Niewygodny przeciwnik. Nie miał armii, nie dowodził podziemnymi strukturami i mówił cichym, lekko zachrypniętym głosem, paląc przy tym papierosa za papierosem. W hierarchii kościelnej był zaledwie skromnym rezydentem na żoliborskiej parafii, zmagającym się z przewlekłą anemią. Mimo to dla junty generała Wojciecha Jaruzelskiego 37-letni ksiądz Jerzy Popiełuszko stał się wrogiem publicznym numer jeden. W 42. rocznicę jego zabójstwa warto zastanowić się: dlaczego? Do warszawskiej huty trafił przypadkiem. A może to przeznaczenie? Hutnicy, którzy ogłosili strajk solidarnościowy z Wybrzeżem, zażądali od kurii mszy świętej na terenie zakładu. Kardynał Stefan Wyszyński wysłał kapelana, ale ten utknął w korkach; Popiełuszko po prostu był pod ręką – pracował w parafii św. Stanisława Kostki i zgodził się podjechać.Był bardzo zaskoczony tym, co zastał na miejscu. Spodziewał się chłodnej rezerwy, może nawet niechęci. Zamiast tego, przywitał go szpaler potężnych mężczyzn w roboczych drelichach, którzy na widok sutanny zaczęli płakać i bić brawo. Prowizoryczny ołtarz zespawano z hutniczych szyn, krzyż zbito z sosnowych desek, a ministrantami zostali robotnicy z czarnymi od smaru dłońmi. Dla PZPR to był bolesny cios. Ustrój, który legitymizował swoje istnienie rzekomą „dyktaturą proletariatu”, musiał bezradnie patrzeć, jak jego mityczna klasa robotnicza klęka przed młodym wikarym i całuje krzyż. Sojusz inteligencji, robotników i Kościoła, przed którym marksistowscy ideolodzy drżeli od dekad, zmaterializował się na obrzeżach warszawskich Bielan.Popiełuszko wszedł na chwilę, ale został znacznie dłużej. Został z ludźmi, których odwaga mu imponowała, a którzy byli jednocześnie tak bardzo bezbronni. Przychodził do nich na wydziały, uczył się żargonu, chrzcił ich dzieci i załatwiał leki. Kiedy szesnaście miesięcy później na ulice wyjechały czołgi, ich sojusz nie tylko nie pękł, lecz zamienił się w prawdziwą twierdzę. Braterstwo. Republika na Żoliborzu13 grudnia 1981 roku państwo opiekuńcze zrobiło to, co umiało najlepiej. Aresztowano tysiące działaczy, zawieszono łączność telefoniczną, wprowadzono godzinę milicyjną i zakaz jakichkolwiek zgromadzeń. Chcieli złamać Solidarność poprzez izolację. Sprawdzić granice, wywołać strach. Obywatel miał siedzieć w domu, wpatrywać się w ekran telewizora, słuchać umundurowanych spikerów i czuć bezradność. Czuć, że nic nie zdziała. A potem poddać się systemowi.Systemowi, w którym wyrwą okazał się kościół na Żoliborzu. Kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, drugi dom Popiełuszki. Kościół w PRL – na mocy specyficznego, wymuszonego kompromisu między państwem a Watykanem – zachowywał autonomię lokalową. Milicja i ZOMO nie mogły bez zgody hierarchii sforsować bram świątyni. Popiełuszko wykorzystał tę „lukę” w prawie. Przekształcił żoliborską parafię w potężne, nieformalne centrum logistyczne i kulturalne.Plebania zamieniła się w magazyn darów płynących z Europy Zachodniej: tonami rozładowywano tam mleko w proszku, leki, ciepłe ubrania i buty. Ksiądz Jerzy osobiście koordynował pomoc dla rodzin internowanych, organizował adwokatów na procesy polityczne i sam godzinami przesiadywał w salach sądowych, notując nazwiska sędziów i prokuratorów. Gdy wracał na parafię, relacjonował przebieg rozpraw rodzinom więźniów.Czytaj też: Był pod ciągłą obserwacją SB. Życie i śmierć księdza PopiełuszkiPrzede wszystkim jednak dał ludziom to, co dekret o stanie wojennym im odebrał: obecność drugiego człowieka. Poczucie wspólnoty. W każdą ostatnią niedzielę miesiąca na mszach za ojczyznę gromadziło się od dwudziestu do pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Przyjeżdżały autokary z Gdańska, Krakowa, Śląska i Poznania. Wokół kościoła stał wielotysięczny tłum, w którym profesorowie uniwersytetów stali ramię w ramię z tokarzami, a znani aktorzy recytowali zakazane wiersze Miłosza i Norwida.Dla władzy był to widok przerażający. W środku zmilitaryzowanego państwa, pod nosem komendy stołecznej MO, raz w miesiącu powstawała kilkudziesięciotysięczna, legalna demonstracja, podczas której ludzie uświadamiali sobie, że wcale nie są sami. Rozbrajanie nienawiściGdyby Popiełuszko wzywał do podpalania komitetów partyjnych czy zbrojnego oporu, Kiszczak i Jaruzelski mogliby wkroczyć do akcji. Co jak co, ale pacyfikację zbrojnego podziemia opanowali do perfekcji. Każdy wybuch przemocy dawał propagandzie pretekst do ogłoszenia, że opozycja to „anarchiści, terroryści i wrogowie spokoju społecznego”.Tragedia aparatu bezpieczeństwa polegała na tym, że Popiełuszko kategorycznie przemoc odrzucał. Jego kazania, analizowane dziś na chłodno, były zaskakująco proste. Nie było w nich wyrafinowanej teologii ani płomiennego radykalizmu Piotra Skargi. Mówił cicho, bez aktorskich gestów, posługując się niemal wyłącznie językiem Ewangelii i cytatami z kardynała Wyszyńskiego oraz Jana Pawła II. Jego leitmotiv – zapożyczone od św. Pawła hasło „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” – stało się dla Służby Bezpieczeństwa ideologicznym murem nie do przebicia.Czytaj też: Śmierć Popiełuszki. Wciąż wiele znaków zapytaniaPopiełuszko konsekwentnie rozbrajał nienawiść. Uczył ludzi, by w zomowcach stojących na mrozie w kordonach wokół kościoła widzieć zmanipulowanych, zmarzniętych rodaków. Znane są relacje, gdy podczas siarczystych mrozów wysyłał wiernych z termosami z gorącą herbatą do milicjantów blokujących żoliborskie ulice.Dla systemu opartego na terrorze i prowokowaniu agresji była to postawa zabójcza. Popiełuszko odbierał władzy monopol na strach. Człowiek, który przestaje nienawidzić i przestaje się bać więzienia czy utraty pracy, staje się dla machiny totalitarnej całkowicie bezużyteczny – nie da się go zaszantażować ani zmusić do posłuszeństwa.Zdrada według bezpiekiAlek Popiełuszko (imię Jerzy przyjął dopiero przed święceniami) nie pochodził z arystokracji ani z przedwojennej warszawskiej inteligencji. Urodził się w 1947 roku we wsi Okopy pod Suchowolą na Podlasiu, w głęboko religijnej, ubogiej rodzinie chłopskiej. Do szkoły chodził kilometrami przez błoto, mówił ze wschodnim zaśpiewem i na własnej skórze poznał nędzę powojennej polskiej wsi.Według marksistowskich schematów taki chłopak powinien być modelowym beneficjentem awansu społecznego Polski Ludowej: powinien wstąpić do ZMP, pójść do wojska, zrobić karierę w partii albo w milicji i nienawidzić „klasowych wyzyskiwaczy”.Tymczasem Popiełuszko wybrał seminarium, a gdy w latach 60. wcielono go do specjalnej jednostki wojskowej dla kleryków w Bartoszycach – mającej na celu brutalne łamanie sumień młodych seminarzystów – okazał się twardy jak skała. Mimo bicia, karceru, stania godzinami na mrozie i upokorzeń odmówił zdjęcia z palca różańca i wyrzucenia medalika.Dla oficerów SB z IV Departamentu, zajmującego się zwalczaniem Kościoła, Popiełuszko był żywą obrazą ich ideologii. Chłopi i robotnicy mieli budować socjalizm pod batutą partii, a tymczasem syn podlaskich rolników stał się duchowym przywódcą elity polskiego hutnictwa. Z punktu widzenia komunistycznej nomenklatury – jakkolwiek absurdalnie to dziś brzmi – był zdrajcą własnej klasy społecznej.Wszyscy się odwróciliW końcu machina ruszyła do zmasowanego ataku. Likwidacja fenomenu żoliborskiego stała się obsesją kierownictwa MSW.W państwowej prasie rozpętano bezprecedensową kampanię nagonki. Rzecznik rządu Jerzy Urban, publikujący pod pseudonimem Jan Rem, w głośnym tekście „Seanse nienawiści” w tygodniku „Tu i Teraz” nazywał msze u św. Stanisława Kostki „czarnymi mszami”, a samego Popiełuszkę określał mianem „Savonaroli antykomunizmu” i oskarżał o organizowanie politycznych sabatów podsycających histerię.Równolegle działała bezpieka. Założono sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Popiel”. Wokół księdza ulokowano kilkunastu tajnych współpracowników, w tym zwerbowanych duchownych i bliskich znajomych. W grudniu 1983 roku przeprowadzono słynną „prowokację na Chłodnej”: do prywatnego, odziedziczonego mieszkania księdza funkcjonariusze SB podrzucili broń, amunicję, granaty z gazem łzawiącym oraz nielegalne ulotki, po czym „przypadkowo” weszli tam z rewizją w błysku kamer państwowej telewizji. Został aresztowany, a z opresji wyciągnęła go dopiero bezpośrednia interwencja sekretarza Episkopatu, arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego.Jednak najbardziej bolesne dla Popiełuszki było pęknięcie wewnątrz samego Kościoła.Prymas Józef Glemp, człowiek ostrożny, starający się za wszelką cenę uniknąć rozlewu krwi i dążący do porozumienia z ekipą Jaruzelskiego, patrzył na działalność wikarego z Żoliborza z narastającym niepokojem. Władze nieustannie szantażowały kurię: jeśli nie uciszycie Popiełuszki, nie dostaniecie zgody na budowę nowych kościołów, cofniemy paszporty, a dialog zostanie zerwany.W grudniu 1983 roku doszło do dramatycznej rozmowy między prymasem a ks. Jerzym. Glemp oskarżył młodego księdza o to, że daje się manipulować opozycji, że jego działalność ma znamiona politykierstwa, a wokół kościoła kręcą się podejrzane elementy. Zaproponował mu wyjazd na studia doktoranckie do Rzymu – de facto elegancką formę zesłania, która miała uratować mu życie, ale jednocześnie zamknąć żoliborski bastion.Popiełuszko odmówił. Z zapisków w jego dzienniku wyłania się obraz człowieka skrajnie wyczerpanego fizycznie, osaczonego przez bezpiekę, ale świadomego, że wyjazd do Włoch zostałby odebrany przez tysiące robotników jako ucieczka i zdrada. „Nie mogę zostawić tych ludzi. Byłoby to zaparcie się mojego powołania” – zanotował. Został na Żoliborzu całkowicie odsłonięty: reżim wiedział już, że nie będzie mógł liczyć na wstawiennictwo Episkopatu. Śmiertelna pułapkaDecyzja o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki, podjęta w kręgach IV Departamentu MSW przez Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękalę (pod parasolem ich przełożonych: generałów Ciastonia i Płatka), była aktem całkowitej bezradności aparatu państwowego. Reżim wypróbował wszystkie dostępne metody: podsłuchy, nieustanną inwigilację, zmasowaną propagandę medialną, szantaż kurii, sfingowane procesy i próby zamachów (jak rzucenie kamieniem w szybę pędzącego samochodu pod Olsztynkiem). Nic nie działało. Popiełuszko nie dał się zastraszyć, nie dał się wygnać z kraju i nie dał się sprowokować do nienawiści.Gdy 19 października 1984 roku na szosie pod Górskiem esbecy zatrzymali jego fiata 125p, wydali wyrok nie tylko na Popiełuszkę, ale też na cały system, w którym funkcjonowali. Myśleli, że załatwią sobie w ten sposób ciszę i spokój, ale osiągnęli efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.Pogrzeb na Żoliborzu, który zgromadził niemal milion ludzi, stał się największą manifestacją wolności w powojennej historii Polski. Władza Ludowa zabiła człowieka, ale niemal natychmiast uczynili go świętym. Męczennikiem. Bohaterem. Popiełuszko nauczył ludzi, że nie trzeba się bać. Kilka lat później komunistycznej Polski już nie było. Ksiądz Jerzy tego nie doczekał, ale na pewno się do tego przysłużył. Czytaj również: Rodzina i wierni pożegnali kapłana. Zginął po ataku w Jarosławiu