Tak RFN wchłonęło NRD. W unijnej dyplomacji trzysta dni to czas potrzebny na wstępne uzgodnienie norm dotyczących etykietowania dżemu. A jednak dokładnie tyle wystarczyło Niemcom, by dopiąć formalności związane ze zjednoczeniem RFN i NRD. Między nocą z 9 na 10 listopada 1989 roku, gdy oszołomieni Berlińczycy wchodzili na koronę muru, a 3 października 1990 roku, gdy zjednoczona flaga wjechała na maszt przed Reichstagiem, minęło zaledwie 329 dni. W tym sprinterskim tempie Niemcy i cztery zwycięskie mocarstwa rozwiązały węzeł gordyjski, który w normalnych warunkach plątałby się przez pokolenia: wymieniono walutę, zlikwidowano stutysięczną armię Układu Warszawskiego, wciągnięto dawnego wroga do NATO, spłacono radzieckie imperium i ostatecznie narysowano wschodnią granicę z Polską.*W listopadzie 1989 roku nikt trzeźwo myślący nie zakładał, że zjednoczenie może dokonać się na przestrzeni miesięcy. Sam kanclerz Helmut Kohl, gdy 28 listopada przedstawiał w Bundestagu swój słynny, dziesięciopunktowy plan, mówił o wieloletnim procesie: najpierw pomoc gospodarcza, potem konfederacja obu państw, a dopiero w mglistej, trudnej do określenia przyszłości – wspólny rząd.Brytyjski Foreign Office szacował, że proces potrwa mniej więcej dekadę. Francuzi pocieszali się, że sprawa rozejdzie się po kościach, a Moskwa powtarzała mantrę o „nienaruszalności powojennego ładu”.Tyle politycy i eksperci. W pierwszych miesiącach 1990 roku każdego dnia na Zachód uciekały kolejne tysiące obywateli NRD – lekarzy, inżynierów, kierowców autobusów i robotników. Wschodnioniemieckie państwo krwawiło, a jego struktury waliły się niczym kostki domina. Na demonstracjach w Lipsku i Dreźnie pierwotne hasło rewolucji: „Wir sind das Volk” (My jesteśmy narodem) błyskawicznie ustąpiło miejsca innemu: „Wir sind ein Volk” (Jesteśmy jednym narodem). Za nim poszedł też szantaż ekonomiczny, wypisany na setkach transparentów: „Jeśli marka zachodnia nie przyjdzie do nas, my przyjdziemy do niej”.Kohl zrozumiał, że – chcąc utrzymać się przy władzy – musi zadziałać szybko. Całą akcję przeprowadzono więc niezwykle sprawnie, nawet jak na Niemcy, korzystając z rozmaitych kruczków.Prawnicy i zachodnioniemiecka lewica domagali się pójścia drogą artykułu 146 Ustawy Zasadniczej – zwołania zgromadzenia konstytucyjnego, napisania nowej ustawy zasadniczej dla połączonego państwa i poddania jej pod ogólnonarodowe referendum. Była to droga elegancka, demokratyczna i... beznadziejnie powolna. Kohl bez wahania wybrał artykuł 23. Zgodnie z nim, inne części Niemiec mogły po prostu „zgłosić akces” do istniejącej Republiki Federalnej. NRD została odtworzona jako pięć dawnych landów, które jeden po drugim zadeklarowały przystąpienie do RFN. Żadnych debat nad nową konstytucją, żadnego negocjowania ustroju. Zachód po prostu „wchłonął” Wschód z całkowitym przyzwoleniem i akceptacją tych drugich. Mieszkańcy NRD, zacofanej gospodarczo na tle zachodniego sąsiada, bali się przede wszystkim o stan własnych portfeli. Kohl szybko to wyczuł. Przed pierwszymi wolnymi wyborami do Izby Ludowej obiecał im rzecz prawie niemożliwą: zachodnią markę i przeliczenie ich pensji oraz oszczędności w bajecznej relacji jeden do jednego. Manewr zadziałał jak magnes – popierany przez kanclerza sojusz zmiótł konkurencję przy urnach, dając mu pełny mandat do forsowania zjednoczenia na własnych warunkach.Czytaj także: Oficjalnie akcje „patriotów”, w praktyce spektakl. Prawda o pseudopatrolachObietnicę trzeba było jednak spełnić. 1 lipca 1990 roku, zaledwie osiem miesięcy po upadku muru, wszedł w życie traktat o unii walutowej. Kanclerz zignorował alarmujące ostrzeżenia szefa Bundesbanku Karla Otto Poehla i dał ludziom to, czego żądali. Krótkofalowo był to majstersztyk – fala ucieczek na Zachód wreszcie wyhamowała, a wschodni Niemcy poczuli w dłoniach twardy zachodni dobrobyt. Ten sam ruch, który zapewnił Kohlowi polityczny triumf, okazał się jednak dla wschodnioniemieckiego przemysłu natychmiastowym wyrokiem śmierci: w ciągu kilku lat upadła większość fabryk, niemających szans na równą walkę z odpowiednikami z zachodu. Uspokoić EuropęZjednoczenie Niemiec, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, dla reszty kontynentu wcale nie było jak spełnienie marzeń. Wręcz przeciwnie. Dla Londynu i Paryża perspektywa osiemdziesięciomilionowego giganta w sercu Europy była koszmarem z najgorszych snów. Margaret Thatcher nie kryła wściekłości. Podczas spotkań za zamkniętymi drzwiami niemal histerycznie przekonywała Francois Mitterranda, że zjednoczone Niemcy natychmiast zdominują kontynent i powrócą do swoich dawnych imperialnych nawyków. „Dwa razy ich pobiliśmy, a teraz wracają” – westchnęła. Mitterrand podzielał jej lęki, ale był w tej sprawie bardziej wytrawnym graczem. Wiedział, że nie zatrzyma biegu historii czołgami, postanowił więc… wystawić rachunek. Ceną za francuskie „tak” było zrzeczenie się przez Niemcy najpotężniejszego symbolu ich potęgi – marki niemieckiej. Francuski prezydent postawił sprawę jasno: zjednoczone Niemcy muszą zostać na stałe uwiązane w europejskim projekcie poprzez wspólną walutę. Tak, w oparach kurzu po upadającym berlińskim murze, przypieczętowano powstanie strefy euro. Prawdziwym reżyserem międzynarodowego porozumienia był jednak Waszyngton. Administracja George’a H.W. Busha, z sekretarzem stanu Jamesem Bakerem na czele, od początku popierała Kohla, stawiając tylko jeden, twardy jak skała warunek: całe zjednoczone Niemcy muszą pozostać pełnoprawnym członkiem NATO.Wściekła MoskwaPomysł, by terytorium NRD – zaporowy bastion Układu Warszawskiego, gdzie stacjonowało 380 tysięcy radzieckich żołnierzy – stało się częścią sojuszu atlantyckiego, wywołał prawdziwą furię na Kremlu. Michaił Gorbaczow próbował jeszcze walczyć, żądał od Niemiec, by stali się, na wzór Austrii, neutralni, ale… niewiele mógł.Kohl wiedział, że sowieckie imperium bankrutuje. Puste półki w radzieckich sklepach i gospodarcza agonia ZSRR były najskuteczniejszą bronią w niemieckim arsenale.Do decydującego starcia doszło w połowie lipca 1990 roku w uzdrowisku Żelaznowodzk na Kaukazie. Kohl i minister spraw zagranicznych Hans-Dietrich Genscher pojechali tam z czekową dyplomacją. W zamian za zgodę na członkostwo zjednoczonych Niemiec w NATO i wycofanie wojsk radzieckich do 1994 roku Bonn wyłożyło na stół miliardy marek. Niemcy zobowiązali się sfinansować gigantyczną operację powrotu żołnierzy, zbudować dla nich osiedla mieszkaniowe w Rosji i na Białorusi oraz udzielić Moskwie potężnych kredytów ratunkowych.Gorbaczow, osaczony przez gospodarczą katastrofę i rosnącą opozycję we własnym kraju, uległ. Sprzedał NRD za niemiecką walutę, ratując na chwilę płynność finansową własnego państwa.Postawić granicęPozostawała jeszcze jedna, wyjątkowo drażliwa kwestia: granica na Odrze i Nysie Łużyckiej.Helmut Kohl długo kluczył, unikając jednoznacznego, ostatecznego uznania granicy z Polską. Grał na czas z powodów czysto wyborczych – nie chciał zrazić do siebie wpływowego Związku Wypędzonych (Bund der Vertriebenen), stanowiącego twardy elektorat jego partii CDU.Tymczasem w Warszawie premier Tadeusz Mazowiecki i minister Krzysztof Skubiszewski prowadzili bezwzględną batalię dyplomatyczną. Polska zasygnalizowała mocarstwom, że traktat zjednoczeniowy bez formalnego, nienaruszalnego potwierdzenia zachodniej granicy Polski będzie zarzewiem przyszłego konfliktu w Europie Środkowej.Czytaj także: Największy mit Powstania Warszawskiego? „Armia Czerwona nie wstrzymała ofensywy”Interweniowali Amerykanie i Francuzi. Bush i Mitterrand dali Kohlowi do zrozumienia, że jego dwuznaczna gra zagraża całemu procesowi. Kanclerz musiał skapitulować. W rezolucjach obu parlamentów, a wkrótce potem w osobnym polsko-niemieckim traktacie granicznym z listopada 1990 roku, Niemcy zrzekły się jakichkolwiek roszczeń do dawnych ziem wschodnich.Dyplomatyczny cudOstatnim akordem była likwidacja Narodowej Armii Ludowej (NVA). Nikt nie bawił się w tworzenie wspólnego, hybrydowego wojska. Stutysięczna armia NRD została formalnie rozwiązana z dniem 2 października.Generałowie i wyżsi oficerowie wylądowali na emeryturach, bazy przejęła Bundeswehra, a gigantyczne poradzieckie arsenały – czołgi, wozy bojowe i amunicję – w kolejnych latach zezłomowano lub wyprzedano (część transporterów i myśliwców MiG-29 trafiła później m.in. do Polski za symboliczną markę). Dla wschodnioniemieckiego korpusu oficerskiego nie było miejsca w nowej strukturze.Gdy 12 września 1990 roku w Moskwie ministrowie spraw zagranicznych RFN, NRD oraz USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji składali podpisy pod traktatem „Dwa plus Cztery”, formalnie kończącym prawa okupacyjne mocarstw, nikt na sali nie miał wątpliwości, że wydarzył się dyplomatyczny cud.Trzy tygodnie później, 3 października 1990 roku, dokładnie 36 lat temu, Niemiecka Republika Demokratyczna przestała istnieć.Późniejsze lata przyniosły rozczarowanie transformacją, frustrację na Wschodzie i polityczne pęknięcia, które trwają do dziś. Jednak z perspektywy gabinetów dyplomatycznych tamte 329 dni pozostaje majstersztykiem politycznego bezwstydu, zimnej kalkulacji i niebywałego szczęścia.Czytaj także: Przewaga Tiszy coraz mniejsza. Partia Magyara traci impetNiespełna rok po zjednoczeniu w Moskwie twardogłowi komuniści przeprowadzili pucz Janajewa, a Związek Radziecki zaczął pogrążać się w krwawym chaosie. Gdyby Helmut Kohl uwierzył ekspertom i dał sobie na zjednoczenie pięć lat, po drugiej stronie stołu nie miałby już ugodowego Gorbaczowa, lecz zradykalizowanych rosyjskich generałów trzymających palec na atomowym spuście.Niemcy wygrały tę partię szachów podstępem: zamiast mozolnie układać kolejne figury, po prostu… wywróciły stolik.