Wojna bez wystrzału. Rosja będzie eskalować, ostrzegają premier i ministrowie. Otoczenie prezydenta odpowiada, że rząd niepotrzebnie podgrzewa atmosferę i straszy Polaków. Spór ten łatwo sprowadzić do pytania, czy grozi nam wojna, tyle że nie ma na nie prostej odpowiedzi. Pełnoskalowy rosyjski atak na Polskę pozostaje czymś zupełnie innym niż działania, które Moskwa może podejmować przeciwko naszemu państwu już dziś. A część z nich nie jest nawet hipotetyczna – Rosjanie już po nie sięgali. Premier Donald Tusk od kilkunastu dni mówi o rosnącym zagrożeniu wyjątkowo otwarcie. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk, stwierdził, że „najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej” i nie można wykluczyć, że eskalacja obejmie również terytorium Polski. Cztery dni później w Sejmie mówił o możliwości „hybrydowych uderzeń dronami i rakietami” na państwa wspierające Ukrainę. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ocenia z kolei, że Rosja wspina się po kolejnych szczeblach „drabiny eskalacyjnej”.Jeszcze mocniej zabrzmiała wypowiedź Radosława Sikorskiego. Szef MSZ powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku, że polskie władze otrzymują „z wielu źródeł” informacje, iż Rosja „szykuje coś dużego” jeszcze w tym roku. Wymieniał przy tym różne możliwości, między innymi operację pod fałszywą flagą, która mogłaby posłużyć Kremlowi jako uzasadnienie kolejnej mobilizacji.Inaczej akcenty rozkłada otoczenie prezydenta. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz przekonuje, że rządowa komunikacja prowadzi do niepotrzebnego „przegrzewania” tematu i może wywoływać panikę. Nie neguje jednak samego zagrożenia: przyznaje, że dalsze rosyjskie prowokacje są możliwe, a realnych niebezpieczeństw nie należy lekceważyć. Spór dotyczy więc w dużej mierze sposobu mówienia o ryzyku.Czytaj też: Rosja przygotowuje mobilizację? Kreml ogranicza wywóz gotówkiTo już się dziejeJeśli jednak odłożyć polityczne przepychanki na bok, katalog tego, co Rosja może zrobić Polsce, jest całkiem konkretny. Co więcej, części tych działań nie trzeba sobie wyobrażać.W maju 2024 roku spłonęło centrum handlowe Marywilska 44 w Warszawie. Polskie władze początkowo nie przesądzały przyczyn pożaru, późniejsze śledztwo doprowadziło jednak prokuraturę i służby do wniosku, że było to podpalenie dokonane przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu. W kwietniu tego roku do sądu trafił akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie grupy odpowiedzialnej za podpalenia i przygotowania do nich w Polsce, na Litwie i Łotwie. Według prokuratury celem było m.in. zastraszanie ludności i oddziaływanie na opinię publiczną.W listopadzie ubiegłego roku doszło z kolei do aktów dywersji na linii kolejowej Warszawa–Dorohusk. Prokuratura zarzuciła dwóm obywatelom Ukrainy działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Uszkodzenie infrastruktury stworzyło bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy kolejowej. Po tym zdarzeniu uruchomiono operację „Horyzont”, w ramach której wojsko zaczęło wspierać służby w ochronie infrastruktury kolejowej.To dobrze pokazuje charakter zagrożenia. Rosja nie musi wysyłać do Polski własnych funkcjonariuszy. Może werbować ludzi przez internet, płacić za wykonanie pojedynczych zadań i wykorzystywać osoby, które formalnie nie mają z rosyjskimi służbami nic wspólnego. Celem mogą być tory, magazyny, zakłady przemysłowe, obiekty związane z pomocą dla Ukrainy albo infrastruktura energetyczna. Skutek dla ludzi jest jednak całkowicie realny: pożar, zatrzymane pociągi, zniszczone mienie, a w skrajnym przypadku ofiary.Podobne działania można prowadzić bez podkładania ładunków czy wzniecania pożarów. 29 grudnia 2025 roku przeprowadzono skoordynowany cyberatak na polską energetykę. Objął co najmniej 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, przedsiębiorstwo produkcyjne oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło niemal pół milionowi odbiorców. CERT Polska określił go jako pierwszy znany w naszym kraju cyberatak na sektor energetyczny, którego celem było wyłącznie niszczenie. Atakujący uszkodzili część urządzeń i próbowali nieodwracalnie zniszczyć dane. Nie udało im się jednak przerwać dostaw energii ani ciepła. Infrastruktura użyta podczas operacji pokrywała się z wykorzystywaną przez grupy wiązane przez zachodnie służby z rosyjską FSB.Następna próba może być skuteczniejsza. Dla mieszkańca miasta rosyjski atak nie musi więc oznaczać widoku samolotów czy czołgów. Może oznaczać brak prądu, ogrzewania, wody albo problemy z komunikacją. Sam minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, uzasadniając program wzmacniania cyberbezpieczeństwa wodociągów, mówił, że jeden skuteczny atak może odciąć wodę i sparaliżować funkcjonowanie całego miasta.Czytaj też: Rosyjski dron rozbił się w pobliżu polskiej granicyWojna bez wystrzałuSą też działania mniej spektakularne, ale odczuwalne przez tysiące ludzi. Rosja od lat zakłóca nad Bałtykiem sygnały nawigacji satelitarnej. Według danych zebranych przez Ośrodek Studiów Wschodnich tylko od stycznia do kwietnia 2025 roku odnotowano ponad 122 tys. lotów nad regionem, podczas których zgłoszono zakłócenia GNSS. Nie oznacza to, że samolot po utracie GPS natychmiast znajduje się w niebezpieczeństwie – lotnictwo korzysta również z innych systemów nawigacyjnych. Zakłócenia zwiększają jednak obciążenie załóg i kontrolerów oraz zmniejszają przewidywalność ruchu.Do tej samej kategorii należą cyberataki na instytucje publiczne i przedsiębiorstwa, próby ingerowania w systemy teleinformatyczne czy działania przeciw infrastrukturze krytycznej. Nie każdy taki incydent można oczywiście przypisać Rosji. Skala zagrożenia rośnie jednak szybko: w 2025 roku krajowe zespoły reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa obsłużyły niemal 273 tys. zdarzeń, o 144 proc. więcej niż rok wcześniej.Rosja próbuje również wpływać na to, jak Polacy interpretują prawdziwe wydarzenia. Po ubiegłorocznej dywersji na linii Warszawa–Dorohusk w polskojęzycznej infosferze pojawiła się kampania przerzucająca odpowiedzialność na Ukrainę. Ministerstwo Cyfryzacji opisywało schemat: prawdziwe zdarzenie, oficjalny komunikat, następnie alternatywna narracja i w końcu oskarżenia wobec Ukraińców. Podobne działania wykorzystują historyczne spory polsko-ukraińskie, przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy czy napięcia związane z uchodźcami.Ich celem nie musi być przekonanie Polaków, że Rosja ma rację. Wystarczy pogłębianie konfliktów, osłabianie zaufania do instytucji państwa i podważanie poparcia dla Ukrainy. Z perspektywy Moskwy szczególnie atrakcyjne są przy tym operacje łączące kilka narzędzi: najpierw rzeczywisty akt sabotażu, później rozpowszechnianie fałszywych informacji o jego sprawcach, a na końcu wykorzystanie wywołanych w ten sposób emocji.To właśnie tutaj przebiega dziś najbardziej problematyczna granica między pokojem a wojną. NATO jednoznacznie deklaruje, że poważny cyberatak lub inne działania hybrydowe mogą zostać uznane za zbrojną napaść i doprowadzić do uruchomienia art. 5. Nie określa jednak z góry progu – każda sytuacja ma być oceniana indywidualnie.A jeśli zacznie się prawdziwa wojna?Na końcu tej skali znajduje się zagrożenie najbardziej oczywiste – klasyczne uderzenie wojskowe. Tu jednak potrzebne jest ważne rozróżnienie. Nie ma obecnie publicznie dostępnych dowodów wskazujących, że Rosja przygotowuje pełnoskalową inwazję na Polskę. Europejscy przedstawiciele bezpieczeństwa cytowani we wrześniu przez Reutersa, choć ostrzegają przed rosnącą liczbą rosyjskich aktów sabotażu i prowokacji, również nie wskazywali na przygotowania do bezpośredniego ataku na NATO.Sytuacja zmieniłaby się zasadniczo, gdyby Rosja rozpoczęła otwartą operację wojskową przeciw któremuś z państw Sojuszu – na przykład Litwie, Łotwie czy Estonii. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz mówił we wrześniu wprost, że w przypadku agresji na państwa bałtyckie Polska powinna wnioskować o uruchomienie art. 5 „ze wszystkimi konsekwencjami dla Sił Zbrojnych i społeczeństwa”.W takim konflikcie Polska nie byłaby obserwatorem. Jej położenie sprawia, że przez nasze terytorium prowadzą najważniejsze lądowe szlaki w kierunku Litwy i pozostałych państw bałtyckich. Znajdują się tu lotniska, systemy obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia oraz amerykańskie zapasy sprzętu. Tylko kompleks APS-2 w Powidzu przechowuje ponad 5 tys. głównych elementów wyposażenia, w tym czołgi Abrams, bojowe wozy Bradley i haubice Paladin przeznaczone dla całej amerykańskiej brygady pancernej.Jeżeli doszłoby do otwartej wojny Rosji z NATO, taka infrastruktura stałaby się istotna dla prowadzenia operacji przez Sojusz. Rosja mogłaby więc próbować ją niszczyć pociskami balistycznymi i manewrującymi oraz dronami, równolegle prowadząc cyberataki i działania radioelektroniczne. Zagrożenie dla ludności cywilnej wynikałoby wówczas nie tylko z możliwości uderzeń w cele położone w pobliżu miast, ale również z zakłócenia energetyki, transportu i łączności.Rosja sama podnosi dziś temperaturę takich rozważań. 30 września skierowała do NATO ostrzeżenie związane z obwodem królewieckim, grożąc w przypadku bezpośredniego konfliktu m.in. uderzeniami na „centra decyzyjne” państw Sojuszu i ponownie odwołując się do możliwości użycia broni jądrowej. NATO odpowiedziało, że rosyjska retoryka nuklearna jest nieodpowiedzialna. Jednocześnie Moskwa nadal zapewnia, że nie zamierza atakować państw NATO.Czego więc się bać?Rosyjskich czołgów jadących jutro na Warszawę – nie. Nie ma podstaw, by przedstawiać taki scenariusz jako bezpośrednie zagrożenie. Nie oznacza to jednak, że Polska znajduje się poza zasięgiem rosyjskiej agresji.Najbardziej namacalne niebezpieczeństwa są mniej widowiskowe: podpalenie, uszkodzenie torów, cyberatak na elektrociepłownię, próbę sparaliżowania wodociągów czy sieci energetycznej, zakłócanie nawigacji, operację dezinformacyjną albo kolejne naruszenie przestrzeni powietrznej. Część z nich może kosztować państwo miliony złotych, część dezorganizować życie tysięcy ludzi, a niektóre mogą również prowadzić do ofiar.Dopiero otwarta wojna Rosji z NATO oznaczałaby jakościowo inne zagrożenie – możliwość regularnych uderzeń na cele znajdujące się w Polsce. Dziś nie jesteśmy w takim miejscu.Dlatego pytanie, czy rząd „straszy wojną”, jest źle postawione. Pełnoskalowa wojna i rosyjskie działania przeciw Polsce nie są synonimami. Można nie spodziewać się rosyjskich dywizji na naszej granicy i jednocześnie przygotowywać państwo oraz społeczeństwo na kolejne akty sabotażu, cyberataki czy prowokacje. Wiele wskazuje bowiem na to, że właśnie w tej przestrzeni Rosja już z nami walczy.Czytaj też: Sekretarz generalny NATO: Putin wie, że nigdy nie wygra