Droga do wielkości. Pierwsze pożegnanie było de facto ucieczką. Ucieczką przed presją, niewdzięcznymi fanami i niespełnionymi marzeniami. Osiem lat później, gdy Messi mówi „do widzenia” po raz drugi, świat wokół niego zmienił się o 180 stopni. Odchodzi jako bohater swojego kraju. Spełniony zarówno jako piłkarz, ale też człowiek. Niedziela, 26 czerwca 2016 roku. Szatnia na MetLife Stadium w East Rutherford. Przeraźliwą wręcz ciszę raz na jakiś czas przerywa tylko stukot piłkarskich korków. Reprezentacja Argentyny właśnie przegrała w rzutach karnych finał Copa America z Chile. To trzeci przegrany finał w ciągu trzech lat – po dogrywce na Maracanie z Niemcami w 2014 roku i po karnych w Santiago w 2015.Messi podszedł do jedenastki jako pierwszy. Uderzył wysoko, ze strachem, w trybuny. A przecież strzela karne od zawsze, niemal zawsze skutecznie… Chwilę później kamery zarejestrowały go siedzącego na ławce rezerwowej. Naciągniętą na głowę koszulką zasłaniał łzy. Kilkadziesiąt minut później pojawił się w strefie mieszanej, by porozmawiać z dziennikarzami.– Dla mnie reprezentacja się skończyła – rzucił cicho. – To już cztery finały. Próbowałem, bardzo tego chciałem, ale to po prostu nie jest dla mnie. Koniec.W Buenos Aires zawrzało. Przez lata ten sam naród, który potrafił wybaczać Diego Maradonie narkotykowe ciągi, strzelanie z wiatrówki do dziennikarzy i wulgarne tyrady, Messiego traktował z chłodnym dystansem, graniczącym z pogardą. Nazywano go pecho frío – „zimną piersią”, człowiekiem bez serca i odpowiedniego temperamentu. Wypominano mu, że nie śpiewa hymnu; że w Barcelonie czaruje, a w kadrze gaśnie; że nie jest prawdziwym Argentyńczykiem, bo nie ma w sobie ulicznego cwaniactwa ani knajpianej swady. Dla wielu rodaków Messi był wtedy Katalończykiem mówiącym z hiszpańska, obcym produktem z probówki La Masii, który przyjeżdża do ojczyzny wyłącznie po to, by przegrywać.Krzyk babciW temperamentnej Argentynie, jak pewnie nigdzie indziej na świecie, łatwo stać się wygnańcem we własnym domu.Lionel Messi urodził się 24 czerwca 1987 roku w Barrio Las Heras – na południowych, robotniczych przedmieściach Rosario, w cieniu podupadających fabryk i portowych doków rzeki Parana. Ulica Estado de Israel była wąskim pasem spękanego asfaltu, otoczonym niskimi, jednopiętrowymi domami z surowej cegły. Ojciec, Jorge, pracował na zmiany w hucie stali Acindar; matka, Celia, dorabiała sprzątaniem.Dla dzieciaków z Las Heras piłka nie była po prostu sportem. Nie była nawet ścieżką kariery, drogą do wybicia się. Była jedynym znanym językiem. Grali od świtu do nocy, używając kamieni zamiast słupków, rozbijając palce u nóg na krawężnikach i uciekając przed rdzewiejącymi resztkami porzuconych aut.W tym świecie mały Leo, nazywany la pulga (pchła), był zjawiskiem osobliwym. Nie mówił niemal nic, chował się za spódnicą matki, ale gdy dostawał pod stopy cokolwiek okrągłego – zgniecioną puszkę po coli, kłębek skarpet czy plastikową piłkę – dokonywał cudów.„Mit założycielski” narodził się na klepisku lokalnego klubu Grandoli. Miejscowy trener, Salvador Aparicio, kompletował skład dla drużyny rocznika 1986. Brakowało mu jednego chłopca do rozpoczęcia meczu. Przy linii bocznej stała babcia Leo, Celia Olivera Cuccittini – energiczna, bezkompromisowa kobieta, która nie znosiła sprzeciwu.– Wpuść go! – zażądała, wskazując na czteroletniego wnuka.– Pani zwariowała? – odpalił Aparicio. – On jest za mały. Połamią go, przecież go nawet nie widać zza trawy!– Wpuść go, zobaczysz, jak gra – ucięła Celia.Aparicio uległ. Piłka potoczyła się w stronę małego Messiego. Przyjął ją lewą nogą, minął pierwszego rywala, potem drugiego, trzeciego i wpakował piłkę do siatki, podczas gdy ojcowie przy linii bocznej zamarli z otwartymi ustami. Od tamtego popołudnia babcia Celia odprowadzała go na każdy trening, kłócąc się z sędziami i rywalami. Gdy zmarła w 1998 roku, dziesięcioletni Leo obiecał sobie, że każdy sukces zadedykuje jej. Słynny gest – dwa palce uniesione w niebo i wzrok wbity w chmury po każdym strzelonym golu – był więcej niż religijną pozą; czymś w rodzaju „meldunku” składanego kobiecie, która uwierzyła w niego jako pierwsza.Igły w lodówce„Karzeł”, „Pchełka”, „Mały” – różnie na niego wołali, w nieszczególnie kreatywny sposób odnosząc się do kruchej postury Messiego.Sprawa w pewnym momencie zaczęła budzić niepokój najbliższych. Wyraźnie niższy od swoich braci, 9-letni Lionel, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, udał się na konsultację do Diego Schwarsteina, cenionego argentyńskiego endokrynologa. – Cierpiał na karłowatość przysadkową. Częściową, nie całkowitą, dzięki czemu mogliśmy niedługo później rozpocząć kurację – tłumaczył lekarz, który szybko stał się jedną z najbliższych młodemu bohaterowi osób.W styczniu 1998 roku Messi przyjął pierwszy zastrzyk. Od tego czasu wszędzie nosił ze sobą niebieskie pudełeczko: nakłuwał się sam, raz w jedno udo, raz w drugie. – To było jak mycie zębów – mówił po latach. – Na początku ludzie się trochę dziwili, pytali co robię, ale potem wszyscy do tego przywykli. Nie miałem z tym żadnego problemu. Wiedziałem, że to dla mojego dobra i starałem się być w tej kwestii odpowiedzialny.Jorge Messi zarabiał w fabryce stali 1700 dolarów miesięcznie. Terapia syna kosztowała ok. 1000 dolarów. Przez pierwsze dwa lata kosztami „dzielił się” z argentyńską opieką społeczną i firmą Acindar, w której pracował. Potem tak różowo już nie było. – Gdy kraj nawiedził kryzys, mając czwórkę dzieci, jako jedyny żywiciel rodziny nie mogłem radzić sobie z tym sam. Poprosiłem o pomoc klub, ale prezes Almiron przekazywał nam tylko jakieś skrawki obiecanych kwot – narzekał ojciec Argentyńczyka.Postawa Newell’s Old Boys w tej sprawie do dziś budzi pewne kontrowersje. Sergio Almiron, ówczesny prezes, później dyrektor sportowy, wielokrotnie tłumaczył, że choć klub nie był w stanie pokrywać w pełni kosztów leczenia, co miesiąc przekazywał matce Messiego pewną sumę pieniędzy. Na dowód pokazywał nawet jakieś papierki, pokwitowania, ale część z nich – przekonują ci, którzy je widzieli – sprawiała wrażenie świeżo wypisanych. Pomimo tego, wtóruje mu też Carlos Morales, jeden z byłych trenerów Lionela. – W pewnym momencie chłopiec po prostu zniknął na trzy tygodnie. Rodzina mówiła, że ma zapalenie płuc, a w rzeczywistości poleciał z ojcem do Hiszpanii, by spróbować swojego szczęścia w Barcelonie. W grę wchodziły wielkie pieniądze, a oni, zamiast podziękować za wkład klubu w rozwój kariery, woleli nas oczerniać.Co najmniej 500 goliChoć z Rosario wyjechał przed czternastymi urodzinami i nigdy nie wrócił, tam też Messi zdążył zbudować swoją legendę. „La Maquina del ’87” – zespół, którego był liderem odkąd skończył osiem lat, zdominował lokalny „baby football” (mecze siedmiu na siedmiu, na mniejszym boisku, dla dzieci do 11. roku życia), przez trzy sezony nie przegrywając żadnego meczu. Co potem? Gdy chłopcy skończyli 11 lat, pokonywali rywali również na dużym boisku. A właściwie: niszczyli ich, osiągając przewagę 10, 12, a nawet i 15 goli. – Był moment, gdy niektórzy rywale kończyli mecz przy wyniku 0:6. Tylko tak mogli powstrzymać krwawienie – wspominają członkowie tamtego składu.– Czy to prawda, że Messi zdobył w ciągu pięciu lat około 500 goli? – Richard Fitzpatrick, dziennikarz „Bleacher Report”, zapytał jednego z trenerów tamtego rocznika. – Co najmniej tyle – usłyszał. – Bardzo chciał strzelać. Gdy wygrywaliśmy 7:0, a on nie trafił ani razu, schodził z boiska wściekły. Wściekał się też, gdy nie dostawał piłki. Chciał ją mieć cały czas. Taki miał temperament, taką osobowość.– Ale tylko podczas gry w piłkę – dodał Schwarzstein. – Na co dzień był introwertykiem. Spokojnym, cichym chłopcem, nie najlepiej radzącym sobie w szkole. Myślał tylko o graniu. Do dziś taki jest.Szczęśliwa serwetkaW Barcelonie nie czekał na niego czerwony dywan. Władze klubu nie obsypywały go płatkami róż.Josep Maria Minguella odgrywał w gabinetach przy Camp Nou dość niejasną rolę. Był trochę tłumaczem, trochę trenerem, trochę skautem, który miał w przeszłości wiele dobrych pomysłów (Romario, Maradona, Stoiczkow), ale też sporo złych. Gdy zadzwonił do Carlesa Rexacha, będącego wówczas doradcą zarządu, nie powalił go na kolana opowieścią o utalentowanym 12-latku z problemami zdrowotnymi. Wręcz przeciwnie: szansę wręcz wybłagał, deklarując nawet zakup biletów lotniczych dla młodego Argentyńczyka. Chciał tylko, by ktoś na niego zerknął.Zorganizowano sparing, w którym – poza Messim – grał m.in. Gerard Pique. Messi oczywiście zachwycił, strzelił sześć goli, obijał słupki, poprzeczki i gnębił rówieśników. „Chryste, kto to jest?!” – pytał Rexach, a Minguella tylko uśmiechał się pod nosem. Zwietrzył interes. Reszta wydawała się formalnością.Dziś zapewne by nią była. Wtedy jednak – niekoniecznie. Mówimy o klubie, który dla śmiesznych oszczędności niedługo później „oddawał” do Anglii Pique czy Cesca Fabregasa. Nie było długofalowej strategii, myślenia o sukcesie za pięć czy dziesięć lat. Liczyło się „tu i teraz”, tym bardziej, że Barcelonie nie szło, a dyrektorskie stołki parzyły niczym piasek na pustyni. Młody człowiek, który do Hiszpanii musiał przylecieć z całą rodziną, w którego terapię hormonalną trzeba byłoby zainwestować trochę pieniędzy, jakkolwiek utalentowany, nie był postrzegany w kategoriach „łakomego kąska”. Jeśli (!) wypali, zakładano, to na efekty trzeba będzie poczekać co najmniej osiem lat. Czy nie zachłyśnie się miastem, Europą? Czy po terapii nie będzie podatny na kontuzje? Czy nie będzie sprawiał problemów, jak wielu temperamentnych południowców? Czy okaże dostateczną wdzięczność?Dwa tygodnie treningów, testy psychologiczne, a potem... czekanie. Wizyta Jorge i Lionela Messich w Barcelonie niebezpiecznie się przedłużała, co rozzłościło krewkiego seniora. Wieść niesie, że pewnego razu wpadł do jednego z lokali przy stadionie, zaczepił pijących piwo Rexacha i Minguellę, domagając się – pod groźbą natychmiastowego powrotu do Argentyny – szybkiego spisania jakiejkolwiek umowy. Rexach zaryzykował własną reputację, wziął na siebie trudną rozmowę z Joanem Gaspartem, zainteresowanie Messim pieczętując na... serwetce, sprzedanej zresztą niedawno za prawie milion euro. Wyjeżdżając w wieku trzynastu lat, Leo nigdy nie zagrał ani minuty w argentyńskiej Primera División. Nie przeszedł przez piekło derbów Rosario Central z Newell’s, nie stał w deszczu na El Monumental ani na La Bombonera. Ominął cały ten plemienny, wulgarny i uświęcony rytuał, który w Argentynie definiuje piłkarza. Został ukształtowany w sterylnych, geometrycznych warunkach La Masii. Gdy po latach zakładał koszulkę Albicelestes, kibice widzieli w nim genialnego Europejczyka z argentyńskim paszportem.*Po nocy w New Jersey w 2016 roku wydawało się, że ta historia nigdy nie znajdzie szczęśliwego zakończenia. Messi wrócił do kadry pod naciskiem nowego selekcjonera Edgardo Bauzy i błagań tysięcy kibiców na ulicach, ale mundial w Rosji w 2018 roku przyniósł kolejny chaos – rozbitą drużynę Jorge Sampaolego i bolesne lanie od Francji w 1/8 finału.Prawdziwy przewrót nastąpił dopiero wtedy, gdy stery reprezentacji objął Lionel Scaloni – człowiek z cienia, bez trenerskiego dorobku, z którego kpiła cała argentyńska prasa. Scaloni dokonał rzeczy z pozoru banalnej, a przez lata niewykonalnej: zdjął z Messiego obowiązek bycia jednoosobowym zbawicielem narodu. Otoczył go pokoleniem młodych wilków – Rodrigo De Paulem, Cristianem Romero, Julianem Alvarezem czy Alexisem Mac Allisterem – dla których Leo nie był pomnikiem ze szkła, lecz starszym bratem, za którego byli gotowi włożyć głowę pod pędzący pociąg.Zmienił się też sam Messi.Cichy, introwertyczny chłopak, który przez dekadę unikał mikrofonów i konfliktów, nagle zrzucił garnitur z La Masii. Na Copa America 2021 w Brazylii Argentyna po raz pierwszy zobaczyła Messiego zakrwawionego – dosłownie, gdy w półfinale z Kolumbią grał z rozciętą, czerwienijącą się kostką. Gdy po wygranym 1:0 finale na Maracanie padł na kolana, a koledzy podrzucali go w powietrze, z jego barków spadł ciężar dwudziestu ośmiu lat narodowej posuchy.Ostateczna transformacja dopełniła się jednak zimą 2022 roku w Katarze. To był Messi maradoński: wściekły, prowokujący, kłócący się z sędziami, rzucający po meczu z Holandią słynne, podwórkowe: „Na co się gapisz, głupku? Idź stąd!”.W tamtym momencie naród wreszcie rozpoznał w nim swojego człowieka. Zrozumieli, że chłopak z Estado de Israel nigdy nie przestał być ulicznikiem z Rosario – po prostu przez dwie dekady trzymał swój gniew na uwięzi. Złoty puchar wzniesiony na Lusail Stadium w czarnym arabskim biszcie był tylko pieczęcią. Messi wreszcie nie musiał już niczego udowadniać. Został kanonizowany za życia.Czytaj też: Świątek w ćwierćfinale. Jovic nie znalazła sposobu na Polkę