Najpierw msza, potem szychta. Przyjechali wydobywać sól, przywieźli rodziny i świętą Barbarę, po latach postawili kościół przypominający ten z Bochni. Tak potoczyła się polska historia Kaczyki: z mszą pod ziemią, królem na tratwie i Securitate, która sprawdzała, kto narzeka na drogę. Górnik potrzebny od zarazSól przez wieki była prawdziwym skarbem. Dzięki niej powstawały fortuny, a dochody z jej sprzedaży zasilały państwowe kasy. Jej wartość dobrze znali również Habsburgowie rządzący Austrią.W latach 70. XVIII wieku Austriacy przejęli Bukowinę, krainę leżącą dziś częściowo w Rumunii, a częściowo na Ukrainie. Wcześniej należała ona do Księstwa Mołdawskiego, które pozostawało pod zwierzchnictwem tureckiego sułtana. Nowe władze – co nie dziwi, wszyscy rządzący mają podobne hobby – zainteresowały się bogactwami regionu, w tym solą występującą w okolicy Kaczyki. Miejscowość ta, po rumuńsku Cacica, leży w północno-wschodniej Rumunii, w okręgu Suczawy. Według tradycji jej nazwa pochodzi od polskiego słowa „kaczka”, bo na okolicznych mokradłach żyło mnóstwo tych ptaków. Badacze dopuszczają również jej związek ze starym słowiańskim określeniem podmokłego terenu. Właśnie tam Austriacy postanowili rozwinąć produkcję soli. W 1785 roku w okolicy osiadły rodziny ruskich specjalistów od jej pozyskiwania. Początkowo wykorzystywano solankę, czyli słoną wodę, z której po odparowaniu uzyskiwano kryształki soli. Zajmowali się tym warzelnicy, nazywani dawniej warzyczami, sprowadzani później także z okolic Kołomyi.W 1791 roku uruchomiono kopalnię, ale do jej rozbudowy potrzebni byli fachowcy od pracy pod ziemią. Takich administracja cesarska miała pod ręką. Bochnia i Wieliczka od pierwszego rozbioru Polski w 1772 roku znajdowały się w granicach monarchii Habsburgów. W obu miastach działały kopalnie o wielowiekowej tradycji. Nie trzeba było więc szukać górników za granicą.Na początku lat 90. XVIII wieku przyjechało tu dwadzieścia rodzin górniczych z Bochni. Wśród kolejnych pracowników znaleźli się również przybysze z Wieliczki. Górnicy drążyli wyrobiska i wydobywali sól kamienną, a warzelnicy uzyskiwali ją z solanki. Wszyscy byli potrzebni w rozwijającym się zakładzie. Przyjeżdżali z żonami i dziećmi, bo Kaczyka miała stać się także ich nowym domem.Z dzisiejszej perspektywy byłaby to emigracja zarobkowa z Polski do Rumunii. Wtedy jednak górnicy przenosili się między dwiema częściami tego samego państwa. Obie ziemie podlegały Habsburgom, ale na miejscu przybysze spotykali ludzi innych narodowości, mówiących różnymi językami.Czytaj też: Demon-kobieta. Więcej niż kryminał z Galicji Wschodniej Taniurek u pocztaraDwadzieścia rodzin – brzmi skromnie. W naszym bloku na warszawskim Grochowie tylko w jednej klatce mieszka ich dwa razy tyle. W Kaczyce taka grupa mogła jednak odegrać ważną rolę, bo górników nie sprowadzono przypadkiem: znali zawód, bez którego nowy zakład nie mógł się rozwijać. Austriackie władze przydzieliły im grunty zwolnione z czynszu, można było postawić dom, uprawiać ziemię i wychowywać dzieci, zamiast po kilku miesiącach wracać do Bochni.Według dokumentu z 1810 roku na gruntach należących do saliny, zakładu zajmującego się pozyskiwaniem soli, mieszkało 305 osób, przede wszystkim rzymskich katolików i grekokatolików. Kaczyka nie była jednak wyłącznie polską osadą. Przy kopalni osiedlali się również Rusini, Niemcy, Żydzi i Rumuni. Potrzebni byli także rzemieślnicy i inni pracownicy niezwiązani bezpośrednio z wydobyciem. Rozwijał się handel, a wraz z osadą rosła liczba dzieci. W 1812 roku działała już polska szkoła, najstarsza na południowej Bukowinie. Z czasem nauczano tutaj także po rumuńsku, ukraińsku i niemiecku.Ale nie wszyscy tutejsi Polacy mówili tak samo. Do pracy w kopalni przychodzili również mieszkańcy Nowego Sołońca i Pleszy, należący do tak zwanych górali czadeckich. Wywodzili się z okolic Czadcy, położonej dziś na Słowacji, niedaleko granicy z Polską. Ich rodziny opuściły górskie gospodarstwa, bo ziemi było coraz mniej i utrzymanie licznych domowników stawało się trudniejsze. Na Bukowinę zaczęły przybywać około 1803 roku i początkowo osiedlały się w jej północnej części.Kiedy i tam zaczęło brakować miejsca, część górali wystąpiła o nowe grunty. W 1834 roku trzydzieści rodzin z Hliboki założyło Nowy Sołoniec. Wkrótce powstała także Plesza. Jej mieszkańcy utrzymywali się głównie z rolnictwa, lecz niektórzy podejmowali pracę w kopalni. Tam spotykali górników z Bochni, których polszczyzna różniła się od ich własnej.Gwara górali czadeckich zachowała cechy śląskie i małopolskie oraz zapożyczenia słowackie. W ich języku talerz mógł być ‘taniurkiem’, usta – ‘gymbą’, bocian – ‘buśkiem’, a listonosz – ‘pocztarem’. Górale wyróżniali się również świątecznym strojem. Kobiety zakładały haftowane koszule i ozdoby z drobnych koralików, mężczyźni nosili szerokie skórzane pasy i kapelusze. W okolicach Kaczyki spotkały się więc różne grupy Polaków, z odmiennymi zwyczajami i mową.Najpierw msza, potem szychtaGórnicy przywieźli ze sobą kult świętej Barbary, patronki ludzi pracujących pod ziemią. W Kaczyce urządzono poświęconą jej kaplicę około trzydziestu metrów pod powierzchnią. Zachowały się w niej solny ołtarz, krzyż i ambona, pochodzące z początku XX wieku. Dawniej przed każdą szychtą, czyli zmianą w kopalni, robotnicy uczestniczyli tutaj we mszy. Dopiero potem rozpoczynali pracę.W latach 70. XX wieku urządzono również kaplicę prawosławną, poświęconą świętej Warwarze. Warwara to wschodnia forma imienia Barbara, więc patronka obu miejsc modlitwy była ta sama. W 1999 roku przy wejściu do prawosławnej kaplicy pojawiły się płaskorzeźby Adama, Ewy i Boga Ojca w koronie. W solnych ścianach wykuł je Bolek Majerik, artysta ludowy polskiego pochodzenia z Pleszy.Kaplica służyła górnikom, ale ich rodziny potrzebowały także kościoła na powierzchni. Zanim go zbudowano, ksiądz przyjeżdżał z sąsiedniej miejscowości i odprawiał msze w domach. Miejscowymi katolikami opiekował się Jakub Bogdanowicz, kapelan kopalni. To przede wszystkim dzięki jego staraniom w 1810 roku stanęła drewniana świątynia pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Bogdanowicz sprowadził też kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, według miejscowej tradycji pochodzącą ze Stanisławowa. I tak do kościoła zaczęli przyjeżdżać wierni z okolicy.W 1844 roku w Kaczyce utworzono samodzielną parafię. Drewniany kościół służył przez niemal sto lat, aż stał się za mały i zaczął wymagać poważnych napraw. Wtedy ksiądz Kasper Słomiński podjął starania o budowę nowego. Prace rozpoczęły się w 1903 roku, a już 16 października następnego roku świątynię konsekrował arcybiskup lwowski Józef Bilczewski. Do nowego wnętrza przeniesiono czczony wcześniej obraz.Czytaj też: A gdzie te grube polskie pany? Syberyjska herstoriaProjekt powierzono Teodorowi Talowskiemu, architektowi znanemu z projektowania krakowskich kamienic i licznych kościołów w Galicji. Wzniesiona z czerwonej cegły i kamienia neogotycka świątynia ma wysoką wieżę oraz witraże. Według Roberta Faracika, autora opracowania o dziedzictwie salinarnym, wzorowano ją na bocheńskiej farze, czyli kościele świętego Mikołaja. Talowski stosował podobne rozwiązania również w innych projektach, między innymi w Bóbrce koło Krosna. I tak w Kaczyce, setki kilometrów od Bochni, stanęła świątynia nawiązująca do rodzinnych stron pierwszych osadników.Z czasem kościół zaczął przyciągać pielgrzymów także spoza najbliższej okolicy. Szczególnie licznie przyjeżdżali 15 sierpnia, na święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Dawna osada górnicza stała się ważnym miejscem dla katolików różnych narodowości. Ale władze komunistycznej Rumunii miały później własny pomysł na to, jak ograniczyć znaczenie tych uroczystości.Polak, a mówi po rumuńskuPrzez kolejne pokolenia zmieniała się mowa mieszkańców Kaczyki. Górnicy z Bochni i Wieliczki przywieźli polszczyznę małopolską, część pracowników z Galicji Wschodniej mówiła polszczyzną z wpływami ukraińskimi, a do tego dochodziła gwara górali czadeckich. Na co dzień słyszeli też rumuński, ukraiński i niemiecki. W pracy, sklepie czy wśród sąsiadów trzeba było rozmawiać z ludźmi, którzy posługiwali się innymi językami. Miejscowa polszczyzna coraz bardziej różniła się więc od tej, którą znali pierwsi osadnicy.Helena Krasowska, badaczka języka Polaków na Bukowinie, pisała już na początku XXI wieku, że w Kaczyce ukraiński był używany częściej niż polski. Miejscowi Polacy często znali oba języki, lecz najlepiej posługiwali się rumuńskim. To on dominował w szkole, urzędach i rozmowach z większością mieszkańców. Ktoś mógł mówić po polsku z rodziną, po ukraińsku z sąsiadem i po rumuńsku z urzędnikiem. Wybór zależał od tego, z kim akurat rozmawiał, niekoniecznie od tego, za kogo sam się uważał.Tradycję językową kształtowały też małżeństwa mieszane. Krasowska odnotowała, że w rodzinach polsko-ukraińskich często przeważał ukraiński, a zawieraniu takich związków sprzyjała bliskość katolików obrządku łacińskiego i grekokatolików. W Pleszy było inaczej: zwarta społeczność górali czadeckich nadal rozmawiała na co dzień własną polską gwarą. W bardziej zróżnicowanej narodowościowo Kaczyce polski częściej ustępował językom sąsiadów.Na dalsze losy miejscowej polszczyzny wpływały również wojna i powojenne przesiedlenia. II wojna światowa przyniosła Kaczyce zniszczenia, a po jej zakończeniu około połowa miejscowych Polaków wyjechała do „starej” ojczyzny. Zmniejszyła się liczba osób, które mogły przekazywać język dzieciom i wnukom. W komunistycznej Rumunii ograniczano ponadto działalność polskich organizacji. W 1963 roku przerwano nauczanie polskiego w szkole. W następnych latach dzieci mogły poznawać mowę przodków przede wszystkim w domu. Nadszedł czas, kiedy kontakty z Polską i ogólnie polskość budziły zainteresowanie służb bezpieczeństwa. Państwo nie tylko decydowało o szkolnych lekcjach, lecz również sprawdzało, kto przyjeżdża do miejscowych Polaków i o czym z nimi rozmawia.Czytaj też: Zabić posła. Warszawski kryminał z podlaskim sercemBezpieka słucha, kto narzekaSecuritate, rumuńska policja polityczna, zbierała informacje o Polakach w okręgu Suczawy, także w Kaczyce i okolicznych wsiach. Za rządów Nicolae Ceaușescu, sprawującego władzę od 1965 do 1989 roku, obserwowano nauczycieli i księży, kontrolowano korespondencję oraz śledzono kontakty z peerelowskimi dyplomatami. Polska i Rumunia należały co prawda do tego samego bloku państw komunistycznych.Nie przeszkadzało to jednak rumuńskiej bezpiece traktować naszych rodaków z podejrzliwością.Szczególnie interesowały ją sierpniowe uroczystości maryjne. Do kościoła w Kaczyce przyjeżdżali wówczas pielgrzymi z całej Rumunii, a władze ograniczały im możliwości dojazdu. Organizowały również świeckie obchody Dnia Górnika, które miały odciągnąć mieszkańców od nabożeństw. Był w tym pewien paradoks: władze próbowały wykorzystać tradycję górniczą przeciwko Kościołowi, choć przecież to właśnie górnicy urządzili pod ziemią kaplicę, w której modlili się przed rozpoczęciem pracy.Jednym z obserwowanych przez Securitate był Franz Stascoveanu z Nowego Sołońca, związany z tamtejszą społecznością polską. Pracował w rolnictwie i leśnictwie, a później kierował sklepem spółdzielczym. Utrzymywał znajomości z pracownikami polskiej ambasady w Bukareszcie, rozmawiał z nimi o kłopotach miejscowych rodzin i upominał się o lepsze warunki nauki dla dzieci. Narzekał na zły stan dróg, transport i zaopatrzenie. Pomagał również organizować występy polskiego zespołu folklorystycznego.W czerwcu 1978 roku polscy dyplomaci odwiedzili szkołę w Nowym Sołońcu. Przywieźli książki, czasopisma, podręczniki i radiomagnetofon, po czym spotkali się z mieszkańcami. Informator Securitate doniósł, kto rozmawiał z gośćmi, jakie poruszano tematy i jakie dary przekazano. W raporcie znalazł się nawet radiomagnetofon. Funkcjonariusze interesowali się też listami Stascoveanu, jego znajomymi oraz turystami przyjeżdżającymi z Polski. Jego sprawę prowadzono pod kryptonimem STASEK. Obserwacja trwała latami, a w lutym 1988 roku służby zdecydowały się ją zamknąć, uznając zgromadzone informacje za mało istotne. Trudno o bardziej biurokratyczny finał. Bezpieka poświęciła tyle czasu człowiekowi, który między innymi chciał, żeby wreszcie naprawiono drogę do jego wsi.Z raportów wynika też, że funkcjonariusze dobrze znali stan miejscowych szkół i braki w sklepach. Zapisywali nawet narodowość uczniów i dzięki nim wiadomo, że w Kaczyce spośród 161 dzieci 44 zapisano jako Polaków, podczas gdy w Nowym Sołońcu polscy uczniowie stanowili zdecydowaną większość. Urzędnicy opisywali tę społeczność jako spokojną i pracowitą, sami przyznawali jednak, że mieszka w odizolowanych wsiach, w skromnych warunkach. Państwo potrafiło ustalić, kto narzeka na złą drogę, ale nie potrafiło jej naprawić.Pod koniec lat 80. tamtejsi mieszkańcy zaczęli obawiać się czegoś znacznie poważniejszego. W ramach planowanej przebudowy rumuńskiej wsi władze sporządzały spisy domów i gruntów. W sierpniu 1989 roku polska prasa informowała o groźbie likwidacji miejscowości zamieszkanych przez Polaków i urządzenia na ich terenie fermy drobiu. Nie wiadomo, jak daleko zaszły przygotowania do realizacji tego projektu. W grudniu obalono reżim Ceaușescu i do wyburzeń nie doszło.Dom Polski, dzieci i król na tratwieW 1990 roku, po dwudziestu siedmiu latach przerwy, do szkoły w Kaczyce wróciły lekcje języka polskiego. Początkowo prowadzili je nauczyciele z Polski, a później także miejscowi pedagodzy. W 1991 roku powstało Stowarzyszenie „Dom Polski”, obecnie działające jako filia Związku Polaków w Rumunii. Mieszkańcy mogli znów oficjalnie organizować spotkania i uroczystości swojej społeczności.Zaznaczmy, że tradycja Domu Polskiego sięga jeszcze czasów monarchii Habsburgów. Pierwszy budynek wzniesiono tu w 1906 roku; działały w nim czytelnia i świetlica polskiego towarzystwa. Po pożarze podczas pierwszej wojny światowej na tym samym miejscu stanął następny obiekt. W 1952 roku przejęło go państwo, a po obaleniu komunizmu wrócił pod opiekę parafii. Sam budynek obecnego Domu Polskiego otwarto w 1997 roku i to w nim odbywają się spotkania oraz zajęcia dla najmłodszych.Zmienił się również status miejscowego kościoła. W 2000 roku Jan Paweł II nadał mu tytuł bazyliki mniejszej. Wciąż przyjeżdżają tu pielgrzymi, których przyciąga obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i tradycyjne uroczystości maryjne. Dawna świątynia górniczej osady jest dziś jednym z ważnych sanktuariów Rumunii, ale pozostaje również miejscem związanym z historią polskich osadników.A czy nadal mieszkają tutaj Polacy? Według spisu z 2021 roku w całej gminie Kaczyka narodowość polską zadeklarowały 732 osoby spośród 3963 mieszkańców. Gmina obejmuje również Nowy Sołoniec, Majdan i dwie inne miejscowości, dlatego na tej podstawie trudno ustalić, ilu Polaków mieszka w samej Kaczyce. Spis nie mówi też, ilu z nich posługuje się na co dzień językiem polskim.Kopalnia, do której ponad dwa wieki temu sprowadzono fachowców z Bochni, również wygląda inaczej. W 2003 roku rozpoczęto zamykanie i porządkowanie dawnej części zakładu, a historyczne wyrobiska służą teraz zwiedzającym. Można zejść do podziemnych kaplic, obejrzeć salę taneczną i „jeziorko”, a właściwie kopalniany basen, wypełnione solanką. Z „jeziorkiem” wiąże się opowieść o królu Rumunii Karolu I, który podczas wizyty w 1902 roku miał przepłynąć je na drewnianej tratwie. Podobno później korzystały z niej również pary ogłaszające zaręczyny. Dziś tratwa już nie pływa. Pozostała w słonej wodzie, pokryta kryształami soli.Tymczasem na powierzchni w każdą sobotę zbierają się dzieci z „Kaczykanki”. Zespół powstał w maju 2022 roku i zaczynał od czterech par. Obecnie, według Związku Polaków w Rumunii, należy do niego czterdzieścioro dzieci w wieku od pięciu do piętnastu lat. Są wśród nich zarówno potomkowie Polaków, jak i dzieci rumuńskie. Uczą się polskich pieśni, krakowiaka i tańców górali czadeckich. I ponad dwieście trzydzieści lat po sprowadzeniu do Kaczyki dwudziestu górniczych rodzin w tamtejszym Domu Polskim nadal można usłyszeć „Płynie Wisła, płynie”.Czytaj też: Powstanie Warszawskie... w chińskim muzeum. Tak budują pamięć wojny