Alfabet Oczkosia. Władza jest jak wi-fi. Nikt jej nie widzi, wszyscy jej chcą, a kiedy zanika, ludzie zaczynają chodzić po mieszkaniu z telefonem z ręką do góry i błagać sufit o litość. W Polsce władza polityczna przypomina serial telewizyjny, który ciągnie się od trzydziestu lat. Zmieniają się scenarzyści, aktorzy grają na zmianę raz protagonistę, raz czarny charakter, a widzowie od dawna znają zakończenie każdego odcinka: „to wina poprzedników”.Mamy jednak jeden rzadki w Europie luksus: nasza polityka nigdy nie jest nudna. Gdzie indziej o budżecie debatuje się ze stoickim spokojem? U nas każda ustawa to thriller, w którym ktoś się obraża, ktoś wychodzi z sali, a ktoś trzeci składa wniosek o przerwę, żeby napić się kawy. Przerwa trwa tradycyjnie dłużej niż samo posiedzenie.Polska scena ma też swój unikalny podział. Nie jest to lewica i prawica, tylko „nasi” i „tamci”. Kto jest „nasz”, zależy od tego, kogo zapytacie i o której godzinie. Rodziny dzielą się przy świątecznym stole, a dziadek wygłasza przemówienie, którego nie powstydziłby się żaden poseł, choć dziadek ma tę przewagę, że czasem przestaje mówić, gdy mu podać pierogi.Na tle Europy wyglądamy jednak całkiem sympatycznie. We Francji władza lubi się przechadzać po pałacach i ogłaszać reformy, po czym na ulicach pojawiają się płonące kosze i strajki, bo Francuzi traktują protest jak sport narodowy. Niemcy rządzą koalicjami tak skomplikowanymi, że po ich zawarciu nikt już nie pamięta, kto z kim i dlaczego. Włosi zmieniają rządy częściej niż my zimowe opony, ale kraj jakoś trwa, bo prawdziwą władzę sprawuje tam zapewne Mama.Czytaj też: Jak Ziobro i Romanowski, czyli U jak ucieczkaWładza w USA, czyli show must go on, ostatnio MAGAAmerykanie zrobili z władzy produkt eksportowy. Wybory trwają tam tak długo, że po ich zakończeniu mało kto pamięta, o co poszło. Kampania zaczyna się praktycznie następnego dnia po poprzedniej, a kandydaci wydają miliardy dolarów, żeby przekonać nas, że przeciwnik to najlepszym razie ignorant, w najgorszym zaś zagrożenie dla cywilizacji zachodniej.Prezydent USA ma władzę ogromną, a jednocześnie często ograniczoną i na tym polega piękno trójpodziału. Kongres może mu zablokować budżet, sąd może uchylić dekret, a prasa może go wyśmiać w dwunastu programach satyrycznych jednocześnie. Nawet jeśli zechce zdelegalizować wszystkich dziennikarzy. Dlatego Amerykanie mówią, że ich system jest genialny: nikt nie ma całej władzy, więc wszyscy mają wymówkę, dlaczego nic nie wyszło.Warto też pamiętać, że w USA prawdziwą władzę ma lobby. Nie ma tam korupcji, jest „wsparcie kampanii”, nie ma łapówek, są „spotkania networkingowe”. I tak oto w kraju wolności można legalnie robić to, co u nas kończy się u prokuratora, tylko z lepszym cateringiem.Władza totalna, czyli wybory z gwarancją wynikuSą też kraje, gdzie władza nie jest sporem, lecz stanem natury. Hannah Arendt, która opisała totalitaryzm lepiej niż ktokolwiek, zauważyła, że władza totalna nie zadowala się posłuszeństwem. Chce jeszcze entuzjazmu. Sam brak krytyki to za mało, trzeba szczerze klaskać, i to we właściwym momencie i rytmie np. Kalinki.Weźmy Rosję. Wybory odbywają się tam regularnie i są wzorem przewidywalności: wynik znany jest z wyprzedzeniem, więc oszczędza się na nerwach i na sondażowniach. Opozycja jest w trzech wariantach: w więzieniu, na emigracji albo jako zagraniczny agent. Czwartego wariantu, czyli opozycji rządzącej, nie przewidziano. Media państwowe mówią jednym głosem, tak zgodnym, że aż się chce sprawdzić, czy nie nagrano go raz, a potem puszczano w pętli. Stary sowiecki dowcip głosił, że w „Prawdzie” nie ma wiadomości, a w „Izwiestiach” nie ma prawdy. Od tamtej pory poprawiono tylko to, że teraz nie ma ani jednego, ani drugiego, za to są memy z patriotyczną muzyką.Chiny doprowadziły to do perfekcji technicznej: kamera zna twoją twarz, cenzor zna twoje wyszukiwania, a internet jest ogrodzony tak starannie, że przypomina akwarium z widokiem na wolny świat.Korea Północna poszła w kierunku teatru absurdu, gdzie przywódca jest jednocześnie politykiem, bogiem i podobno najlepszym koszykarzem w historii.Ale uśmiech tu się kończy, bo za dowcipami stoją prawdziwi ludzie: więźniowie polityczni, zamykane redakcje, zabici krytycy, a w przypadku Rosji także wojna, którą trzeba nazywać operacją specjalną, żeby nie trafić za kratki. Różnica między demokracją a dyktaturą nie polega na tym, że w jednej rządzą lepsi ludzie. Polega na tym, że w jednej można ich wyśmiać głośno i bez konsekwencji.Władza duchowa, czyli kto tu rządzi sumieniemWładza duchowa to osobna liga. Kościoły, religie, guru, coachowie i gwiazdy Instagrama dzielą się dziś rynkiem dusz z zaciekłością godną marketów budowlanych.W Polsce Kościół przez wieki był tyleż instytucją religijną, ile polityczną, a ścisłe powiązanie ołtarza z mównicą dawało efekty, które widać do dziś w sondażach. Dziś jednak konkurencja rośnie. Obok proboszcza mamy influencera od medytacji, mentora od „dyscypliny poranka” i trenera, który za 4999 złotych nauczy nas wstawać o piątej, brać lodowaty prysznic i być z tego powodu szczęśliwym. Ci nowi kaznodzieje nie wymagają pokuty, ale wymagają subskrypcji, co z punktu widzenia portfela bywa równie bolesne. Mądrość ludowa głosi, że władza duchowa działa tak długo, jak ludzie w nią wierzą. To samo można powiedzieć o kryptowalutach.Czytaj też: List żelazny Romanowskiego. Podwładny Ziobry wpadnie we własną pułapkę?Władza ekonomiczna, czyli kto ma kasę, ten ma głos, chyba że straciPieniądze rządzą światem, a przynajmniej tak twierdzą ci, którzy je mają. Reszta musi się zadowolić poglądem, że szczęścia za nie nie kupisz, co jest prawdą, ale za to można za nie kupić wygodny fotel z widokiem na szczęście. Wielkie korporacje mają dziś budżety większe niż niejedno państwo. Pojedynczy koncern technologiczny zarabia więcej, niż Polska produkuje w ciągu roku, a jego szefowie rozmawiają z premierami jak z kontrahentami, bo nimi w sumie są. Państwa jeszcze wprawdzie mają armię i policję, ale firmy mają coś groźniejszego: nasze dane i nasze nawyki. W Europie próbuje się to jakoś regulować. Unia wymyśliła rozporządzenia, które mają ujarzmić gigantów. Giganci odpowiedzieli, że chętnie się dostosują, pod warunkiem że regulacje będą napisane przez ich prawników. Rezultat jest taki, że mamy więcej okienek z pytaniem o ciasteczka niż rzeczywistej prywatności.Władza medialna, czyli kto opowiada, ten rządziDawniej mówiło się, że media to czwarta władza. Dziś to raczej pierwsza, bo bez niej pozostałe trzy nie mają jak się pochwalić. W Polsce każdy ma swoją telewizję, swojego dziennikarza i swoją prawdę. Rano oglądamy jeden kanał, w którym rząd to zbawcy narodu, wieczorem drugi, w którym ci sami ludzie to zbrodniarze, a pomiędzy pogodą, która jako jedyna nie wzbudza kontrowersji, chociaż ostatnio i ona bywa upolityczniona.Media w Stanach Zjednoczonych poszły jeszcze dalej: stały się rozrywką. Telewizje informacyjne konkurują o widza jak sitcomy, a prezenterzy są gwiazdami, czasem ważniejszymi od polityków, o których opowiadają. Efekt jest taki, że dwóch Amerykanów może obejrzeć to samo wydarzenie i wyjść z przekonaniem, że żyją na różnych planetach, co z punktu widzenia statystyki jest nawet zrozumiałe, bo prezydent wygląda na kosmitę i to w wersji pomarańczowej, nie zielonej.Władza internetowa, czyli lajk jest nowym głosemI wreszcie internet, gracz, który wszedł na salony, kopiąc w drzwi bez zapowiedzi i od razu poprzestawiał meble. To dzięki niemu każdy może być ekspertem od wszystkiego. Wystarczy wi-fi, klawiatura i brak wstydu. Algorytmy decydują dziś, co widzimy, w co wierzymy i czym się oburzamy. Nikt ich nie wybierał, nikt ich nie odwoła, a rządzą skuteczniej niż niejeden minister. Platformy społecznościowe wiedzą o nas więcej niż nasi najbliżsi, z tą różnicą, że bliscy przynajmniej pamiętają o urodzinach bez przypomnienia. Polityka przeniosła się do sieci i zrobiła to z entuzjazmem dziecka w sklepie z zabawkami. Dziś kampania to nie program, tylko filmik na piętnaście sekund z dramatyczną muzyką. Poseł tańczy, minister gotuje, prezydent pozdrawia z ringu albo stajni, a wyborcy łapią się na to, bo przecież dobrze mieć władzę, która wygląda na kogoś, z kim można powyciskać na siłce. Że nie każdy może, to już szczegół. Do tego dochodzą trolle, boty i dezinformacja, czyli współczesna wojna na komentarze. Ktoś gdzieś płaci (wiadomo gdzie, tawariszcz pułkownik) za to, żeby tysiące „zwykłych obywateli” zgodnie oburzało się na to samo. Rzecz jasna, zwykli obywatele są wtedy zupełnie niezwykli, bo składają się z kodu.Czytaj też: T jak Tradycja Polityczna (zasadniczo i pobieżnie)Czego uczy nas władzaKażda władza, niezależnie od rodzaju, ma trzy stałe cechy. Po pierwsze, uwielbia mówić, że robi to dla naszego dobra. Po drugie, nie lubi, gdy się ją pyta, jak dokładnie to robi. Po trzecie, okropnie nie chce tej władzy oddawać.Lord Acton, Brytyjczyk, który miał na wszystko cytat, zauważył kiedyś, że władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie. Warto dodać, że brak władzy też potrafi zepsuć charakter, co widać po każdym, kto próbował rządzić pilotem w domu z trzema osobami.Dobra wiadomość jest taka, że władza ma jedną słabość: potrzebuje nas. Bez wyborców nie ma polityka, bez wiernych nie ma kaznodziei, bez klientów nie ma korporacji, bez widzów nie ma mediów, a bez kliknięć nie ma influencera. Wszyscy oni żyją z naszej uwagi, zaufania i portfela. Mamy więc więcej władzy, niż nam się wydaje, tylko zazwyczaj używamy jej w stopniu minimalnym, na przykład przy wyborze serialu na wieczór.Koniec, czyli puentaWładza nie jest ani dobra, ani zła. Jest jak szpadel: można wykopać dołek pod drzewko, można też kogoś zdzielić, a o charakterze władzy decyduje ten, kto trzyma trzonek. Naszym zadaniem jako obywateli nie jest więc ją wielbić ani przeklinać, ale uważnie patrzeć jej na ręce, najlepiej z poczuciem humoru, bo ono jest podobno najlepszą szczepionką na pychę, zawodową chorobę władzy.A jeśli komuś zdarzy się władzę zdobyć, niech pamięta jedną rzecz: kiedyś będzie trzeba ją oddać, a historia pokazuje, że z oddawaniem idzie wszystkim znacznie gorzej niż z braniem.