Nie wystarczy trafić. Trzeba wrócić. Każdej jesieni od początku pełnoskalowej wojny wraca pytanie, czy Ukraina przetrwa kolejną zimę pod rosyjskim ostrzałem. Tym razem pojawia się jednak także drugie: jak zima może wyglądać po rosyjskiej stronie granicy? Ukraina coraz częściej uderza w rafinerie, magazyny paliw i energetykę przeciwnika, a jej broń sięga już celów położonych tysiące kilometrów od frontu. Rosji nie grozi energetyczna katastrofa, ale skutki tej kampanii już odczuwają jej mieszkańcy. Na początku października Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że Ukraina zwiększy liczbę uderzeń w rosyjskie rafinerie. Ma to być odpowiedź na rosyjską kampanię powietrzną przeciw ukraińskiej infrastrukturze. Moskwa z kolei zapowiedziała nasilenie własnych ataków. Energetyczna wojna, która przez kilka lat toczyła się przede wszystkim na terytorium Ukrainy, coraz wyraźniej zaczyna więc działać w obie strony.Nie oznacza to symetrii. Rosja dysponuje dużo większym potencjałem rakietowym i dronowym, a od jesieni 2022 roku systematycznie niszczy ukraińską energetykę. Ukraina nie jest w stanie odpowiedzieć kampanią o podobnej skali. Potrafi jednak wybierać cele, których utrata jest kosztowna, a przede wszystkim wracać nad te same obiekty. W przypadku infrastruktury energetycznej właśnie powtarzalność ataków może być ważniejsza od spektakularnego jednorazowego trafienia.Rosja ma ropę. Problem zaczyna się późniejRosja jest jednym z największych producentów ropy na świecie i niedobór surowca jej nie grozi. Lecz ropa nie napędza samochodów, czołgów ani samolotów. Najpierw trzeba ją przerobić na benzynę, olej napędowy czy paliwo lotnicze. I właśnie w ten element systemu od miesięcy uderzają Ukraińcy.Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) Rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni. Pod koniec sierpnia tylko pięć dużych zakładów pozostawało nietkniętych. Wszystkie znajdują się na Syberii lub rosyjskim Dalekim Wschodzie, od około 3,5 do 6,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą.Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. Rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.To wystarczyło, by skutki wojny pojawiły się na rosyjskich stacjach benzynowych. Na początku lata niedobory objęły niemal cały kraj. W sierpniu wróciły również do Moskwy i obwodu moskiewskiego. Reuters opisywał kolejki sięgające kilometra, stacje bez benzyny i kierowców jeżdżących od jednej do drugiej w poszukiwaniu paliwa. Władze ograniczyły eksport produktów naftowych, złagodziły wymagania dotyczące jakości paliw i zaczęły zwiększać import. Rosja, od lat będąca jednym z największych eksporterów paliw, zaczęła sprowadzać benzynę m.in. z Białorusi i Kazachstanu, a także drogą morską.Problem nie kończy się na dystrybutorze. Paliwo stanowi istotną część kosztów transportu, a ciężarówki przewiozły w pierwszej połowie roku ponad 70 proc. rosyjskich ładunków. Latem firmy transportowe mówiły Reutersowi o wzroście cen paliwa o 16–18 proc. i kosztów przewozu o 4,5–5,5 proc. Na niektórych trasach stawki frachtowe wzrosły nawet o połowę. Droższy transport oznacza zaś presję na ceny towarów w sklepach. W ten sposób ukraiński dron trafiający w instalację rafineryjną może po kilku tygodniach pośrednio uderzyć w portfel mieszkańca Moskwy, choć ten mieszka setki kilometrów od zaatakowanego zakładu.Czytaj też: Sondaż niekorzystny dla Zełenskiego. Ma potężnego rywalaNie wystarczy trafić. Trzeba wrócićW ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń Rosjanie są w stanie szybko naprawić.Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi Rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na Rosję niemal codziennie.Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną, jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju.Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. Rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.Czytaj też: Nawrocki przy jednym stole z Putinem? Polacy zabrali głosMróz jest innym rodzajem broniCzy zatem zimą Rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a Rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.Rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.Czytaj też: Rosja uderza na wiele sposobów. Czego powinniśmy się naprawdę obawiać?Ukraina nie wyłączy całej RosjiTaki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku Rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na Rosję w podobnej skali. Rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć Rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla Rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie Rosjan.Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury Rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. Rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.