Wyprawa Tomasza Gorazdowskiego. „Guru na tropach yeti”, czyli radiowa wyprawa wzdłuż 14 ośmiotysięczników. Podróż rozpoczęła się w Pakistanie. To tu znajduje się 5 z 14 szczytów powyżej 8000 m n.p.m. Tu zbiegają się Himalaje, Karakorum i Hindukusz – czytamy w najnowszej relacji Tomasza Gorazdowskiego, dziennikarza Radia 357, który wybrał się motocyklem w Himalaje. Poniżej zamieszczamy najnowszą relację z wyprawy Tomasza Gorazdowskiego w Himalaje:Miejscem wypadowym w północnym Pakistanie wyprawy zostało Skardu. Stąd stosunkowo najprościej dostać się w różne interesujące miejsca, o ile można, mając na myśli Północny Pakistan, mówić o prostym dostaniu się gdzieś. To właśnie tu, na północy, czasami przejechanie 50 km zajmuje kilka godzin.Infrastruktura drogowa w Pakistanie pozostawia wiele do życzenia. W zasadzie jedyna droga bez większych zastrzeżeń, to Karakorum Highway, oś i kręgosłup kraju, łącząca Chiny z Islamabadem, stolicą Pakistanu. Ósmy cud świata jak mówią niektórzy. Faktycznie, architektoniczne cudo wykute w skale i na wysokości. Wystarczy powiedzieć, że przejście graniczne (notabene najwyższe przejście graniczne na świecie) drogowe pomiędzy Pakistanem i Chinami, znajduje się na przełęczy Khunjerab na wysokości 4 600 m.Spore wyzwanie na drodzeNa początku ruszyłem na wschód, w kierunku wioski Hushe, by zobaczyć z bliska siedmiotysięcznik Masherbrum, który tak nieszczęśliwie stoi, że gdyby nie stał, to widać byłoby jak na dłoni K2, drugi co do wysokości szczyt świata. Droga do Hushe, dla kogoś, kto nie specjalizuje się w terenowej jeździe motocyklem, jest poważnym wyzwaniem, ale potem z drugiej strony większość dróg jest już tylko łatwiejsza.Stamtąd powrót do Skardu i droga pod Nanga Parbat, przez park narodowy Deosai, drugi najwyżej na świecie położony płaskowyż na wysokości 4000 m. I tam oczywiście drogi są nieutwardzone, piaszczyste, kamieniste, czasami bardzo strome i dlatego podróżowanie zajmuje tam tyle czasu. A potem, wisienka na torcie, wizyta w Ferry Meadows, czyli u stóp masywu Nanga Parbat.Droga na skraju przepaściNajpierw trzeba dostać się do Raikot Bridge, tam wsiada się do jeepa i po blisko dwóch godzinach koszmarnej jazdy, bardzo wąską, wykutą w skale drogą, na skraju przepaści dociera się do wioski Tattu, a stamtąd już tylko trzy godziny piechotą do Ferry Meadows i tam przed oczami podróżnika wyłania się Nanga Parbat, Nanga Góra. Do bazy pod Nangą jeszcze kawałek. Idzie się tam parę godzin, ale widok jest jeszcze bardziej spektakularny niż Niebiańskich Łąk. W zasadzie, pamiętając o powrocie, znowu myśli się o tej nieszczęsnej podróży jeepami, by dostać się do Raikot Bridge, a stamtąd już Karakorum Highway na północ, by docelowo dojechać właśnie do Khunjerab, do granicy z Chinami, poprzez piękne doliny Nagar i Hunza. Z drogi głównej, z Karakorum Highway wystarczy zjechać w dowolną dolinę, by nacieszyć oczy widokami. Sześcio i siedmiotysięczniki wyrastają dookoła nas, skalne ściany schodzą czasami pionowo do koryt rzek. Czy w dolinie, czy na wyżynie, nie zmienia się jedno. Życzliwość mieszkańców. W czasie dwutygodniowego pobytu w północnym Pakistanie nie spotkałem się z ani jedną oznaką niechęci, zniecierpliwienia. Wręcz przeciwnie, wszyscy są ciekawi, skąd jestem, gdzie jadę, co mi się podoba, co nie. Ludzie są naprawdę bardzo życzliwi.Trudno wspominać o wszystkich ciekawych miejscach po drodze, o fortach Karimabadu, o strzelistych szczytach Passu czy dolinie Hoppera i jej lodowcu. Wyprawa potrwa jeszcze prawie dwa miesiące, w związku z tym jeszcze dużo ciekawego przede mną. W poniedziałki i środy w paśmie porannym na antenie Radia 357 można posłuchać audycji „Guru na tropach yeti”, w trakcie której dziennikarz jeszcze bardziej przybliży kulisy azjatyckich wojaży.Zobacz też: Motocyklem w Himalajach. Trwa wyprawa wzdłuż ośmiotysięczników