Bez politycznego klimatu. „Mama mnie wyzywała od tępaków, k…ew, p…zd” – mówi w krótkim filmiku nagranym przez Fundację po DRUGIE młoda, bezdomna dziewczyna. A ja się zastanawiam, kiedy dzieci, ofiary przemocy, w końcu zaczniemy zauważać. Ale nie tak, by na ich historiach starać się ugrać jakiś polityczny kapitał. Zauważać tak naprawdę. Gdybym kiedykolwiek, zresztą nie pierwszy raz, była świadkiem jakiegokolwiek rodzaju przemocy, względem kogokolwiek, na pewno bym zareagowała. Koniec i kropka. Mogę pokusić się o taką deklarację, bo życie, niestety, już mnie sprawdziło.Nie wiem, co prawda, czy zaczęłabym od pytania „czy mogę pani/panu pomóc” kierowanego do sprawcy lub sprawczyni? Nie wiem, czy rzuciłabym zdaniem wyuczonym z mądrych książek o tym, jak należy reagować na przemoc, by było dobrze i nikt się później do mnie nie przyczepił. Nie wiem, czy – jak ktoś ostatnio – zostawiłabym kartkę na drzwiach klatki schodowej z ostrzeżeniem „jeszcze raz podniesiesz głos na dziecko, a zawiadomię służby”, pewnie raczej zapukałabym do drzwi, bo już to kiedyś robiłam.Nie wiem, czy byłabym roztrzęsiona, czy spokojna, bo doświadczenie życiowe pokazuje mi, że ciężko przewidzieć swoją rekcję w tak ekstremalnym jednak momencie. Ale wiem jedno – zareagowałabym, bo wiem, że najgorsze co można zrobić, to kalkulować, czy taka reakcja nam się opłaca, czy nie ścigniemy na siebie problemów. Czy to w ogóle ma sens.Od razu napiszę, że zazwyczaj taka reakcja nie kończy naszego zaangażowania w sprawę. Czyli – ktoś mógłby uznać – rzeczywiście fundujemy sobie kolejne odcinki dramatu, gdyż najpewniej reagując staniemy się „świadkami”, nie będziemy mogli odwrócić się na pięcie i odejść.Bez politycznego klimatuI pisząc to wszystko, nie odnoszę się bezpośrednio do historii Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Hornej-Cieślak, która w sierpniu na warszawskiej Białołęce postanowiła zareagować…– Jak każdy obywatel czekałam na przystanku autobusowym na autobus i byłam świadkiem tego, jak matka wyzywa dziecko od „k…”, szarpie tym dzieckiem i jaka jest agresywna – relacjonowała później Horna-Cieślak. Nie odnoszę się konkretnie, bo jestem przekonana o tym, że same doniesienia medialne, świetnie wpisujące się w jakiś polityczny klimat, to nie wszystko, bym mogła sobie wyrobić zdanie na temat złożonej (zapewne) sprawy rodzinnej, ewentualnej przemocy instytucjonalnej itd. Zresztą, gdyby jeszcze sprawa od początku była nam opowiedziana kompleksowo, zupełnie inaczej bym do tego podeszła. A tak był news, który rozgrzał atmosferę wokół RPD, a dopiero potem kapały (już z innych mediów) kolejne ustalenia dotyczące sprawy. Ale zostawmy to, niech rozstrzygają mądrzejsi.Czytaj też: RPD: Miejsce dzieci jest w rodzinie, ale rodzinie bezpiecznejChciałabym się skupić na czymś innym. Na tym, jak ten z pozoru ważny społecznie „news” wywołał ogólnonarodową histerię, bo w mojej opinii to w ogóle nie służy sprawie. Zresztą, sama już słyszałam dyskusje o tym, jak reagować, co mówić interweniując, czy jest sens w całym takim pomocowym zrywie, skoro ofiara przemocy po takiej interwencji osoby z zewnątrz może chwilę później zostać ofiarą eskalacji tejże przemocy, tyle że już w czterech ścianach własnego domu.Proszę zwrócić uwagę, jak rozłożyliśmy akcenty, na czym się skupiliśmy. Czy sformułowanie „czy mogę pani pomóc” naprawdę jest najbardziej rażącym przekroczeniem, o którym powinniśmy pamiętać wyciągając wnioski z tej historii?Ta historia w mojej opinii powinna raczej skończyć się na dyskusji o tym, dlaczego wciąż często zastanawiamy się, czy w ogóle jakoś zareagować? Czy się odezwać? Dlaczego wciąż jesteśmy w stanie odwrócić wzrok, kiedy sytuacja, gdy rodzic szarpie dziecko nie pasuje nam do krajobrazu.Przemoc wobec dzieciDo podcastu „Powiem to pierwszy raz” zaprosiłam kobietę, która o przemocy wobec dzieci wie naprawdę sporo. I nie, nie rozprawiałyśmy o tym, czy Horna-Cieślak zrobiła dobrze. – Ta konkretna historia niestety nie służy dobrze sprawie reagowania na przemoc dzieci. Nie powinniśmy tak łatwo szafować ocenami, o przemocy musimy mówić mądrze, rozważnie, z empatią. To jest jedno z najstraszniejszych doświadczeń, jakie ma człowiek – podkreślała Agnieszka Sikora, działaczka społeczna, założycielka i prezeska Fundacji Po drugie, kobieta która próbuje rozwiązać problem bezdomności młodych ludzi. – Bardzo boję się tego, że wszyscy czujemy się takimi świetnymi ekspertami, bo wszyscy wiemy, co to jest dom, rodzina. Wszyscy to wiemy – dodała.– Dlaczego młodzież, z którą pracujemy w Fundacji po DRUGIE to młodzież bezdomna? Bo jest przemoc. To historie o dzieciach, na których cierpienie nikt nie zareagował. To historie, które nie mieszczą mi się w głowie. Nie mogę pojąć, jak to jest, że 10-letnie dziecko mówi w szkole, że doświadczyło przemocy i prosi o dyskrecję, bo boi się, że jeżeli ktoś zareaguje, to ta przemoc eskaluje, a szkoła jest dyskretna. Nie robi nic. Znam takich historii setki – kontynuowała Sikora.A ja tylko tu zostawię jeszcze kilka wypowiedzi młodych osób bezdomnych, z którymi Sikora rozmawiała już po tym, jak medialnie zajęliśmy temat reakcji na przemoc rozkładać na czynniki pierwsze.„Przemoc to coś, czego doświadczyłem ze strony ojca. Przychodził pod wpływem alkoholu i potrafił rękę na nas wszystkich podnosić. Jak się chodzi do szkoły i spogląda na normalne rodziny, a człowiek jest z patologicznych środowisk, to jest zazdrość”.„Jako małe dziecko nie wiesz, co masz robić. Nie pójdziesz, nie zgłosisz”.„Strach, lęk, dyskomfort, poczucie zagrożenia”.„Nie chciałam być rozdzielona z rodzeństwem, dlatego nie mówiłam, co się działo w domu. Jak mama wychodziła, zostawiała nas samych, jak piła. Nie mówiłam o tym, bo nie chciałam, żeby nas rozdzielono, ale i tak to zrobiono”.„Mama mnie wyzywała od tępaków, k…ew, p…zd”.Czytaj też: Znęcanie nad dziećmi na koloniach. Śledczy zabezpieczają dowody