Złamał zasady bezpieczeństwa. Samolot linii lotniczych KLM, który leciał z Amsterdamu do Curaçao, musiał zawrócić – i to kilka godzin po starcie. Okazało się, że na pokładzie zapalił się i wybuchł powerbank, który znajdował się w bagażu jednego z pasażerów. Lot KL735 nie należał do udanych. Samolot, zamiast dotrzeć bezpiecznie do celu, musiał zawrócić na lotnisko Schiphol w Amsterdamie. Po kilku godzinach lotu na pokładzie samolotu doszło bowiem do zapłonu przenośnej ładowarki jednego z pasażerów. Na razie nie wiadomo, co dokładnie spowodowało awarię urządzenia.Holenderski portal NU.nl ustalił, że przenośna ładowarka należała do byłego dyrektora linii lotniczych KLM Camiela Eurlingsa w latach 2013-2014. Jak wskazuje holenderskie medium, od byłych dyrektorów oczekuje się lepszej znajomości przepisów obowiązujących na pokładzie samolotów.Powerbank zapalił się w samolocie. „Słyszalny huk”„Obowiązują specjalne zasady dotyczące przewożenia powerbanków. Podróżni mogą przewozić w bagażu podręcznym maksymalnie dwa powerbanki o pojemności nieprzekraczającej 100 watogodzin. Powerbanki muszą znajdować się w zasięgu wzroku podróżnego i nie wolno ich przechowywać w schowkach bagażowych nad siedzeniem. Nie wolno ich używać ani ładować na pokładzie” – wskazał portal.Dziennikarze ustalili, że były dyrektor „podobno zasnął podczas ładowania powerbanku”. Według świadków urządzenie „eksplodowało, powodując słyszalny huk”.Zobacz też: Potężny huk nad Polską. To nie był wybuch, tylko „sonic boom”