Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Prawicowe media węszą spisek, by jakoś wytłumaczyć ograniczenia w serwowaniu kotletów w szkolnych stołówkach. Wiadomo, że jedynie lewacy żywią się strączkami, zatem więcej niż pewne, że za dietą roślinną, która ma stanowić oś żywienia dzieci, stoi ktoś, kto chce najmłodszych indoktrynować. Zacznę od tego, że jestem fanką zwiększania ilości warzyw, czy ogólnie zmieniania szkolnych dań na te zdrowsze, lepsze, bardziej sprzyjające rozwojowi dzieci. Jestem za ograniczaniem słodkich kompotów, soli, smażenia. Jestem przeciwniczką obdarowywani dzieci przy byle okazji metrowymi czekoladami, bombonierkami, lizakami i cukrem w jeszcze innej postaci. Bo prezentu na Dzień Dziecka w postaci dwóch czekolad jako dodatków do obiadu moim zdaniem racjonalnie wytłumaczyć się nie da. A sama widziałam takie obrazki.Nie ma sensu przypominać chyba nawet danych mówiących o tym, że polskie dzieci tyją na potęgę. Mam wrażenie, że przez lata wszyscy powinniśmy oswoić się z tą wiedzą.Zatem skoro jestem za zmianami, skoro idea wprowadzenia nowych odcieni zieleni do szkolnych stołówek tak mi się podoba, siłą rzeczy, zanim moje dziecko po raz pierwszy spróbowało stołówkowych dań w wersji vege lub prawie vege, dość optymistycznie podeszłam do szeroko omawianego w mediach tematu pt. dieta planetarna.Ale dziś, jako mama, zatroskana o zdrowie mojego dziecka – co podkreślam, by uniknąć niedomówień – dochodzę do wniosku, że zmiana sposobu żywienia w polskich szkołach jest najwspanialszą ilustracją związku frazeologicznego „wylać dziecko z kąpielą”.Nie chcę się wpisywać w całą tę dyskusję, która przeszła przez media społecznościowe i oparta była na absurdalnych stwierdzeniach mówiących o tym, że trwa eksperyment na dzieciach, że dzieci będą teraz cierpieć z powodu niedoborów żywieniowych, że forsuje się weganizm, bo przecież dzieci mają prawo do mielonego, a zły rząd im to prawo siłowo odbiera (treści dezinformacyjne dotyczące diety planetarnej w szkołach wygenerowały milionowe zasięgi w samym tylko serwisie X – wynika z informacji przekazanych PAP przez analityczkę NASK, Katarzynę Lipkę).Zupełnie nie o to mi chodzi. Spontaniczna zmianaPo prostu zastanawiam się, dlaczego po raz kolejny wprowadzono zmiany, bo za nimi i owszem idą mocne argumenty, ale wprowadzono je w mojej opinii dość spontanicznie, nie stawiając na to, by zanim dzieci podejdą z tacką do okienka, w którym wydawane są posiłki, ktoś nauczył się, o co w tych całych strączkach chodzi i jak je przyrządzać, by kochający schabowego szóstoklasista – zechciał sięgnąć po ciecierzycę.Każdy, kto próbował zmienić dietę z mięsnej na roślinną wie, że na początku tej zmianie towarzyszyć może ciąg smakowych niepowodzeń, testów dotyczących konsystencji dań, ich doprawienia, walorów estetycznych. Poza tym, to oczywiste, że większość dzieci w wieku szkolnym do tej pory nie miała do czynienia z bogatymi w wartości spożywcze strączkami. Trudno więc oczekiwać, że dzieciaki od razu będą szturmować stołówki z nadzieją na repetę. Jest wręcz odwrotnie. Stołówkę zaczynają omijać, bo żaden z proponowanych smaków nie przekonał ich do choćby podejmowania prób.Nie dziwią mnie pojawiające się w sieci filmiki, na których widać jak panie pracujące w szkolnych stołówkach odbierają od uczniów zupełnie nietknięte dania. Nie dziwią mnie pytania o skalę marnotrawstwa, bo wystarczy krótka sonda zrobiona wśród znajomych rodziców dzieci w wieku szkolnym, by dowiedzieć się, że ich dzieci twierdzą, że obiadów nie da się jeść. Bo kto by jadł niedoprawiony makaron z ciecierzycą? Albo inne mamałygi stojące strączkami? Od nauczycieli, z którymi rozmawiałam, usłyszałam, że młodsze dzieci chodzą głodne (wbrew obiegowej opinii, że głodny człowiek wszystko zje!), te z wybiórczością pokarmową są skazane tylko i wyłącznie na kanapki z domu, zaś przedstawiciele klas starszych w ramach zdrowego żywienia zaraz po opuszczeniu murów szkoły kierują się do sklepów z zielonym płazem w nazwie, by najeść się serwowanymi w nich hot-dogami.Dziś od jednej z mam usłyszałam też, że zastanawia się, czy ludzie stojący za dietą planetarną w polskich szkołach zechcieliby przyjąć zaproszenie na obiad do jakiejś podstawówki, posmakować frykasów, którymi gardzą dzieci. Może solidna porcja kontaktu z rzeczywistością pozwoliłaby wyciągnąć wnioski, że na przyszłość dietetyczne rewolucje lepiej poprzedzać licznymi testami, które dałyby odpowiedź na pytanie, czy to, co dzieci powinny jadać dla zdrowia, w ogóle jest zjadliwe.Czytaj też: „Sojowy zamiast schabowego”. Awantura o nowe zasady żywienia uczniów