Alfabet Oczkosia. Pan Jan Brzechwa postawił samochwałę w kącie. Niestety, nikt jej stamtąd nie zabrał, więc poczekała, aż zwolni się miejsce i dziś zasiada w Sejmie. Nawet nie musiała się przeprowadzać, bo kąt ma ten sam, tylko z lepszym oświetleniem i mikrofonem. A jak coś powie, to już powie. No właśnie… W polityce samochwała to gatunek chroniony, inwazyjny i wyjątkowo płodny. Rozmnaża się przez konferencje prasowe, żyje w symbiozie z banerem i nie ma naturalnych wrogów, bo wszyscy potencjalni wrogowie też są samochwałami. Jak to w przyrodzie: drapieżnik drapieżnikowi wilkiem nie będzie, bo mu się nie opłaca.Zasada pierwsza: sukces ma jednego ojca i to jestem JAPolityk-samochwała nie zna liczby mnogiej. Nie ma „zrobiliśmy”, jest „zrobiłem”. Chyba że trzeba się z czegoś wytłumaczyć, wtedy forma rozmytej odpowiedzialności zbiorowej, czytaj nieustalonej, jest jak najbardziej dopuszczalna w formie „my”. Ale to jedyny wyjątek. Jeśli w powiecie stanął nowy przystanek, poseł osobiście trzymał poziomicę. Jeśli otwarto obwodnicę, to on ją wymyślił, choć plan powstał za poprzedniej kadencji, pieniądze przyszły z Unii, a wykonawca wygrał przetarg, gdy poseł dopiero uczył się obsługiwać Facebooka. Wstęgę przecina ten, kto ma szerszy uśmiech i szybciej dobiegł do nożyczek. To jedyna dyscyplina olimpijska, w której Polska jest w czołówce bez dopingu.Klasyka gatunku: na placu budowy zjeżdżają się cztery ekipy polityczne, każda z własną kamerą. Robotnicy w kaskach stoją w tle jak rekwizyt, chociaż to oni akurat cokolwiek zbudowali. Potem każda ekipa wrzuca film „Dotrzymałem słowa”. Słów było tyle, że jakieś musiało się sprawdzić. Statystyka nie kłamie.Zasada druga: kto pierwszy nazwie, ten wynalazł i to jestem JAPolska scena polityczna wyniosła tę technikę do rangi sztuki użytkowej. Weźmy 500+. Rządzący wtedy PiS opowiadał, że wymyślił dzieci, a przynajmniej ich finansowanie. Potem przyszły wybory 2023 i dostaliśmy 800+, czyli licytację, w której obie strony przekonywały, że pieniądze dla rodziców to ich osobista zasługa, a ta druga tylko przeszkadza. To trochę jak kłótnia dwóch panów o to, który z nich urodził dziecko. Podatnik, który to wszystko sfinansował, dostał w podzięce tyle zasług, że może otworzyć skup zasług czynny całą dobę.Czytaj też: Manipulacja, czyli sport, w którym jesteśmy mistrzami świataAlbo „Polski Ład”. Nazwa brzmiała jak epokowy projekt cywilizacyjny, a skończyło się tym, że księgowe w całym kraju modliły się do arkusza kalkulacyjnego z tekstem „zgiń, przepadnij”, a rząd łatał własny pomysł kolejnymi poprawkami. To mistrzostwo: pochwalić się reformą, a potem samemu ją reformować. Taki remont, w którym ekipa przychodzi naprawiać to, co zbudowała dwa tygodnie wcześniej i jeszcze wystawia fakturę za dodatkowe prace i straszy inwestora. Klasyczne działanie na „wydrę”.Z drugiej strony barykady mamy „100 konkretów na 100 dni”. Marketingowo genialne, bo nic tak nie ułatwia życia opozycji, jak wypisanie sobie wprost, co trzeba było zrobić. Potem przychodzi rozliczanie i okazuje się, że „konkret” to pojęcie mocno elastyczne, prawie jak guma w gaciach. Jedne konkrety zrealizowano, inne są „w toku”, a jeszcze inne, jak wyjaśniono, „miały charakter symboliczny”. „Symbolicznie” to w polityce słowo-wytrych, obok „w odpowiednim czasie”, „po analizie”, „wobec” i „niezwłocznie”. To ostatnie znaczy dokładnie tyle, co „kiedyś, jak nikt nie będzie patrzył”.Zasada trzecia: jak sukces jest wspólny, to kłótnia będzie osobista i w tym też jestem JANajpiękniej robi się, gdy o autorstwo tej samej rzeczy walczą dwie przeciwne strony. Centralny Port Komunikacyjny: jedni go wymyślili, drudzy przejęli, trzeci rewidują, a wszyscy razem twierdzą, że to oni najbardziej dbają o polskie niebo. Lotniska jeszcze nie ma, ale ojców założycieli mamy już więcej niż pasażerów kiedykolwiek będzie. Można ich wpuszczać na pokład pojedynczo, według stopnia zasług.Tak samo z granicą wschodnią: jedni budowali zaporę, no dobra płot, drudzy zbudowali zaporę i ogłosili tarczę i każdy pokazuje palcem „to moje”. Rozumiem to ludzkie pragnienie posiadania. Tylko że w tej licytacji nikt nie pyta, czy to działa. Ważne, kto się sfotografował na tle betonu.Beton jest zresztą wdzięcznym modelem, bo nie mruga i nie zadaje pytań. I awansował ostatnio do stopnia generała.Czytaj też: Dziś Sokrates nie przetrwałby pierwszego cyklu newsowegoZasada czwarta: państwo to Ja, budżet to Nasz, chwała to MojaOsobna gałąź gatunku to kolekcjonerzy cudzych wieńców laurowych. Spółki Skarbu Państwa sponsorują wszystko, co się rusza i kilka rzeczy, które się nie ruszają. Weźmy fundację o nazwie Polska (jak najbardziej), Fundacja (a i owszem), Narodowa (bo jakże by inaczej). Logo pojawia się na każdym evencie, a wraz z nim znajomy aktywista i poseł, ewentualnie senator z okręgu, który „przyczynił się do rozwoju marki Polska”. Marka Polska tymczasem pyta, gdzie jest ten jacht żaglowy, co to miał pływać po morzach i oceanach, i dodam: nie pod wodą.Zasada piąta: Ameryka, gdzie wszystko jest największe, także Ego, wiadomo czyjeA teraz spójrzmy za ocean, bo tam samochwalstwo jest sportem narodowym, Biały Dom to stadion, a właściwie oktagon. Donald Trump zbudował markę na superlatywach. Wszystko u niego jest największe, najpiękniejsze i takie, jakiego świat jeszcze nie widział. Buduje wieżowiec? Z nazwiskiem na froncie. Rozdaje pieniądze podatników? Z podpisem na czekach, bo pieniądz bez autografu ma w Ameryce mniejszą siłę nabywczą. W 2019 roku pokazał mapę trajektorii huraganu Dorian z dorysowanym flamastrem fragmentem, żeby jego wcześniejsza wypowiedź o zagrożeniu dla Alabamy jednak się zgadzała. To już nawet nie samochwalstwo, tylko retusz meteorologii w czasie rzeczywistym. Natura nie wygrała, ale przynajmniej mapa miała rację.Ostatnio ten sam styl znalazł nowy obiekt zainteresowania: kończenie wojen. Trump chętnie i głośno podkreśla, ile ich zakończył, w tempie, którego nie powstydziłby się punkt skupu złomu. Do tego dochodzi kampania o Pokojową Nagrodę Nobla, prowadzona z energią, o jakiej komitet noblowski może tylko pomarzyć. Zwykle laureat czeka na telefon z Oslo. Tutaj jest odwrotnie: to telefon czeka, jak Oslo zadzwoni.Szczególnie zabawnie robi się przy cłach nakładanych na kogo popadnie i w dowolnej wysokości. Oczywiście tych wspaniałych ceł. Dorzućmy „sukces" w pewnej cieśninie, który podniósł ciśnienie w trzech czwartych krajów świata, a wychodzi wyższa szkoła jazdy: jest coraz lepiej, mimo że jest coraz gorzej. Czego tu nie rozumiesz?Zasada szósta: nawet porażka może być sukcesem, oczywiście MoimPrawdziwy mistrz chwali się nawet klęską. W noc wyborczą partia traci połowę mandatów, a sztab ogłasza „wielki sukces mobilizacyjny”. Fakt, mobilizacja była imponująca, tyle że głównie przeciwników. Poparcie spada z 30 do 20 procent? „Stabilizacja na wysokim poziomie". Rośnie z 4 do 5? „Historyczny skok o 25 procent”. Matematyka w polityce ma tę zaletę, że każdy wynik da się ubrać w takie proporcje, żeby błyszczał. To jedyna dziedzina, w której dwa plus dwa wychodzi tyle, ile potrzeba na konferencję.Czytaj też: Od zawsze kupuje się elektorat, zmieniła się tylko walutaZamiast puenty: może Ja?Samochwalstwo to nie wypadek przy pracy tylko model biznesowy. Wyborca nie ma czasu czytać programów, więc politycy uznali: skoro nikt nas nie pochwali, chwalimy się sami i to często. A ponieważ nikt nie sprawdza referencji, skoro wystawia je sam zainteresowany, system działa jak szwajcarski zegarek, tylko że reklamowany jako polski wynalazek. Swoją drogą: o co chodzi z tymi zegarkami?S jak Samochwała. Bo jak się nie pochwalisz, to kto? Wyborcy? No właśnie. Oni mają za mało czasu, za mało banerów i coraz mniej cierpliwości.