Sylwetka Anne Carson. Do notek biograficznych w swoich książkach kazała wpisywać jedno zdanie: „Anne Carson urodziła się w Kanadzie i zarabia na życie nauczaniem starożytnej greki”. Szwedzka Akademia zburzyła w czwartek tę pieczołowicie budowaną fortecę, przyznając jej Literacką Nagrodę Nobla. To bezprecedensowy triumf autorki, która rozbiła w pył tradycyjne podziały na wiersz, esej i powieść. Gdyby zapytać jej, o czym najbardziej nie chce rozmawiać, rzuciłaby bez wahania: o sobie. W świecie współczesnego rynku wydawniczego, napędzanym festiwalem próżności, mediami społecznościowymi i przymusem obnażania własnych traum przed kamerami, kanadyjska filolożka od początku stanowiła anomalię. Nie ma mediów społecznościowych, odmawia udziału w tradycyjnych trasach promocyjnych, a dziennikarzy traktuje z chłodną, nienaganną uprzejmością chirurga, który wolałby wrócić do krojenia tkanek, niż tłumaczyć gapiom, dlaczego trzyma w ręku skalpel.Nigdy niczym się nie chwaliła. Żadnych peanów w blubrach. Żadnej wzmianki o nagrodach, prestiżowych stypendiach Guggenheima czy MacArthura, żadnych uniwersyteckich tytułów. Tylko to: imię, nazwisko, miejsce urodzenia i zawód. Ot, cała autopromocja.Na prośbę wydawców, raz na jakiś czas zgodziła się, by dopisać, że lubi pływać lub że mieszka z mężem. W jednym z rzadkich wywiadów tłumaczyła wprost: „Pisanie biografii pisarza to pomyłka. Pisarz jest w swoich tekstach, a reszta to tylko zakłócenia na linii”.Jak potężnym paradoksem jest, że teraz oczy całego świata skierowane są właśnie na nią. I jej, bogate przecież, pełne doświadczeń, życie. Przed tymi reflektorami już nie ucieknie. Greka przy kanapceDrogę do Nobla (choć, gdyby to od niej zależało, pewnie nigdy nie znalazłaby się na tej „trasie”) rozpoczęła w nudnych, wietrznych miasteczkach prowincji Ontario. To tam Carson spędziła dzieciństwo, przenosząc się z rodziną co kilka lat ze względu na posadę ojca, urzędnika bankowego.W szkole średniej w Port Hope młoda Anne trafiła na lekcje łaciny prowadzone przez Alice Cowan. Nauczycielka zauważyła w wycofanej dziewczynie niezwykłą, analityczną dociekliwość. Zamiast zbywać jej pytania, zaproponowała układ: podczas przerw obiadowych będą spotykać się w pustej klasie, by uczyć się klasycznej greki. Pomiędzy gryzieniem kanapek z serem a popijaniem herbaty z termosu Carson po raz pierwszy zachwyciła się alfabetem, który zdefiniował resztę jej życia.Greka uderzyła ją swoją fizycznością. Nie była dla niej martwym kodem dawno zmarłych brodaczy, lecz materią precyzyjną, surową i obcą. Zrozumiała, że starożytny język nie opisuje emocji w sposób zmatowiały przez wieki nowożytnych klisz. Rozcina je, uwypukla, nadaje im dodatkowych wartości.Mimo to jej relacja z nauką była bardzo burzliwa. Studiując na Uniwersytecie w Toronto, Carson dwukrotnie rzucała studia. Czuła mdłości na myśl o zbiurokratyzowanym żargonie akademickim, w którym żywe teksty Homera czy Safony preparowano jak martwe owady w formalinie. Matury z polskiego też pewnie by nie zdała: gdyby ktoś kazał jej „zgadywać” interpretację wiersza na punkty, rzuciłaby długopisem i poszła w nieznane. W akcie buntu zatrudniła się w firmie doradztwa biznesowego, pracując przy komercyjnej grafice i projektowaniu materiałów reklamowych. Przez kilka lat obracała się w świecie faktur, matematyki i nudnej korporacyjnej codzienności „od - do”. Właśnie to doświadczenie, nieco paradoksalnie, nauczyło ją żelaznej dyscypliny i rzemieślniczego podejścia do tekstu. Gdy dojrzała do decyzji o powrocie na uniwersytet, by dokończyć doktorat o Safonie, nie była już bezbronną humanistką. Stała się autorką z krwi i kości: świadomą tego, co i jak chce przekazywać. Jej debiut książkowy z 1986 roku, „Eros the Bittersweet” (Eros słodko-gorzki), wywołał w środowisku filologicznym niemały szok. Carson wzięła słynne Safickie określenie miłości – glukupikron (słodko-gorzki) – i zamiast napisać nudną rozprawę filologiczną, stworzyła brawurowy traktat o naturze pożądania. Dowodziła, że erotyzm nie jest stanem posiadania, lecz „przestrzenią braku”. Zakochujemy się nie w drugiej osobie, ale w trójkącie rozpiętym między nami, obiektem westchnień a przepaścią, która nas od niego dzieli.To właśnie chciała osiągnąć: by poznawać antyk tak, jakby Homer, Safona i Platon palili papierosy na tym samym przystanku autobusowym, na którym siedzą jej czytelnicy. Czerwony potwór w wymiętych trampkachPrzez kolejne dekady Carson systematycznie detonowała konwencje literackie. Krytycy łamali sobie zęby, próbując zaklasyfikować jej twórczość. Czy tom „Autobiografia czerwonego” to zbiór wierszy? Powieść wierszem? Nowoczesny epos? A może krytycznoliteracki esej?Punktem wyjścia był zaginiony poemat Stesichorosa z VI wieku p.n.e. o Gerionie – czerwonym, skrzydlatym potworze pasącym bydło na mitycznej wyspie, którego Herakles zabija w ramach jednej z dwunastu prac. U starożytnych potwór był jedynie mięsem armatnim dla wielkiego herosa.Carson wywróciła ten mit do góry nogami. W jej ujęciu Gerion staje się współczesnym, boleśnie wrażliwym, queerowym chłopcem zmagającym się z przemocowym bratem, samotnością i własną innością, którą metaforyzują małe, czerwone skrzydła ukrywane pod znoszoną kurtką. Herakles z kolei to nie żaden antyczny półbóg, lecz charyzmatyczny, egoistyczny nastolatek w dżinsach, który bezwzględnie łamie Gerionowi serce.Bohater Carson ucieka przed traumą w stronę… aparatu fotograficznego – próbuje unieruchomić świat na kliszy, bo w rzeczywistości wszystko wymyka mu się z rąk.Ta niezwykła książka, przetłumaczona na dziesiątki języków, stała się zjawiskiem kultowym. Tragedia grecka w jej rękach przestała być nudną lekturą z biblioteki uniwersyteckiej, stając się uniwersalnym, ponadczasowym studium ludzkiej psychiki.Anatomia żałobyJeśli „Autobiografia czerwonego” zapewniła jej status gwiazdy literatury eksperymentalnej, to opublikowany w 2010 roku „Nox” zamienił książkę w trójwymiarowy monument.Punktem wyjścia była rodzinna tragedia. W 1978 roku brat Carson, Michael, uciekając przed wyrokiem za handel narkotykami, wyjechał z Kanady, sfałszował dokumenty i zapadł się pod ziemię. Przez ponad dwie dekady Anne nie miała z nim niemal żadnego kontaktu. Raz na kilka lat w domu matki rozbrzmiewał krótki, tajemniczy telefon z budki na drugim końcu świata. W 2000 roku nadeszła wiadomość: Michael zmarł nagle w Kopenhadze. Zanim Anne zdążyła wsiąść w samolot, jego ciało zostało skremowane, a prochy rozrzucono w morzu..„Nox” (łac. Noc) nie jest trenem. Nie ma kartek w klasycznym sensie. To ciężkie, szare, tekturowe pudełko, wewnątrz którego spoczywa jedna, potężna, wielometrowa harmonijka papieru składana w akordeon. To faksymile prywatnego albumu, w którym poetka przez lata gromadziła ślady po nieobecnym bracie: zżółknięte fotografie z dzieciństwa, skrawki listów, stemple pocztowe, zasuszone liście, odręczne notatki malowane gwaszem i kawałki taśmy klejącej.Osią całej konstrukcji jest słynny wiersz „101” rzymskiego poety Katullusa – elegia napisana po śmierci brata, kończąca się przejmującą formułą ave atque vale („bądź pozdrowiony i żegnaj na wieki”). Carson dekonstruuje ten utwór strona po stronie: na każdym skrzydle harmonijki podaje jedno łacińskie słowo z wiersza, opatrując je drobiazgowym, słownikowym wyliczeniem wszystkich możliwych znaczeń gramatycznych i etymologicznych, po czym zestawia je z ułamkami wspomnień o Michaelu.Efekt jest piorunujący. „Nox” pokazuje bezradność języka wobec ostateczności. Carson udowadnia, że słownik nie jest w stanie wskrzesić zmarłego, a przekład antycznego wiersza staje się jedyną formą obcowania z duchem. Książka stała się arcydziełem literatury żałobnej, fizycznym dowodem na to, że pamięć to nic innego jak mozolne cerowanie pustki.Triumf nawiasu kwadratowegoWielkość pisarstwa Carson tkwi również w jej radykalnym podejściu do przekładu. Przez dekady tłumaczono antycznych autorów tak, by zamazać braki w papirusach – uczeni uzupełniali luki domysłami, wygładzali frazy, tworzyli iluzję gładkiego, kompletnego tekstu.W swoim słynnym tomie „If Not, Winter” z 2002 roku, zawierającym przekłady ocalałych fragmentów Safony, Carson zrobiła coś przeciwnego: w centrum postawiła pustkę. Zostawiła nawiasy kwadratowe [ ], oznaczające miejsca, w których pergamin spłonął, został zjedzony przez robaki albo zbutwiał w egipskim piasku.*Jej ostatnie zbiory, w tym wydana niedawno „Wrong Norma”, potwierdzają tę bezkompromisową drogę. Tworzy wspólnie ze swoim mężem, artystą Robertem Currie (nazywanym przez nią lakonicznie „współpracownikiem”), instalacje literackie, spektakle taneczne i kolaże. Zrezygnowała z jakiejkolwiek powagi akademickiego mędrka na rzecz anarchistycznej swobody. Potrafi w jednym eseju połączyć analizę monologu Elektry z komentarzem do filmu z Marilyn Monroe i przepisem kulinarnym, nie tracąc przy tym ani na sekundę stylistycznego magnetyzmu.Decyzja Akademii Szwedzkiej, by uhonorować Anne Carson, jest czymś więcej niż tylko spłatą długu wobec jednej z najbardziej wpływowych postaci literatury anglosaskiej przełomu wieków. To przede wszystkim ukłon w stronę literatury nieszablonowej, innej, która nie boi się sama sobie stawiać wyzwań. Carson nigdy nie pisała pod publiczkę, nie schlebiała gustom krytyków ani nie próbowała nikogo uczyć moralności. Zajmowała się wyłącznie tym, co nieuchwytne: badaniem pęknięć w strukturze rzeczywistości i sprawdzaniem, ile światła potrafi się przez nie przedostać. Telefon dzwoni dziś w jej domu pewnie bez przerwy. Pewnie go wyciszyła, zaparzyła sobie herbatkę i jak gdyby nigdy nic, pracuje nad tekstem sprzed dwóch tysięcy lat.