„Żadna kara nie będzie dostateczna dla mnie”. „Trzeba robić to, co się lubi, i wtedy robi się to dobrze” – mówił. Koledzy z branży, ale też jego fani uważali, że był „showmanem w hollywoodzkim stylu”. Żaden gatunek muzyczny nie sprawiał mu większego problemu. W każdym potrafił poruszać się z łatwością. Gdy doszło do tragedii, jego przyjaciele byli przekonani, że to makabryczny żart. Andrzej Zaucha zginął zastrzelony przez zazdrosnego męża aktorki, z którą wdał się w romans. Mija 35 lat od tragicznej śmierci wokalisty. Stwierdzenie, że potrafił zaśpiewać wszystko, w przypadku Andrzeja Zauchy nie było i nie jest żadnym przekłamaniem. Wiedzą to dobrze miłośnicy jego piosenek, ale i koledzy z branży, którzy mieli okazję z nim nagrywać oraz występować.Andrzej Sikorowski, wspominając wykonawcę takich hitów jak „Byłaś serca biciem”, „C’est la vie”, czy „Bądź moim natchnieniem”, mówił, że na estradzie ten potrafił wszystko.Andrzej Zaucha, czyli „showman w hollywoodzkim stylu”– Był, można powiedzieć, showmanem w hollywoodzkim stylu. Poruszał się z łatwością w każdym gatunku muzycznym, frazował jak jazzman, a skalą głosu mógł wpędzić w kompleksy niejednego śpiewaka operowego – mówił Sikorowski.Z kolei Marek Karewicz w swojej książce „Big Beat” wspominał dosyć powszechną opinię na temat Zauchy, która głosiła, że był on jednym z najlepszych polskich wokalistów jazzowych w historii. – Wspaniale śpiewał, świetnie improwizował i do tego miał dobry, „czarny” głos. Autentycznie czuł muzykę. Potrafił zagrać na wszystkim, co mu w ręce wpadło – pisał.Kochał muzykę, ale też sport. Ta pierwsza wygrałaTo nie były jednak wszystkie pasje i umiejętności młodego Andrzeja. Tak jak muzykę, kochał też sport. Zaczynał, jak niemal każdy chłopak, od piłki nożnej, ale wyczynowo trenował pływanie oraz kajakarstwo. W szkole średniej startował na dystansach 300 m, 500 m i 1000 m. Udało mu się wywalczyć trzy medale mistrzowskie w tej dyscyplinie. Miał jechać na igrzyska do Tokio w 1964 roku, ale…wybrał muzykę.Czytaj też: Szczepan Twardoch z Nagrodą Literacką NikePierwszym zespołem, który przyjął go pod swoje skrzydła, były Czarty. Potem został solistą grupy Telstar, a w 1969 roku jazz-rockowej grupy Dżamble i Anawa. – Jestem bardzo wdzięczny, że Jan Kanty Pawluśkiewicz zawierzył w moje talenta i wziął mnie na jakiś czas do zespołu Anawa – mówił Zaucha w jednym z wywiadów.Nie znał angielskiego, nauczył się śpiewać ze słuchuW 1980 roku w życiu zawodowym artysty nadszedł czas na solową karierę. To wtedy powstały takie przeboje jak wspomniane piosenki „Bądź moim natchnieniem”, „Byłaś serca biciem”, czy „Czarny Alibaba”. Mimo że odnosił sukcesy, nigdy nie zadzierał nosa. Znajomi mówili, że bardziej niż „kapryśną gwiazdą” był „natchnionym rzemieślnikiem”.Katarzyna Olkowicz, która jest współautorką biografii „Serca bicie”, w wywiadzie dla Dziennik.pl mówiła, że jedną z jego wad było to, iż się spóźniał. Nikt nie wspominał o tej jego przypadłości ze złością. – Ciężko jest znaleźć kogoś, o kim opowiada się tylko i wyłącznie z sympatią – i na początku było to dla mnie zaskakujące, bo wszyscy mówili o nim w samych superlatywach – mówiła dziennikarka.Poza tym, że Andrzej Zaucha był samoukiem, był również zwierzęciem muzycznym. W kilka godzin potrafił nauczyć się repertuaru i zaśpiewać go chwilę później, nie znając angielskiego, czyli ze słuchu.– Była taka fajna historia z Hendrixem. W klubie „Pod Jaszczurami”, gdzie zbierała się śmietanka zespołów, np. członkowie słynnych Dżambli. Michaj Burano wpadał tam, wracając ze swoich zagranicznych wojaży i to on kiedyś przywiózł płytę Jimiego Hendrixa. Wiesław Wilczkiewicz, współzałożyciel Dżambli, z którymi później śpiewał Zaucha, opowiadał mi, jak to Andrzej, wówczas dopiero aspirujący artysta, poprosił, że on by tego Hendrixa chciał zaśpiewać. Posłuchał tej płyty i tego samego wieczoru Zaucha zaśpiewał. Ze słuchu, bo, jeszcze raz podkreślę, nie znał angielskiego – opowiadał Piotr Baran, który jest drugim współautorem biografii Andrzeja Zauchy.„Człowiek, który jest jazzmanem, gra ze wszystkimi”Ta wszechstronność artysty nie zawsze była dobrze widziana i podziwiana. Wielu uważało, że się rozdrabnia. Mawiano, że powinien wybrać własną drogę, a on śpiewał wszystko – i jazz, i soul, poważne rzeczy z zespołem Anawa, ale nie stronił również od scenicznych żartów jak „Pij mleko”, piosenki do dobranocki „Gumisie” czy utworu do programu „Przybysze z Matplanety”. Jednym z tych, który uważał, że Andrzej Zaucha powinien się skupić na jednym i osiągnąłby wówczas sukces, był nieżyjący jazzman Jarosław Śmietana.– Lubię pracować z różnymi ludźmi. Uważam, że trzeba się spróbować wszędzie. Ponieważ jestem piosenkarzem rozrywkowym, to śpiewam po prostu z różnymi kompozytorami piosenek rozrywkowych. Uważam, że jest to manifestowanie mojego zachowania się jako jazzman. Człowiek, który jest jazzmanem, gra ze wszystkimi i nie czuje się związany konwencjami – mówił o swojej pracy.Czytaj też: Spełniony artysta o swojej karierze. „Nie muszę spełniać oczekiwań”Ze wszystkiego, za co się brał, potrafił zrobić perełkę. Bywało, że wchodził do studia i nagrywał cały materiał w trymiga. Tak było z bajką „Pampalini łowca zwierząt”. Wszystko zaśpiewał za jednym podejściem, błyskawicznie i perfekcyjnie.Bywał wycofany i nieufny, ale był też duszą towarzystwaWielu tych, którzy znali Andrzeja Zauchę, podkreślało, że był uczynnym i pomocnym człowiekiem w każdej sytuacji i o każdej porze. Nie przyjaźnił się jednak z każdym. Bywał wycofany i nieufny, ale gdy kogoś polubił, to już na dobre i na złe. Dla tych znajomych i przyjaciół bywał duszą towarzystwa.Andrzej Zaucha z wykształcenia był zecerem. Skończył zawodówkę, bo wyrzucono go z liceum. Został postawiony pod ścianą: albo zmienia szkołę, albo nie zda matury. Wybrał to pierwsze.– Krzysztof Jasiński wspominał, że czasami oczywiście czuć było te braki w wykształceniu, bo na przykład Andrzej nie przeczytał tych wszystkich książek, co osoby, z którymi się spotykał, brakowało mu wiedzy, natomiast był tak inteligentną osobą, że można z nim było na każdy temat porozmawiać i nie wyczuwało się tego braku. To nie było tak, że siadał przy stoliku Jasińskiego i słuchał jego wywodów. Nie, on był równoprawnym uczestnikiem dyskusji. Jasiński stwierdził wręcz, że też dużo czerpał od Andrzeja – opowiadał Piotr Bruno.Poza sportem i muzyką Zaucha uwielbiał też samochody. Mógł o nich mówić godzinami. Gdy tylko zobaczył nowe auto, od razu do niego wsiadał. Z Niemiec przywiózł sobie wymarzonego Mercedesa „beczkę”, przy którym potem zginął.Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią żony. „Ela mnie wzywa”Prywatnie Andrzej Zaucha był związany z Elżbietą. Poznali się jako nastolatkowie w 1966 roku, została jego żoną. To ona była jego menadżerką i wsparciem w karierze – organizowała koncerty, spotkania z dziennikarzami. Jednocześnie zajmowała się domem i wychowywaniem córki Agnieszki, która była owocem ich związku. Elżbieta i Andrzej twierdzili, że od pierwszego momentu, gdy się poznali, wiedzieli, że będą razem. Para twierdziła, że są swoją „jedyną i największą miłością”. Byli ze sobą 23 lata. To rodzinne szczęście przerwała choroba Elżbiety. Zdiagnozowano u niej guza pnia mózgu. Choć zaproponowano jej operację, szanse na przeżycie wynosiły 50 proc. Nie zdecydowała się na zabieg. Odeszła 31 sierpnia 1989 roku. Kilka dni wcześniej zmarł ojciec Andrzeja Zauchy.Piosenkarz nigdy nie pogodził się z tym, że jego ukochana Elżbieta odeszła. Mówił, że nie chce żyć. – Ela mnie wzywa – mawiał. Przy życiu, jak wspominali znajomi, trzymała go praca i córka.Czytaj też: Nowy album U2 „Carnaval De Luz” już w listopadzie. Tak brzmi singielAndrzej Zaucha w tym czasie dostał rolę w musicalu „Pan Twardowski” w krakowski Teatrze STU. Rolę „Aniołka” w tym spektaklu grała młoda aktorka. Miała 26 lat, nazywała się Zuzanna Leśniak. Jej mężem był Francuz Yves Goulais. Ona miała być nieszczęśliwa w tym małżeństwie, on w jej ramionach szukał pocieszenia po śmierci żony.Zaucha zginął na miejscu, Zuzanna zmarła w drodze do szpitalaPewnego dnia mąż Zuzanny miał wcześniej wrócić do Polski i zastać półnagiego Zauchę w swoim mieszkaniu. Miał też go pobić i wykrzyczeć: „Będę musiał cię zabić”. Nikt nie wziął na poważnie tych gróźb. – Proponowaliśmy mu, żeby zgłosił to na policji i nie wracał sam do domu. Ale on w końcu postanowił wszystko zbagatelizować – mówił Andrzej Sikorowski.10 października 1991 roku Andrzej i Zuzanna wspólnie opuszczali teatr. Na parkingu przy ul. Włóczków stał żółty Mercedes artysty. Yves zaczaił się niedaleko auta i gdy tylko ich zobaczył, podszedł i oddał pierwszy strzał, potem osiem kolejnych. Andrzej Zaucha zginął na miejscu, Zuzanna zmarła w drodze do szpitala. Istnieje hipoteza, że zginęła od kuli, która odbiła się od trotuaru.– Obalamy na przykład teorię, że gdy Goulais zaczął strzelać do Zauchy, Zuzanna Leśniak go zasłoniła swoim ciałem. Tak, to byłoby bardzo romantyczne, ale uważamy, że prawda jest lepsza od romantycznej historii – mówili autorzy biografii Andrzeja Zauchy.Jak dodali, w dniu tragicznej śmierci obydwoje nie byli już kochankami, najprawdopodobniej zakończyli ten związek, ale wspólnie postanowili wybrać się na urodziny Andrzeja Sikorowskiego. – Większość osób powiedziała nam, że to Zuzanna Leśniak była aktywną osobą w kreowaniu tego romansu – tłumaczył Piotr Baran.„Oddając strzały, nie czułem żadnej satysfakcji”– Może gdyby ktoś z nim porozmawiał, coś próbował wyjaśnić, byłoby inaczej? Gdyby Zuzanna powiedziała prawdę albo gdyby Andrzej, który się go po prostu bał i czuł zastraszany, zdecydował się jednak na konfrontację, może Yves by się nie czuł tak upokorzony? Andrzej malutki, Yves kawał chłopa, pewnie by mu przydzwonił jeszcze raz, ale może Zaucha by nie zginął – zastanawiała się Katarzyna Olkowicz.Goulais sam zgłosił się na policję. Gdy w radiu wybrzmiał komunikat, że Andrzej Zaucha został zastrzelony, jego przyjaciele byli przekonani, że to makabryczny żart. Zabójcę skazano na 15 lat. – Oddając strzały, nie czułem żadnej satysfakcji, czy przyjemności. Mogę powiedzieć, że nienawiść strasznie brudzi człowieka – mówił po latach w wywiadzie, którego udzielił.W więzieniu Francuz skończył studia – polonistykę, uczył współwięźniów francuskiego i kręcił filmy. Ze współosadzonymi zrobił cztery filmy krótkometrażowe, a zysk z ich sprzedaży przekazał placówkom opiekuńczo-wychowawczym. Nie ubiegał się, choć mógł, o wcześniejsze zwolnienie. – Spowodowałem śmierć żony niechcący. Żadna kara nie będzie dostateczna dla mnie, bo ludzkie życie nie ma ceny – twierdził. Na wolność wyszedł w grudniu 2005 roku. Nie wyjechał do Francji. W Polsce wciąż pisze scenariusze i reżyseruje pod pseudonimem. Andrzej Zaucha w dniu śmierci miał 42 lata.Czytaj też: Eva Marie Saint nie żyje. Odeszła legenda Złotej Ery Hollywood