Rocznica słynnej katastrofy. Mijają 34 lata od tragedii, która wstrząsnęła Holandią. Izraelski samolot niemal wybuchł w powietrzu, stracił kontrolę i uderzył w dwa bloki na przedmieściach Amsterdamu. Nikt nie wie, ile dokładnie osób zginęło. A smród katastrofy unosił się nad krajem przez kilka kolejnych lat. Nad Holandią zapadał zmrok. W modernistycznej dzielnicy Bijlmermeer, na przedmieściach Amsterdamu, w labiryncie potężnych, jedenastopiętrowych bloków z wielkiej płyty, toczyło się zwykłe życie: w oknach świeciły ekrany telewizorów, z kuchni nęciły zapachy kolacji, a na korytarzach bawiły się dzieci. Nikt z mieszkańców nie przypuszczał, że tuż nad ich głowami potężny Boeing 747 zmieniał się w niesterowny pocisk. *Niedzielny wieczór, 4 października 1992 roku. Towarowy Boeing 747-258F wylądował na amsterdamskim lotnisku Schiphol po kilkunastogodzinnej podróży z Nowego Jorku. Przystanek, przerwa na tankowanie i chwila oddechu przed dalszą trasą – do bazy w Tel Awiwie. Na pokładzie znajdowała się zaledwie czteroosobowa załoga: doświadczony kapitan Yitzhak Fuchs, pierwszy oficer Arnon Ohad, inżynier pokładowy Gedalya Sofa oraz podróżująca prywatnie Anat Solomon, żona pracownika izraelskich linii lotniczych.Maszyna wystartowała o 18:22 z pasa 01L w kierunku północnym. Wszystko przebiegało rutynowo, sprawnie, dopóki samolot nie zaczął wznosić się nad jeziorem Gooimeer. Wtedy, na wysokości niespełna dwóch tysięcy metrów, rozległ się potężny huk. W ułamku sekundy pękł sworzeń bezpiecznikowy pylonu trzeciego silnika – element zaprojektowany tak, by w razie przeciążenia odpaść bez uszkadzania konstrukcji skrzydła. „Poświęcić się” w imię wyższego dobra. Mechanizm zadziałał jednak ze śmiertelnym skutkiem. Silnik numer trzy oderwał się od mocowań, gwałtownie wystrzelił do przodu i uderzył w sąsiedni, czwarty silnik, dosłownie wyrywając go ze skrzydła wraz z 10-metrowym fragmentem krawędzi natarcia. Zniszczeniu uległy kluczowe przewody hydrauliczne i instalacje pneumatyczne. Załoga poczuła gwałtowne szarpnięcie, jednak z kokpitu nikt nie był w stanie dostrzec skali zniszczeń. Kapitan Fuchs wiedział jedynie, że stracił ciąg w dwóch silnikach po prawej stronie oraz ciśnienie w układach sterowania.O 18:28 w słuchawkach kontrolera na Schiphol rozbrzmiało dramatyczne wezwanie: „El Al 1862, mayday, mayday, mamy problem z silnikami numer trzy i cztery!”Ślepy zaułekKontrolerzy natychmiast skierowali ciężką maszynę na najbliższy dogodny pas lotniska Schiphol. Żeby obniżyć wysokość i ustawić się w gotowości do podejścia, Fuchs podjął decyzję o wykonaniu szerokiego kręgu nad wschodnimi przedmieściami Amsterdamu.W powietrzu trwała nierówna walka z prawami aerodynamiki. Z poszarpanym prawym skrzydłem, pozbawionym slotów i części klap, Boeing zachowywał stabilność tylko dopóty, dopóki utrzymywał wysoką prędkość. Piloci, nieświadomi tego, że krawędzi natarcia fizycznie już w ich maszynie nie ma, próbowali przygotować ją do lądowania.Czytaj też: Rosja uderza na wiele sposobów. Czego powinniśmy się naprawdę obawiać?Gdy podczas drugiego kręgu zredukowano prędkość i wysunięto ocalałe klapy na lewym skrzydle, doszło do asymetrii siły nośnej. Podczas gdy lewe skrzydło uniosło się, prawe w niekontrolowany sposób runęło w dół. Samolot gwałtownie przechylił się o ponad 70 stopni w prawo, przechodząc w spiralne nurkowanie.„Spadamy... 1862, spadamy!”Była godzina 18:35 i 42 sekundy. Samolot pędził w stronę ziemi z prędkością przekraczającą 500 kilometrów na godzinę.Płonące osiedleUderzenie nastąpiło w sercu Bijlmermeer – modernistycznej dzielnicy zbudowanej ćwierć wieku wcześniej, z geometrycznymi wieżowcami przeplatającymi przestrzeń niczym plastry miodu, otoczonymi zielenią i terenami wspólnymi. Samolot uderzył w punkt styku dwóch wielkich bloków: Groeneveen i Klein-Kruitberg. Zatankowana tonami paliwa maszyna dosłownie przepołowiła betonowego kolosa. W ułamku sekundy eksplozja zniszczyła 31 mieszkań na dziesięciu piętrach, a kilkadziesiąt kolejnych strawił pożar o temperaturze sięgającej tysiąca stopni Celsjusza. Płonące paliwo lotnicze spływało klatkami schodowymi i szybami wentylacyjnymi, odcinając ludziom drogę ucieczki. Pękał beton, stropy waliły się niczym kostki domina. Mieszkańcy okolicznych bloków opowiadali później o widoku wręcz apokaliptycznym: gigantycznej ścianie ognia, latających w powietrzu odłamkach kadłuba i gęstym, gryzącym dymie, który błyskawicznie spowił całą dzielnicę. Choć akcja ratunkowa rozpoczęła się niemal natychmiast, przez długie godziny strażacy nie byli w stanie nawet zbliżyć się do epicentrum zgliszcz z powodu niewyobrażalnego żaru.Niewidzialne ofiaryW pierwszych godzinach po katastrofie media i władze spekulowały o hekatombie – mówiło się o setkach, a nawet ponad tysiącu ofiar śmiertelnych. Ostateczny, oficjalny bilans zamknięto jednak na liczbie 43 zabitych: 4 osoby na pokładzie samolotu i 39 mieszkańców na ziemi.Liczba od początku wydawała się jednak mało wiarygodna. Bijlmermeer nie było bowiem typowym holenderskim osiedlem. Na początku lat 90. zamieszkiwali je w przeważającej mierze imigranci – przede wszystkim z Surinamu, Ghany, Antyli Holenderskich oraz innych państw afrykańskich. Setki, jeśli nie tysiące z nich, mieszkało tam nielegalnie, wynajmując pokoje „na czarno”, bez meldunku w urzędzie miasta.Dla wielu rodzin zgłoszenie zaginionych bliskich wiązało się z paraliżującym strachem przed natychmiastową deportacją. Choć ówczesny burmistrz Amsterdamu Ed van Thijn zadeklarował amnestię dla każdego, kto zgłosi zaginionego krewnego bez dokumentów, nieufność wobec władz była zbyt głęboka. Liderzy lokalnych społeczności surinamskich i ghańskich przez lata twierdzili, że w zgliszczach Groeneveen bezpowrotnie zniknęły całe niezaewidencjonowane rodziny, a realna liczba ofiar mogła być co najmniej dwukrotnie wyższa.Uran i białe kombinezonyO ile sam wypadek niewątpliwie wstrząsnął Holandią, o tyle wydarzenia kolejnych miesięcy wzbudziły w mieszkańcach ogromną frustrację. Żałoba szybko przerodziła się w polityczny skandal. Wkrótce po uprzątnięciu terenu, u mieszkańców dzielnicy, a także u strażaków, policjantów i wolontariuszy biorących udział w akcji ratunkowej, zaczęły pojawiać się niepokojące symptomy: przewlekłe zmęczenie, wypadanie włosów, wysypki, ostre bóle stawów, zaburzenia neurologiczne oraz nawracające infekcje dróg oddechowych. Syndrom ten szybko nazwano „chorobą Bijlmer”.Początkowo rząd w Hadze konsekwentnie zapewniał, że na pokładzie samolotu nie było żadnych niebezpiecznych substancji, a ładunek stanowiły perfumy, odzież, kwiaty i sprzęt elektroniczny. Świadkowie zaczęli jednak zeznawać o dziwnych postaciach w szczelnych, białych kombinezonach ochronnych, które pojawiły się na gruzowisku tuż po katastrofie, zabierając niezidentyfikowane fragmenty i skrzynie jeszcze przed oficjalnym zabezpieczeniem terenu przez holenderskich śledczych. Co więcej, czarna skrzynka rejestrująca rozmowy w kokpicie (CVR) w tajemniczy sposób „zaginęła” i nigdy jej nie odnaleziono, mimo że znacznie delikatniejszy rejestrator parametrów lotu (FDR) ocalał.Prawda zaczęła wyciekać stopniowo pod naciskiem dziennikarzy śledczych. Okazało się, że statecznik i skrzydła Boeinga 747 były dociążone 282 kilogramami zubożonego uranu służącemu jako przeciwwaga. Podczas pożaru co najmniej 152 kilogramy tego metalu uległy utlenieniu i spłonęły w skrajnie wysokiej temperaturze, uwalniając do atmosfery toksyczny pył, który osiadł na zgliszczach i dostał się do płuc mieszkańców oraz ratowników.W 1998 roku, po latach nabierania wody w usta i zaprzeczeń, wyszło na jaw, że w ładowni znajdowało się 190 litrów dimetylometilofosfonianu (DMMP) – substancji chemicznej z Grupy 2 Konwencji o zakazie broni chemicznej, wykorzystywanej m.in. jako kluczowy prekursor do produkcji gazu bojowego sarin. Ładunek ten został wysłany z zakładów w Pensylwanii i zmierzał do ściśle strzeżonego Izraelskiego Instytutu Badań Biologicznych w Nes Cijjona.„Drzewo, które widziało wszystko”Presja opinii publicznej stała się tak duża, że w 1998 roku powołano parlamentarną komisję śledczą pod przewodnictwem Theo Meijera. Raport końcowy, opublikowany kilkanaście miesięcy później, po przesłuchaniu setek świadków, okazał się druzgocący dla państwa holenderskiego. Wykazał on rażące zaniedbania, brak koordynacji między ministerstwami, zatajanie informacji przed służbami medycznymi oraz bezkrytyczne podporządkowanie się procedurom i tajemnicom dyplomatycznym kosztem zdrowia własnych obywateli.Władze zmuszone zostały do uruchomienia szerokich programów opieki zdrowotnej i wypłaty wysokich sum dla poszkodowanych ratowników oraz mieszkańców.Dziś w tamtym miejscu nie ma już śladu po wyrwie w blokach. Zniszczone sekcje wyburzono, a wokół rozciąga się spokojny park pamięci. W jego centrum rośnie samotne drzewo, które cudem przetrwało uderzenie skrzydła i trwający później pożar. Mieszkańcy Bijlmermeer nazwali je de boom die alles zag – „drzewem, które widziało wszystko”. Pod jego koroną co roku, 4 października o godzinie 18:35, ludzie składają kwiaty. Pamiętają nie tylko o tych, którzy stracili życie pod gruzami, ale również o cenie, jaką przyszło zapłacić marginalizowanej społeczności za to, że ich domy znalazły się na drodze geopolitycznych i militarnych tajemnic.Nie im pierwszym, niestety nie ostatnim. CZYTAJ TEŻ: Zaatakował kolegę siekierką. Pilot Flydubai miał zakaz lotów w swoim kraju