Rocznica wyboru Jana Pawła II. W poniedziałek, 16 października 1978 roku o godzinie 18:18, nad Kaplicą Sykstyńską uniósł się biały dym. Chwilę później na balkonie Bazyliki św. Piotra stanął 58-letni kardynał z komunistycznej Polski. Karolowi Wojtyle wystarczyło zaledwie kilka chwil, kilka zdań, by podbić serca tłumu wiernych. Rzymianie byli zmęczeni. Pielgrzymi nieco zdezorientowani. Przecież to wszystko działo się chwilę wcześniej. Niecałe dwa miesiące przed wyborem Karola Wojtyły na papieża, w wyniku konklawe głową kościoła został Albino Luciani. Jan Paweł I funkcją cieszył się zaledwie 33 dni. Zmarł – odłóżmy na bok teorie spiskowe i plotki o truciźnie – na zawał serca. Wszystko trzeba było organizować naprędce jeszcze raz. Kardynałowie znów pojawili się we Włoszech, media znów próbowały nakręcać zainteresowanie, ale entuzjazmu było jakby mniej. Nikt nie miał wątpliwości co do jednego: papież, podobnie jak przez kilkaset ostatnich lat, musi być Włochem. Zwłaszcza teraz, zwłaszcza w obliczu takiej tragedii i wielkiej żałoby, jaka ogarnęła Kościół. Czasy się jednak zmieniły. Włochów, owszem, wybierano często i gęsto, bo też większość kardynałów pochodziła właśnie z Italii – a przynajmniej ci, którzy byli w stanie pofatygować się na konklawe. Wraz z rozwojem transportu, pojawieniem się lotów transatlantyckich i swobodniejszych możliwości podróży, w Watykanie coraz więcej do powiedzenia mieli jednak choćby duchowni z Ameryki Południowej czy Afryki. A że nie wszyscy przepadali za Włochami, ich układami w kurii rzymskiej, wzajemnymi kłótniami i problemami, to już na Jana Pawła I trzeba było czekać do drugiego dnia konklawe. To październikowe, „nasze”, też nie zapowiadało się na krótkie.Czytaj też: Nowe informacje o płucu Leona XIV. Watykan wydał komunikatDwie frakcjeGłosowanie szybko przerodziło się w wyniszczający pojedynek dwóch frakcji. Oczywiście – włoskich. Konserwatyści skupili się wokół arcybiskupa Genui, kardynała Giuseppe Siriego – twardogłowego integrysty, który w reformach Soboru Watykańskiego II widział śmiertelne zagrożenie dla czystości doktryny. Skrzydło umiarkowane i reformatorskie wystawiło kardynała Giovanniego Benellego z Florencji, wytrawnego gracza watykańskiej dyplomacji i byłego zastępcę sekretarza stanu.Przez dwa dni i siedem kolejnych głosowań żaden z faworytów nie był w stanie przekroczyć wymaganej większości dwóch trzecich głosów. Siri i Benelli skutecznie blokowali się nawzajem, a atmosfera pod freskami „Sądu Ostatecznego” stawała się coraz gęstsza. Każda kolejna chmura czarnego dymu nad placem św. Piotra obnażała bezradność włoskich hierarchów.Wtedy do gry wkroczyła grupa kardynałów spoza Italii, prowadzona przez arcybiskupa Wiednia, Franza Koeniga. Koenig, który od lat jeździł za żelazną kurtynę i doskonale znał realia kościoła w Europie Wschodniej, wiedział to, czego kurialni biurokraci nie potrafili (lub nie chcieli) dostrzec: kolejny „administrator” z Włoch nie był Kościołowi potrzebny. Niezbędny był duszpasterz z misją, intelektualista, otwarty na dialog, a jednocześnie młody, silny fizycznie, który stanie na czele Watykanu nie na kilka, lecz co najmniej kilkanaście lat. Koenig zaczął po cichu „urabiać” purpuratów z Niemiec, Ameryki i Francji. Nie przychodził do nich z niczym. Miał asa w rękawie: 58-letniego Karola Wojtyłę. Kardynał z Polski nie zabiegał o głosy. W przerwach między głosowaniami czytał traktaty filozoficzne, odmawiał brewiarz i – bardziej jako widz niż uczestnik rywalizacji – obserwował to, co działo się w Kaplicy Sykstyńskiej. Tym większe było jego zdziwienie, gdy w poniedziałek po południu, podczas ósmego głosowania, raz za razem słyszał swoje nazwisko. Gdy przekroczono wymagany próg 75 głosów, siedzący obok Wojtyły prymas Polski Stefan Wyszyński pochylił się w jego stronę. Widząc, jak twarz młodszego kolegi blednie, szepnął ponoć: – Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać. Matka Boska ci pomoże. Masz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie.Około godziny 17:15 kardynał Jean Villot podszedł do Wojtyły z tradycyjnym pytaniem: – Czy przyjmujesz wybór?. Odpowiedź padła po łacinie: – W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa, mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła, świadom wielkich trudności – przyjmuję.„Un africano?” i panika na balkonieGdy o 18:18 z wąskiego komina buchnął gęsty, biały dym, na placu św. Piotra eksplodowała radość. Tłum gęstniał z każdą minutą – Rzymianie zbiegali się ze wszystkich stron miasta, porzucając samochody w korkach. Wszyscy czekali na jedno nazwisko: Siri? Benelli? A może ktoś trzeci z włoskich kurialistów?O 18:43 w oknie centralnej loggii pojawił się kardynał protodiakon Pericle Felici. Starczym, drżącym głosem zaintonował tradycyjną formułę: „Annuntio vobis gaudium magnum: habemus Papam!”.Chwilę później wypowiedział imię: „Carolum”. W tłumie poniósł się szmer. Carlo? Jaki Carlo? Może Carlo Confalonieri? Nie, to niemożliwe, miał przecież ponad osiemdziesiąt lat!Wtedy Felici dokończył: „...Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Wojtyła”.Konsternacja. Włoskie ucho nie było w stanie przetrawić zbitki głosek „W-o-j-t-y-ł-a”. Dziennikarze gorączkowo wertowali notesy z listami kardynałów. Zdezorientowani ludzie na placu przekazywali sobie zniekształcone nazwisko z ust do ust. Wśród tłumu krążyły najbardziej niedorzeczne plotki: „Chi è? Un polacco? Niemożliwe!”. Ktoś krzyknął, że wybrano kardynała z Afryki, inny podejrzewał, że to Czech albo Węgier.W tym samym czasie za aksamitną kurtyną loggii trwał mały dramat ceremonialny. Nowo wybrany papież ubrał się w białą sutannę. Najmniejsza z trzech przygotowanych przez papieskiego krawca była na muskularnego Krakowianina nieco za ciasna. Mistrz ceremonii papieskich, arcybiskup Virgilio Noe, instruował Wojtyłę: papież ma tylko wyjść, pokłonić się, udzielić w milczeniu tradycyjnego, łacińskiego błogosławieństwa Urbi et Orbi i natychmiast wrócić do środka. Taki był odwieczny ceremoniał. Żaden papież w nowożytnej historii nie przemawiał do tłumu w chwili wyboru.Jan Paweł II spojrzał na niego, uśmiechnął się i bez wahania podszedł prosto do mikrofonu.Czytaj też: Szczegóły nowotworu Leona XIV. „Szybka diagnoza uratowała mu życie”Jak kupić RzymTo było złamanie protokołu, które zdefiniowało cały pontyfikat. Niedostępnego dostojnika w okamgnieniu zastąpił człowiek z krwi i kości. Dostępny, żywy, „ludzki”. Wojtyła oparł dłonie na balustradzie, spojrzał na stutysięczny tłum i odezwał się czystym, dźwięcznym barytonem. Po włosku, ale z twardym, słowiańskim akcentem.Plac zamarł. Każde słowo wypowiadane przez cudzoziemca burzyło mur nieufności. Ten runął ostatecznie kilka zdań później. Wojtyła, świadomy swoich potknięć językowych i obcego akcentu, postanowił zagrać w otwarte karty:– Bałem się przyjąć ten wybór, ale zrobiłem to w duchu posłuszeństwa Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi i w całkowitym zaufaniu do Jego Matki, Najświętszej Maryi Panny. Nie wiem, czy będę umiał dobrze wysłowić się w waszym...Papież zawahał się na ułamek sekundy, po czym z uśmiechem poprawił samego siebie:– ...nie! w naszym języku włoskim. Jeśli się pomylę, to mnie poprawicie! („...se mi sbaglio, mi corrigerete!”).Rzymianie oszaleli. Tłum ryknął śmiechem i oklaskami. Na ironię: papież pomylił się w słowie… „poprawiać”. Świat zrozumiał, że zamiast obcego najeźdźcy dostał pasterza, który nie wstydzi się własnych niedoskonałości. Nie boi się popełniać błędów. Kiedy więc kilka chwil później Jan Paweł II odśpiewał formułę błogosławieństwa, plac wiwatował tak, jakby wybrano rodowitego Rzymianina z Zatybrza.„Mniejsze zło”Nie wszyscy się jednak cieszyli. Gdy w Rzymie strzelały korki od szampana, trochę ponad tysiąc kilometrów na północny wschód, w gmachu Komitetu Centralnego PZPR przy Nowym Świecie w Warszawie, zapanowała grobowa cisza.Informacja o wyborze Wojtyły spadła na komunistyczne władze jak bomba atomowa. Pierwszy sekretarz Edward Gierek przebywał akurat na polowaniu w Arłamowie. Gdy kierownik Wydziału Administracyjnego KC Stanisław Kania zatelefonował do niego z wieścią z Watykanu, w słuchawce zapadło długie milczenie. Gierek zdołał jedynie wykrztusić: – Rany boskie... to niemożliwe.Komuniści byli sparaliżowani. Przez dekady aparat bezpieczeństwa inwigilował Wojtyłę, łudząc się, że jego intelektualny profil i filozoficzne zacięcie uda się przeciwstawić bezkompromisowej, ludowej twardości prymasa Wyszyńskiego. Bezpieka uważała krakowskiego biskupa za „mniejsze zło”. Teraz to „mniejsze zło” zostało przywódcą miliarda katolików na świecie.W państwowej telewizji przerwano program, by odczytać lakoniczny, drętwy komunikat agencyjny. Cenzura dwoiła się i troiła, nakazując mediom tonowanie entuzjazmu, ale na ulicach polskich miast działy się rzeczy niespotykane: ludzie wylegali z domów, w oknach bloków zapalano świece, a w krakowskich i warszawskich kościołach biły wszystkie dzwony – z wawelskim Zygmuntem na czele.Jeszcze większa panika wybuchła na Kremlu. Jurij Andropow, ówczesny szef KGB, miał natychmiast zadzwonić do przebywającego w Warszawie radzieckiego rezydenta. Wiedział lepiej niż partyjni aparatczycy w Warszawie, że wybór Polaka może zachwiać konstrukcją całego bloku wschodniego. Przez szczelnie zaryglowaną granicę imperium wdzierała się siła, której Moskwa nie mogła unicestwić czołgami. Dwanaście minut na balkonie Bazyliki św. Piotra. Tyle wystarczyło. Strach jednych, radość i duma drugich. Każdy, kto był świadkiem tamtych wydarzeń – na żywo lub w telewizji – czuł, że idzie nowe. „Nasz papież” – mówili Polacy, ale Karola Wojtyłę za „swojego” wzięli wszyscy: od RPA po Kanadę. I tak zostało do końca jego długiego, pięknego pontyfikatu. Czytaj też: Medjugorje przyciąga pielgrzymów. Watykan od niedawna zezwala na kult