czołówce państw objętych najnowszą falą inwestycji firm technologicznych. Przyciąga chłodny klimat, bo dzięki temu koszty chłodzenia serwerów są niższe.Gdy na jaw wyszło to, co wydarzyło się w Muhos, fiński organ ds. zezwoleń i nadzoru (LVV) nakazał wstrzymanie prac nie tylko w tym miejscu, bo także położonej 100 km niże na południu wsi Otanmäki. Tam, według szacunków Mari Annali, wycięto 150 tys. drzew. „Powodem było nieprzeprowadzenie wymaganych ocen oddziaływania na środowisko przed przystąpieniem do wycinki drzew na tych terenach. Informacja ta wywołała szerokie oburzenie i skłoniła fińskie społeczeństwo do debaty nad tym, jaką rolę – o ile w ogóle jakąkolwiek – kraj ten powinien odgrywać w globalnym wyścigu budowy centrów danych, mających sprostać gwałtownemu rozwojowi sztucznej inteligencji” – relacjonował brytyjski dziennik.Google przeprosił rychło w czasW ubiegłym tygodniu Antti Järvinen, dyrektor fińskiego Google’a, przeprosił za wycinkę lasów, twierdząc jednak, że firma postępowała „zgodnie z najlepszym dostępnym jej wówczas rozumieniem przepisów prawa”.Politycy, z premierem Petterim Orpą na czele, zacierali ręce i mówili o wielkich zyskach z inwestycji, której koszt szacowany jest na 13 mld euro. Pytanie tylko, czy w dłuższej perspektywie działania te nie okażą się dla fińskiego środowiska, a także dla okolicznej ludności, katastrofalne w skutkach. Po wybuchu skandalu sam Orpo zmienił już ton i sam przyznał, że to, co się wydarzyło, to „zimny prysznic”. Nikt nigdy nie dopuścił czegoś takiego w Finlandii– Początkowo nie mogłam w to uwierzyć. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby jakakolwiek firma dopuściła się czegoś takiego w Finlandii – stwierdziła cytowana przez „Guardiana” Hanna Halmeenpää, przewodnicząca zarządu SLL. Dodała, że cały fiński system opiera się w dużej mierze na zaufaniu, które – jej zdaniem – Google wykorzystał.– Kupili rozległy teren i po prostu zaczęli go wycinać – tak po prostu. To czysta arogancja, coś niebywałego stwierdziła – denerwowała się Halmeenpää i przyznała, że Finów szokowało też tempo wyrąbywania terenu. Co tu się dzieje?– Wielu ludzi oglądało wiadomości i zaczęło zadawać sobie pytanie: „Co tutaj się dzieje? Co możemy z tym zrobić? I czy musimy brać te wszystkie projekty centrów danych do Finlandii?” – mówiła.Brytyjska gazeta rozmawiała także z Jussim Kangasharju, kierownikiem wydziału informatyki na Uniwersytecie Helsińskim. W jego opinii, centra danych mogą stworzyć pewną liczbę miejsc pracy, ale w perspektywie całego kraju zyski z inwestycji nie będą odczuwalne.– Z perspektywy Finlandii nie ma właściwie żadnych korzyści. To międzynarodowe firmy obsługujące międzynarodowych klientów. Do Finlandii trafia bardzo niewielka część podatków korporacyjnych. Ostatecznie centra danych przynoszą znikome korzyści komukolwiek, poza samym operatorem takiego centrum – powiedział Kangasharju.„Guardian” zaznaczył, że rozmawiał też z mieszkańcami Muhos przychylnie nastawionymi do inwestycji, ale z zastrzeżeniem, że robi się to z głową.„Nie chcę ich tutaj”– Zrobili to w zły sposób. Amerykański styl. Bez sensu. Kompletnie bez żadnego sensu – ocenił Antti Jakonen, mieszkaniec Muhos i jako wędkarz podsunął Google’owi pomysł na zadośćuczynienie. Gigant mógłby sfinansować ponowną introdukcję łososia w pobliskich zbiornikach, którego siedliska zniszczyła elektrownia wodna.Inna mieszkanka Anni Ranta zwróciła uwagę, że do miasta nie podchodziły wilki, ale przez zlikwidowanie im miejsca do życia były już zauważane w Muhos. 53-latka przypomniała też jeszcze jeden aspekt wiążący się z pobudowaniem danych, o czym dopiero zaczyna się mówić. Chodzi o ogromny hałas. Okolice centrów danych nie nadają się do mieszkania z powodu nieustannego szumu.– Nie chcę ich tutaj. W ogóle nie chcę ich w Finlandii – skwitowała Anni Ranta.Firma Google poinformowała, że podejmuje działania na rzecz ochrony jakości wody w lokalizacji Muhos oraz że planuje zasadzić tam drzewa na powierzchni 130 ha. Obrońcy przyrody twierdzą, że liczba ta jest zbyt mała, by przynieść jakikolwiek realny efekt w zestawieniu ze szkodami wyrządzonymi przez wycinkę drzew.