Alarm. Wysiadamy. Wracamy. I znowu wysiadamy. Jadę z Polski przez Lwów do Odessy i Besarabii, żeby policzyć, ile wojna dopisuje do ceny ukraińskiego zboża. Wracam z innym rachunkiem: w ciągu wieczora cztery razy widzę ludzi wyprowadzanych z pociągów podczas alarmów, dwa razy sam muszę się ewakuować. Zaczynam rozumieć, że jednym z kosztów tej wojny jest czas – minuty, godziny i dni odbierane zwykłym ludziom. Najpierw pociąg do KowlaWieczorem 18 września pasażerowie pociągu Odessa-Kowel siedzą już w wagonach i czekają na odjazd. Widzę przez okna, jak rozkładają na leżankach swoje rzeczy, wyciągają jedzenie i ustawiają je na stolikach. Wtedy po raz kolejny tego dnia zaczyna wyć syrena. Z komunikatów na dworcu wynika, że wszyscy powinni udać się w bezpieczne miejsce; dotyczy to także pasażerów, którzy zdążyli już wsiąść do pociągu.Ludzie wychodzą na peron i gromadzą się przed dworcem, mało kto schodzi do schronu. Paniki nie ma. Ktoś się śmieje, ktoś przeklina, przede wszystkim widać jednak złość i rozdrażnienie. Jest przed dwudziestą, pociąg do Kowla ma już około pół godziny opóźnienia i podróżni chcieliby wreszcie wyjechać z Odessy.Najbardziej zapamiętuję dzieci. Dla części to ewidentnie przygoda: oczy jak talerzyki, biegają podekscytowane. Są jednak i takie, które wyglądają na przestraszone albo senne, kilkoro płacze i najwyraźniej nie rozumie, dlaczego znowu znalazło się poza wagonem. Dorosły może wiedzieć, że to procedura; dziecko wie tylko, że przed chwilą pozwolono mu wejść do pociągu, a teraz znowu każą z niego wyjść.Mija około dziesięciu minut i alarm zostaje odwołany. Pasażerowie wracają: jedni do pociągu do Kowla, inni do dwóch podstawionych elektryczek podmiejskich. Na tablicy wyświetla się już informacja, że za chwilę powinien zostać podstawiony mój pociąg do Lwowa i dalej do Przemyśla. I wtedy po raz kolejny odzywa się syrena.Znów otwierają się drzwi wagonów. Znów ci sami ludzie schodzą na peron. Poruszają się sprawniej, ale są też bardziej poirytowani, a wśród dzieci słyszę więcej płaczu.Mój pociąg wciąż nie wjechał. Czekając, wracam myślą do początku tej podróży.Czytaj też: Bułgaria, czyli… Polska z innego uniwersum Kilka dni wcześniejDo Ukrainy jadę pierwszy raz od rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji 24 lutego 2022 roku. Wcześniej bywałem tutaj wielokrotnie, na zachodzie i na wschodzie kraju, w Kijowie i na Krymie, w Charkowie i Mariupolu. Przez całą drogę działa więc pamięć: mimowolnie porównuję to, co widzę, z Ukrainą sprzed wojny.Tak się składa, że z Martą poznaliśmy się właśnie tutaj, w Drohobyczu, podczas festiwalu Brunona Schulza. Ukraina w jakiś sposób połączyła więc także i nas. Tym razem jednak cel podróży jest znacznie mniej sentymentalny: mam spotkać się z ludźmi zajmującymi się zbożem, portami i transportem i policzyć, co wojna robi z ceną jednej tony pszenicy. Wyruszyłem sam, bez Marty, bo jako rodzice czwórki dzieci nie możemy pozwolić sobie na to, żeby jechać razem.Po ukraińskiej stronie granicy funkcjonariuszka pyta mnie po ukraińsku, dokąd jadę i po co.– Do Odessy i Izmaiłu. Jestem dziennikarzem, będę pisał o zbożu – odpowiadam.Autobus ma pięćdziesięciu kilku pasażerów, więc sama kontrola wymaga czasu. Z drobiazgów zostaje mi w pamięci toaleta: po polskiej stronie płatna, po ukraińskiej darmowa, na ścianie wisi kartka przypominająca, żeby nie stawać nogami na sedesie. Po stronie ukraińskiej na klombach rosną róże, które fotografują stojące obok kobiety. Wojna na granicy nie wygląda jak wielka scena z filmu. Tego dnia trudno po samym przejściu poznać, że wjeżdżam do kraju, w którym trwa wojna.Do Lwowa pozostała ponad godzina. Siedzę w pierwszym rzędzie i siłą rzeczy przysłuchuję się rozmowie kierowców. Obaj łuskają pestki: zmiennik wrzuca łupinki do foliowego woreczka, ten, który prowadzi, uchyla okno i ciska je na zewnątrz.Kierowca opowiada koledze, że za kilka dni musi zorganizować zastępstwo, bo ma badania kardiologiczne. Sprawa jest na tyle poważna, że przez trzy dni nie będzie mógł pracować. Słucham prowadzonej po ukraińsku rozmowy o sercu, grafiku i zastępstwie, patrzę na drogę. Ukraina nie demonstruje na każdym kroku przyjezdnemu, że jest krajem na wojnie.Czytaj też: Posłowie chcą Marszu Niepodległości we Lwowie. „To po prostu skandal”Lwiw ma gorączkęWe Lwowie mam około dwóch godzin do nocnego pociągu do Odessy. To za mało, żeby poznać dzisiejsze miasto, ale wystarczająco, żeby zobaczyć różnicę wobec Lwowa, który pamiętam sprzed lat. Dzisiejszy Lwów jest jak człowiek w gorączce. Piękna historyczna tkanka nadal istnieje, ulice żyją, sklepy działają, ale wszystko porusza się jakby nerwowo, chaotycznie, z zaciśniętą szczęką i podwyższonym tętnem.Widzę ogłoszenia zachęcające do wstępowania do wojska, a obok niebiesko-żółtych flag także czarno-czerwone i nacjonalistyczne hasła. Jedno z łagodniejszych, eksponowane zresztą lege artis, a nie wymalowane na fasadzie budynku, brzmi: „Batko nasz Bandera, Ukrajina maty”. W Odessie, gdzie spędzę kolejne dni, podobnych haseł ani czarno-czerwonych flag nie zobaczę w ogóle. Niebiesko-żółtych będzie za to zatrzęsienie, podobnie jak tryzubów, ale innych symboli nacjonalistycznych nie zauważę. Będę rozmawiać też o stosunku mieszkańców południa do nacjonalistów z zachodu kraju – to jednak materiał na inną opowieść. Zostańmy przy Lwowie.Kiedy przyjeżdżałem tutaj dziesięć czy piętnaście lat temu, różnica między polskimi miastami a Lwowem nie była aż tak wyraźna. Polska przez ten czas mocno poszła do przodu, Lwów jest dziś w porównaniu z nią znacznie biedniejszy i bardziej zaniedbany.Uderza mnie też liczba pijanych ludzi – nie tylko mężczyzn, także kobiet. Przy dworcu, na tramwajowej wysepce obok niewielkiej cerkwi, trzy kobiety w wieku naszych mam – sześćdziesięcio- i siedemdziesięciolatki, niezgorzej ubrane – rozlewają z dużej butelki wódkę do kieliszków i specjalnie się z tym nie kryją. Ten obraz zostaje mi ze Lwowa równie mocno, jak flagi i wojskowe ogłoszenia.Mam jeszcze pół godziny, więc snuję się po dworcu. Sale, które pamiętam jako pełne ludzi, dziś są jakby opustoszałe. W głównej stoi pianino, a przy nim siedzi kurier rozwożący jedzenie. Odstawił sześcienną torbę i gra melodię, która kojarzy mi się z muzyką filmową, choć nie potrafię jej rozpoznać.Idę dalej. Niemal wszędzie stoły z możliwością podłączenia urządzeń do prądu, pojawiły się też tabliczki wskazujące schronienie i darmowe toalety. Te ostatnie mieszczą się na drugim piętrze i wyglądają jak szalet z czasów PRL, ale w czasie wojny pełnią znacznie bardziej praktyczną funkcję: korzystają z nich również ludzie chroniący się na dworcu podczas alarmów rakietowych i dronowych.Do Odessy przyjeżdżam o 7.40 rano. Jest połowa września, dość chłodno, ludzie mają kurtki. Wychodzę na peron i słyszę orkiestrę. No tak – przypominam sobie – Odessa właśnie w ten sposób, muzyką płynącą z głośników, wita dalekobieżne pociągi.Patrzę na budynek dworca. Niewiele, przynajmniej z zewnątrz, zmieniło się od początku lat dwutysięcznych, kiedy byłem tu pierwszy raz. Zwracam uwagę na napis „Odesa”, po ukraińsku z jednym „s”; w pamięci mam dawny rosyjski zapis z dwiema literami „s”.Nie mam jednak czasu zastanawiać się nad nazwą. Przed chwilą z głośników płynęła orkiestra witająca przyjezdnych, teraz rozlega się syrena. Po chwili kobiecy głos informuje:– Uwaha! Ohołoszeno powitrianu trywohu! Uwaga. Ogłoszono alarm.Czytaj też: Znajdowała się w wielu domach. Jej projektanci w nagrodę dostali... telefonCórka ma dwa i pół rokuJeszcze tego samego dnia muszę dostać się do Izmaiłu. To około dwustu pięćdziesięciu kilometrów drogi, poprzecinanej blokpostami i biegnącej przez fragment Mołdawii. Trzeba się więc spieszyć. Trochę na pamięć przechodzę przez ulicę na dworzec autobusowy. Alarmu jeszcze nie odwołano, wyją syreny, ale ludzie zachowują się tak, jakby nic szczególnego się nie działo. Traf chce, że stoi marszrutka, którą mogę pojechać dalej na południowy zachód, nad ukraiński brzeg Dunaju. I pół godziny później wyjeżdżam z Odessy.Od tego momentu zaczyna się seria spotkań, które ułożyła mi z Kijowa pani Iryna, współpracująca z ukraińską organizacją zrzeszającą producentów i handlowców zboża. Dzięki niej mam szczelnie wypełniony kalendarz i mogę zebrać informacje z całego łańcucha: od produkcji ziarna, przez magazynowanie i transport, po sprzedaż i wysyłkę za granicę. Ciągnie jednak wilka do lasu i każdą okazję wykorzystuję, żeby oprócz pytań o ziarno, stawki czy fracht zadawać też pytania o sprawy pozazawodowe.Podczas jednej z takich rozmów schodzimy więc z transportu i zboża na życie rodzinne. Pracownik firmy logistycznej ma dwuipółletnią córkę. Opowiada o przedszkolu i nagle okazuje się, że alarmy, które – jak mówi – potrafią w obwodzie odeskim rozbrzmiewać kilka, a czasem kilkanaście razy na dobę, można również przeliczać na całkiem inną walutę – na czas i pieniądze rodziców.Według jego relacji w publicznych przedszkolach czy żłobkach podczas alarmu dziecko trzeba odebrać, jeśli placówka nie ma odpowiedniego schronienia. A takich miejsc – jak twierdzi – jest niewiele. Rodzic może być w pracy, na spotkaniu albo kilkadziesiąt kilometrów dalej, ale to wszystko przestaje mieć znaczenie, kiedy rozbrzmiewa syrena. Ktoś musi po dziecko przyjechać.Alternatywą jest prywatne przedszkole, które ma bezpieczne miejsce albo podczas alarmu pracownicy prowadzą dzieci do takiego miejsca. Wtedy rodzic nie musi natychmiast po nie przyjeżdżać. Mój rozmówca wybrał właśnie taką placówkę. Miesięczny koszt to, bagatela, równowartość 800 euro. On może sobie na to pozwolić, ale dla ogromnej części rodzin w Odessie taki wydatek jest poza zasięgiem.Pytam dalej. Dziewczynka urodziła się już podczas pełnoskalowe wojny. Dźwięk alarmów towarzyszy jej od początku życia.– Czy wiadomo już, jak może się to odbić na jej układzie nerwowym i kondycji psychicznej?Ojciec odpowiada, że przekonają się zapewne dopiero za kilka lat.– Ale tak na zdrowy rozum, to nie może nie zostawić jakiegoś śladu – zauważa.Od tej rozmowy coraz mniej interesuje mnie pytanie, czy Ukraińcy „przyzwyczaili się” do alarmów. Można nie wzdrygać się na dźwięk syreny, a jednocześnie trudno sobie wyobrazić rodzinę, która nie podporządkowuje im, przynajmniej w jakiejś mierze, pracy, opieki nad dzieckiem czy domowego budżetu.Ale prywatnie można ryzykowaćTę zależność jeszcze wyraźniej widać w miejscach, które odpowiadają nie za jednego człowieka, lecz za dziesiątki albo setki osób. We wrześniu 2026 roku Ukraina wprowadziła dwa poziomy alarmu – czerwony i żółty. Przy niższym, żółtym, wiele firm może nadal działać; przepisy określają warunki bezpieczeństwa, a klient sam decyduje, czy zostaje. Są jednak firmy, które stosują ostrzejsze zasady. Przykładowo McDonald’s podczas alarmu zamyka lokale, a pracownicy i goście mają przejść do najbliższego schronienia.Różnicę między poziomami słychać. Przy czerwonym syrena trwa minutę, przy żółtym – trzydzieści sekund, po czym komunikat głosowy podaje poziom zagrożenia. Żółty może być ogłaszany tylko dla poszczególnych rejonów, a odwołanie alarmu przekazywane jest samym komunikatem głosowym, bez kolejnego wycia syreny. Osobnego „zielonego” czy „zerowego” poziomu nie ma – po odwołaniu alarmu wraca zwykły tryb działania.Prywatny człowiek może więc podejmować różne decyzje, także ryzykować własnym życiem. Instytucja ma znacznie mniej swobody: odpowiada również za innych i musi działać według procedur.Myślę o tym, mijając pełne ogródki odesskich restauracji, kawiarni i barów. Pod wieczór na kilku imprezowych ulicach miasta robi się naprawdę głośno: muzyka z lokali wylewa się na chodniki, ludzie tańczą, piją i śpiewają. Słyszę też, że wokół centrum handlowego Arkadia powstało osobne zagłębie rozrywkowe. Sam tam nie docieram, więc zostaję przy tym, co widzę na własne oczy. A ten obraz bardzo łatwo byłoby potraktować jako dowód, że wojna zeszła na dalszy plan albo że właściwie jej tu nie ma.Z drugiej strony ktoś może powiedzieć: nie wiesz, czy dziewczyna tańcząca przy stoliku nie ma ojca na froncie i przez kilka godzin próbuje o nim nie myśleć. Nie wiesz, czy pijany mężczyzna, który właśnie ściąga koszulkę i pokazuje bicepsy, za tydzień nie znajdzie się w okopie. I tego rzeczywiście nie wiem. Faktem jest natomiast, że co jakiś czas wyłożonymi kostką ulicami przejeżdża ciężarówka z żołnierzami, a pomiędzy muzyką z lokali znów odzywa się alarm. I znów prawie nikt nie reaguje.Noc przynosi jeszcze jeden rytm. Od północy do piątej rano w całym obwodzie odeskim obowiązuje godzina policyjna; bez przepustki nie wolno wtedy przebywać na ulicach i w innych miejscach publicznych. Po dwudziestej trzeciej restauracje i bary kończą pracę, ulice dość powoli pustoszeją. Tyle że nie całkiem. Pytam jednego z rozmówców, co dzieje się z amatorami nocnych imprez, których zatrzyma patrol.– Nic – odpowiada. – Pouczenie, spisanie i polecenie, żeby wracali do domu.Poza tym nie każdy wraca. Są lokale, które zamykają drzwi od ulicy, a impreza trwa dalej.Rozmyślam o tym, kiedy na niebie widzę rozbłyski. Po chwili przychodzi mocny huk. Przypomina mi odgłos, który słyszałem kiedyś. Na dużej budowie oderwało się rusztowanie i runęło na ziemię. Tutaj także ten hałas ma konkretny adres.15 września ataki w obwodzie odeskim uszkodziły domy oraz obiekty logistyczne, portowe i transportowe. Dzień później, podczas uderzenia dronów w samej Odessie, zginął człowiek, uszkodzone zostały garaże i samochody. Nocą z 16-17 września dron trafił w dziewiętnastopiętrowy blok; uszkodzone zostały mieszkania na czternastym, piętnastym i szesnastym piętrze, a w całym regionie rannych zostało siedem osób, w tym dzieci w wieku czterech i trzynastu lat. Następnego dnia odrzutowy dron uderzył w budynek administracyjny w centrum miasta.I wszystko to podczas mojego pobytu w Odessie.Czytaj też: Ludożercy znad Obu. Tu ludzie przestali być ludźmiEwakuacja: news nie na stronę głównąI znów wracam do wieczoru 18 września, do drugiego alarmu na odeskim dworcu. Pasażerowie pociągu Odessa-Kowel po raz kolejny muszą opuścić wagony, a mój skład nadal czeka na podstawienie. Syrena wyje przez minutę – to czerwony alarm. Postanawiam nie chojrakować i schodzę do podziemnej części dworca używanej jako schronienie.Na dole jest zaskakująco mało ludzi. W korytarzach siedzą pracownice kolei i pracownicy jednej z popularnych sieci fast foodów, ledwie garstka podróżnych, ktoś chodzi tam i z powrotem. Zwracam uwagę na kolory ścian – gdzieniegdzie lekko różowe. Takie szczegóły zwykle umykają człowiekowi na dworcu, bo patrzy przede wszystkim na tablicę odjazdów i numer peronu. Rzadko też schodzi do dworcowych katakumb.Mniej więcej w połowie długiego korytarza są miejsca, gdzie można podłączyć ładowarki. Tam siedzi kilkadziesiąt osób. Przechodząc, pociągam nosem. Oprócz perfum wyczuwam kwiatowo-sandałowe kadzidełka, takie, jakie w Polsce w latach dziewięćdziesiątych kupowało się od ulicznych sprzedawców.Na końcu korytarza uderza mnie jeszcze inny zapach. Charakterystyczna woń kału zmieszana z zapachem środków dezynfekcyjnych. Pamiętam, że w Związku Radzieckim wydawała mi się wszechobecna, czuło się ją jak kraj długi i szeroki na ulicach, w kinach, w cerkwiach, wszędzie, nie tylko w toaletach czy w szpitalach. Teraz odnajduję ją tylko tu, na końcu podziemnego korytarza odeskiego dworca.Po mniej więcej kwadransie głos z megafonu odwołuje alarm. Ludzie wracają do wagonów, pracownicy na stanowiska. Wszystko dzieje się szybko. Kółka walizek terkoczą po peronie, prowadnice stoją przy wejściach do wagonów, składy odjeżdżają. Na peron trzeci wtacza się mój pociąg. Pakujemy się w kilka minut. Zajmuję miejsce, rozkładam pościel na górnym łóżku i kładę się tak, żeby nie przeszkadzać tym, którzy ścielą posłania na dole. Mam nadzieję, że szybko zasnę.Pociąg rusza z zaledwie kilkunastominutowym opóźnieniem. Za oknem przesuwają się światła Odessy. Po wieczorze spędzonym na dworcu sam ruch składu działa uspokajająco. Jedziemy, koła stukają o szyny i człowiek odruchowo uznaje, że zagrożenie się skończyło.Po mniej więcej pół godzinie pociąg zwalnia i zatrzymuje się na niewielkiej stacji. Przez wagon przechodzi prowadnica.– Ewakuacja!Wychodzimy na zewnątrz, koniecznie bez bagaży. Każą nam odsunąć się od pociągu i przejść dalej. Jest noc, nad nami gwiazdy. Wokół ledwie kilka świateł domów, a obok ciągnie się jak wąż rząd oświetlonych okien wagonów. Za chwilę te światła zgasną. Przy dworcu wyje samotna syrena na słupie. Ludzie palą papierosy, ktoś opowiada dowcip, inni patrzą w telefony albo w niebo. Nie ma paniki. Jest raczej zmęczenie i coraz silniejsze pragnienie, żeby znaleźć się z powrotem na swoim łóżku.Po około dziesięciu minutach alarm zostaje odwołany. Wracamy do wagonów, poprawiam pościel, pociąg znów rusza. Tym razem też nie zdążę zasnąć.Nie mija dwadzieścia minut i skład ponownie hamuje. Teraz nie ma nawet peronu, nie słychać też żadnych syren. Stajemy po prostu w ciemności, wysiadamy i schodzimy z nasypu w zarośla. Stoimy tak przez kolejne dziesięć minut.Na szczęście nic nie uderza w nasz pociąg. Nie widzę zniszczonych torów, nie przyjeżdżają karetki, nikt nie zostaje ranny. Gdybym był wydawcą strony głównej portalu informacyjnego, nie zamieściłbym o tym nawet wzmianki. Nic wielkiego: pasażerom mojego pociągu dwa razy kazano wysiąść i za każdym razem pozwolono wrócić.Tyle że z takich „nic wielkiego” składa się tutaj zwykła noc.