Rosjanie też się uczą. Radosław Sikorski przekonuje, że NATO ma nad Rosją „przytłaczającą przewagę” w powietrzu. Niemal pięć lat pełnoskalowej wojny w Ukrainie dostarcza mocnych argumentów na poparcie tej tezy, ale niesie też ważne ostrzeżenie. Rosja nie zdołała zdobyć panowania w powietrzu nad znacznie słabszym przeciwnikiem, bo o wyniku wojny powietrznej nie decyduje sama liczba ani jakość samolotów. Z tego samego powodu przewaga NATO nie oznacza, że rosyjskie niebo zostałoby otwarte dla sojuszniczych maszyn od pierwszych godzin konfliktu. – Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych.Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. Rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia Rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. Rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. Rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.Czytaj też: Sikorski otrzymuje sygnały z wielu źródeł. „Rosja szykuje coś dużego”Samolot to tylko czubek góry lodowejNie oznacza to, że lotnictwo Federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń Rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. Rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.Czytaj też: Czy Polska powinna bać się Ukrainy po wojnie? Fakty i mityRosjanie też się ucząByłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. Rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.Rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra Rosja” i „europejskie NATO kontra Rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.Kto otworzy niebo?Gdyby doszło do wojny NATO z Rosją, walka o panowanie w powietrzu prawdopodobnie w niewielkim stopniu przypominałaby filmowe pojedynki myśliwców. Pierwszym zadaniem Sojuszu byłoby osłabienie rosyjskiego systemu obrony powietrznej i dowodzenia: radarów, stanowisk kierowania, zestawów rakietowych, lotnisk, węzłów łączności i środków walki radioelektronicznej.Brałyby w tym udział nie tylko samoloty. Cele byłyby rozpoznawane przez różnego rodzaju sensory, zakłócane przez środki WRE i atakowane z powietrza, lądu i morza. F-35 dzięki ograniczonej wykrywalności i rozbudowanym sensorom mogłyby działać bliżej rosyjskiej OPL niż starsze samoloty, wskazywać cele innym platformom i same je atakować. Dopiero wybijanie kolejnych dziur w rosyjskim systemie pozwalałoby zwiększać swobodę działania pozostałego lotnictwa.NATO ma jeszcze jedną przewagę, której nie widać w tabelach sprzętu: od dziesięcioleci przygotowuje lotnictwa wielu państw do działania jak jeden system. Trzy natowskie centra operacji powietrznych stale nadzorują przestrzeń Sojuszu i mogą kierować działaniami samolotów różnych krajów. Piloci regularnie ćwiczą w wielonarodowych ugrupowaniach, używają kompatybilnych systemów łączności i posługują się wspólnymi procedurami. Dzięki temu polski F-16, włoski F-35, francuski Rafale czy niemiecki Eurofighter nie musiałyby prowadzić czterech osobnych wojen powietrznych. Mogłyby być elementami tej samej operacji, korzystając ze wspólnego obrazu sytuacji i wykonując zadania przydzielane przez ten sam system dowodzenia.Czy zatem Sikorski ma rację? Jeśli przez przewagę rozumiemy potencjał do prowadzenia wojny powietrznej, odpowiedź brzmi: tak. NATO, także jego europejska część, dysponuje bardzo dużym i jakościowo mocnym systemem lotniczym, a wejście do wojny USA zwiększyłoby tę różnicę dramatycznie.Nie oznacza to jednak, że Sojusz od pierwszego dnia mógłby bezkarnie latać nad Rosją.Najważniejsza lekcja z Ukrainy jest bowiem paradoksalna. Z jednej strony wojna obnażyła ograniczenia rosyjskiego lotnictwa. Z drugiej pokazała, jak skutecznie nawet słabszy przeciwnik może zamknąć niebo, jeśli zachowa mobilną, rozproszoną obronę przeciwlotniczą. Przewaga NATO jest więc realna. Panowanie w powietrzu nie byłoby jednak prezentem wynikającym z liczby F-35, Rafale czy Eurofighterów. Trzeba byłoby je wywalczyć.Czytaj też: „Teoria zwycięstwa” NATO. Drony i AI na wschodniej flance