Dwanaście godzin nad ziemią. Pod koniec XIX wieku przemysł cukrowniczy w Danii rozwijał się tak szybko, że zaczęło brakować ludzi do pracy na polach. Plantatorzy szukali ich coraz dalej od własnego kraju i w końcu dotarli do Galicji. I tak w 1893 roku przyjechała do Danii pierwsza duża grupa Polek. Miały pracować przez kilka miesięcy i wrócić do domu. Początkowo budziły ciekawość, ale też bywały wyśmiewane i traktowane jak „tania konkurencja”. Z czasem Duńczycy sami jednak przyznali, że ich rolnictwo i rozwój wysp wiele tym kobietom zawdzięczają. Duńczykom zabrakło Szwedek W latach 1873-1912 w Danii powstało dziewięć cukrowni, z czego cztery na wyspie Lolland. Wraz z zakładami szybko rosła powierzchnia pól buraczanych. Uprawa wymagała jednak wielu pracowników, a wśród miejscowych chętnych szybko zaczęło brakować. Najpierw sprowadzali młode Szwedki. Później zwrócili się ku Niemcom, ale i tam coraz trudniej było znaleźć kobiety gotowe spędzać sezon na polach buraczanych. Niemieccy pośrednicy ruszyli więc dalej na południowy wschód i dotarli do Galicji, jednego z najbiedniejszych regionów monarchii austro-węgierskiej. Różnica w zarobkach była wystarczająco duża, żeby wyjazd się opłacał. Za pieniądze, które w Danii nie dawały dostatniego życia, w galicyjskiej wsi można było kupić ziemię, wyremontować dom i powiększyć gospodarstwo. Te kilka miesięcy ciężkiej pracy stawało się więc dla młodej kobiety szansą na zarobienie sumy, której w rodzinnej wsi nie zdobyłaby tak szybko. 19 kwietnia 1893 roku do portu Gedser na wyspie Falster dotarło około 400 osób z ziem polskich, przede wszystkim młodych kobiet. Wyglądały na tyle inaczej od miejscowych, że na nadbrzeże przyszli gapie, żeby je oglądać. Jedna z kobiet później opisywała mężowi drogę, jaką przebyła: przez Tarnów, Kraków i Mysłowice, a następnie dalej na północ. W liście szybko przeszła jednak do spraw, które najwyraźniej interesowały ją bardziej niż pokonywane kilometry. Pytała, czy zaczęła się już praca w polu, przypominała mężowi, że pod jej nieobecność „to i ty musisz sobie gnój wywieść”, i prosiła, żeby przy dobrej pogodzie przesuszył jej chusty. Czytaj też: Wrzesień 1939 roku oczami podlaskich dzieci. Innego końca świata nie było„Obiecują złote góry” Zanim Polka dotarła na duńskie pole, przechodziła przez system rekrutacji. Ważną postacią był tu Aufseher, czyli nadzorca, często Niemiec. To on nawiązywał kontakt z pośrednikami, którzy wyszukiwali ludzi w Galicji, organizował podróż, a po przyjeździe uczestniczył w nadzorowaniu pracy i rozliczeniach. Dawało to Aufseherowi bardzo silną pozycję. Młoda Polka nie znała duńskiego, rzadko kiedy mówiła też po niemiecku. Człowiek, który znał trasę, warunki zatrudnienia i zasady rekrutacji, miał więc ogromną przewagę nad nastolatką wyjeżdżającą po raz pierwszy tak daleko od domu. Jedna z kobiet w liście ostrzegała nawet rodzinę przed agentami działającymi już w Galicji. Pisała, że przedstawiają różne kontrakty, „obiecują złote góry”, pobierają pieniądze i prowadzą dziewczęta do Mysłowic. Tam przekazują je kolejnym pośrednikom, a sami wracają. Nie każdy werbunek był oszustwem i nie każdy nadzorca źle traktował Polki. Problem polegał przede wszystkim na tym, że jedna strona wiedziała niemal wszystko, a druga rzucała się w nieznane i wyruszała w podróż życia. Urzędowe dokumenty pokazują liczbę przyjezdnych, stawki i warunki umów, natomiast z korespondencji dowiadujemy się, jakie były pierwsze wrażenia i obawy oraz co naprawdę zajmowało same kobiety. Pisały, kto je odebrał, gdzie śpią i co dostały do jedzenia. Relacjonowały też swój pierwszy dzień pracy. Dwanaście godzin nad ziemią Na archiwalnych fotografiach widać Polki stojące w długich rzędach, ubrane w chustki i fartuchy, mocno pochylone ku ziemi. Wiosną i latem przerywały młode rośliny i usuwały chwasty, jesienią przychodził czas zbioru. Do wyciągania buraków używały między innymi charakterystycznych dwuzębnych narzędzi nazywanych „widłami diabła”. Później oczyszczały korzenie i odcinały liście. Dzień zaczynał się około szóstej rano, a kończył zwykle około 18.00-18.30. Polki miały przerwy na posiłki, ale przez większą część dnia stały pochylone nad burakami. W kontraktach pojawiał się nawet zakaz pracy na siedząco i na kolanach, ponieważ w takiej pozycji łatwiej było uszkodzić rośliny, ale też łatwiej było kontrolować grupę pracującą w równych rzędach. Stawki zależały od rodzaju wykonywanej pracy i części sezonu, ale w zachowanych zestawieniach znajdziemy wynagrodzenia nieprzekraczające 1,50 korony dziennie. Jedna Polka mogła przez cały sezon zarobić około 257 koron. Oprócz pieniędzy otrzymywała mleko i ziemniaki, a część należności wypłacano jej dopiero pod koniec sezonu. O wartości tych zarobków trochę mówi zachowany rachunek z tamtych czasów. Masło kosztowało 1,18 korony, kawa 1,28, a pół bochenka żytniego chleba 32 øre. Za te trzy produkty trzeba więc było zapłacić 2,78 korony, czyli mniej więcej tyle, ile kobieta zarabiała przez dwa dni. Polki mieszkały w dużych kwaterach określanych mianem Polakkaserne – polskich koszar. Na wyspie Lolland powstało około trzydziestu takich budynków, zwykle w pobliżu majątków i pól, ale w pewnym oddaleniu od zabudowań Duńczyków. Miało to między innymi ograniczać kontakty między sezonowymi przybyszkami a miejscową ludnością. W budynku na dole znajdowały się kuchnia, jadalnia i pomieszczenia nadzorcy, a wyżej zbiorowe sypialnie. Takie warunki nie każdej przyjezdnej wydawały się złe. Jedna z kobiet z wyraźnym zadowoleniem pisała o osobnym miejscu do spania i jedzenia, pralni oraz baliach, po czym podsumowała: „cała wygoda asż miło”. Inna cieszyła się z łóżka, ziemniaków i codziennego mleka. Rodzinie donosiła też, że w Danii „sniegu niema nic tylko czasem wielkie wiatry”. Z perspektywy biednej galicyjskiej wsi to, co dziś może wyglądać na skromne warunki zbiorowej kwatery, nie zawsze musiało oznaczać pogorszenie życia. Czytaj też: Bułgaria, czyli… Polska z innego uniwersumJeśli zbierać na kościół, to tylko w Polsce Po pracy zostawało ledwie kilka godzin przed snem i trudno było cokolwiek przedsięwziąć, kiedy zmęczone ciało domagało się odpoczynku. Dopiero niedziela dawała możliwość wyrwania się z kieratu pola i kwatery. Dla wielu Polek naturalnym kierunkiem był kościół, tyle że szybko pojawiał się problem. Przyjeżdżały z katolickich miejscowości, tymczasem Dania była krajem zdecydowanie luterańskim. Katolickich świątyń było niewiele, a duchownych znających polski jeszcze mniej. Władze kościelne próbowały temu zaradzić i w 1894 roku skierowały do Maribo na Lolland duńskiego księdza Edvarda Ortveda. Duchowny nauczył się polskiego i zaczął zajmować się sezonowymi przybyszkami. Na tym nie poprzestał. Kiedy część robotnic po zakończeniu prac wracała do rodzin, Ortved ruszał za nimi na ziemie polskie i zbierał pieniądze na kościół, który miał powstać w Danii. Kobiety jechały z biednej Galicji zarabiać w zamożniejszym kraju, a na budowę świątyni dla nich kwestowano właśnie w miejscach, z których wyjechały. Ortved szukał podczas tych podróży pomocy również u hierarchów kościelnych. Krakowski biskup Jan Puzyna przekazał mu relikwie świętych Stanisława, Wojciecha i Jadwigi, a w Poznaniu ksiądz kupił monstrancję. Wyjazdy do rodzinnych ziem parafianek powtarzał kilkakrotnie. Ostatecznie w 1895 roku udało się kupić działkę w Maribo. Dwa lata później, 15 sierpnia 1897 roku, konsekrowano kościół św. Brygidy i św. Stanisława, zaprojektowany przez Henrika Christophera Glahna. Sezonowa społeczność, która miała pojawiać się w Danii tylko na kilka miesięcy, dostała własną świątynię. We wnętrzu znalazł się drewniany kasetonowy strop, nietypowy dla duńskich świątyń. Zapewne podczas którejś z podróży, gdzieś pod Nowym Sączem albo Gorlicami, Ortved wszedł do miejscowego kościoła i zobaczył podobny sufit. Mógł pomyśleć o swoich polskich parafiankach, które w rodzinnych miejscowościach podczas mszy podnosiły głowy właśnie ku takim drewnianym kasetonom, i zapragnąć przenieść choć cząstkę znajomej im architektury do Maribo. „Przyjechali tu jako łamistrajki” Liczba Polek w Danii rosła szybko. W 1911 roku przyjechało około 10 tysięcy osób z ziem polskich, z czego niemal połowa trafiła na Lolland i Falster. Wiosną 1914 roku było ich już około 14 tysięcy. Przy takiej skali zaczęły wyraźnie wpływać na miejscowy rynek pracy. Plantatorom były potrzebne, ale duńscy robotnicy coraz częściej widzieli w nich konkurencję. Obawiali się, że pojawienie się ludzi gotowych pracować za mniej da właścicielom majątków argument, by także im obniżać wynagrodzenia albo ograniczać ich prawa. W jednym z tekstów sprzed ponad stu lat autor zaznaczał, że nie nienawidzi samych przybyszy, ale ostro atakował przedsiębiorców, którzy ich sprowadzali. O Polakach pisał, że „przyjechali tu jako łamistrajki”, i ostrzegał, że jeśli nic się nie zmieni, duńską ziemię będą w przyszłości uprawiać przede wszystkim cudzoziemcy. W ówczesnej Danii nie był to jednak wyłącznie konflikt narodowościowy. Duński pracownik mógł uważać Polkę za konkurentkę, a jednocześnie mieć interes w tym, aby była lepiej wynagradzana. Im mniej można było zaoszczędzić na zatrudnieniu przybyszek, tym mniejsza była pokusa, żeby zastępować nimi miejscowych. Sposób zatrudniania Polek zaczęli więc kwestionować i nagłaśniać działacze społeczni oraz politycy, między innymi socjaldemokrata Peter Sabroe. W 1908 roku przyjęto przepisy dotyczące zagranicznych pracowników, powszechnie nazywane Polakloven – prawem Polaków. Nowe zasady wymagały między innymi sporządzania umów po duńsku i po polsku. Kwatery robotnic mogły odtąd kontrolować miejscowe władze lub policja. Pomiędzy właściciela majątku, pośrednika i Polkę wkroczyło więc państwo. Zachowany kontrakt z 1921 roku, zawarty pomiędzy przedsiębiorstwem De Danske Sukkerfabrikker, majątkiem Lungholm i pięcioma Polkami, pokazuje, jak wyglądały te zmiany w praktyce. Dokument sporządzono w dwóch językach, a do jego podpisania potrzebne były paszport, świadectwo zdrowia, zaświadczenie policyjne oraz potwierdzenie szczepienia. Umowa określała również zasady pracy i zwrotu kosztów podróży. Czytaj też: Ludobójstwo czy tragedia? Wołyń i dwie lekcje historiiMiały wrócić jesienią, sny mówiły: nigdy Wiosną przyjazd, kilka miesięcy pracy, jesienią wypłata i powrót do Polski. Następnego roku ta sama kobieta mogła przyjechać raz jeszcze albo na jej miejsce pojawiała się kolejna. Tak przynajmniej miał działać cały system. Tyle że prywatne listy pokazują, że życie nie zawsze mieściło się w tym schemacie. Jedna z Polek pisze ukochanemu, że bardzo za nim tęskni i z innymi chłopakami nie chce „zadzirać”. Zaraz potem opisuje sen, w którym pojawiają się między innymi dziury w nowych pończochach, które zrobiła sobie już w Danii. Na jawie broni się więc przed myślą, że dawne relacje mogłyby się zmienić. Sen jest mniej uporządkowany i wpuszcza do jej świata przedmioty oraz doświadczenia należące już do nowego życia. Te nowe pończochy są drobiazgiem, ale można w nich dostrzec coś symbolicznego: jedną nogą kobieta pozostaje jeszcze w domu, drugą stoi już w Danii. I właśnie tam pojawiają się nowe znajomości, przyjaźnie i związki. Z czasem coraz więcej Polek wymykało się rytmowi sezonowej migracji. Wracały do Danii przez kilka lat, poznawały miejscowych, zawierały małżeństwa, wspólnie kupowały niewielkie domy albo trochę ziemi. Nie było to jednak łatwe, ponieważ prawo pobytu przez długi czas wiązało się z zatrudnieniem. Utrata pracy mogła oznaczać konieczność opuszczenia kraju. Mimo to w Danii na stałe osiadło około 3,5-5 tysięcy Polaków. Zmieniała się również sytuacja zawodowa. Po 1920 roku Polki zaczęły otrzymywać wynagrodzenie zgodne z układami zbiorowymi, takie jak Duńczycy wykonujący tę samą pracę. Tym samym sprowadzanie kobiet z Galicji przestawało być dla plantatorów tak opłacalne i w 1929 roku regularny system rekrutacji z Polski zakończono. Na wyspach mieszkały już wtedy całe polsko-duńskie rodziny. Obok kobiet, które przyjechały jako bardzo młode pracownice, dorastało następne pokolenie. Dla części z nich sezonowy wyjazd zmienił się więc w emigrację. Proces ten dobrze ilustruje historia dzieci. Przez wiele lat pomagały rodzicom podczas prac polowych, aż w 1950 roku utworzono pierwsze tak zwane przedszkole buraczane, gdzie można było zostawić najmłodszych na czas pracy dorosłych. Historia zaczęła więc dotyczyć już nie tylko kobiet, które przyjechały z Galicji, ale także ich rodzin urodzonych i wychowanych w Danii. Pomnik, muzeum i schron W Sakskøbing stoi pomnik Roepiger – „buraczanych dziewcząt” – autorstwa Gottfreda Eickhoffa. Przedstawia dwie kobiety pracujące przy burakach i został odsłonięty w 1940 roku, niespełna pół wieku po przyjeździe pierwszej dużej grupy Polek. Sam fakt wystawienia pomnika pokazuje, jak bardzo zmieniła się pamięć o kobietach, które wcześniej przedstawiano jako „tanią konkurencję” i nazywano łamistrajkami. Nie znaczy to oczywiście, że wszystkie uprzedzenia zniknęły. Zmieniło się jednak miejsce Polek w opowieści o regionie: z obcych sezonowych pracownic zaczęły stawać się częścią jego historii. W 2015 roku przy rzeźbie odsłonięto tablicę, na której Roepiger nazwano symbolem historycznych związków pomiędzy społeczeństwami polskim i duńskim. Podobny proces zachodził w Tågerup. Z dawnych Polakkaserne ocalał właściwie tylko jeden budynek, który po zakończeniu epoki masowych przyjazdów służył innym mieszkańcom i organizacjom, a z czasem coraz bardziej niszczał. Na początku lat 80. zainteresował się nim miejscowy dziennikarz Torsten Elsvor i w 1984 roku z jego inicjatywy powstała organizacja, która postanowiła dawną kwaterę uratować. W remont włączyli się miejscowi rzemieślnicy, firmy i prywatni darczyńcy. 29 listopada 1987 roku otwarto tam muzeum – Izbę Polską. Z czasem współtwórcą tego miejsca stał się Marek Kocuba, Polak, który osiadł w Danii w drugiej połowie lat 80. Razem z Elsvorem zbiera pamiątki, dokumenty i wspomnienia, tworzy ekspozycję, organizuje wydarzenia i pilnuje, żeby historia „buraczanych Polek” nie zniknęła wraz z ostatnimi świadkami. Kolekcja nadal się rozrasta, część materiałów trafia do internetu, a potomkowie dawnych robotnic przekazują rodzinne fotografie, dokumenty i nowe opowieści. Izba Polska nie jest więc muzeum, do którego raz wstawiono gabloty i pozostawiono zbiory za szkłem, żeby się nie kurzyły. Jeśli będziecie zatem na duńskiej wyspie Lolland, zajedźcie do Tågerup. Można nie tylko zwiedzić muzeum, ale i zrobić piknik przy stojących obok stołach, a nawet przenocować w ustawionym nieopodal szelterze – prostym drewnianym schronie noclegowym, ale z niezbędną infrastrukturą, jednym z wielu tworzących w Skandynawii rozbudowaną sieć miejsc do spania na łonie natury. Przy muzeum można więc spać wśród pól, rozpalić ogień i rano znaleźć się kilka kroków od miejsca, w którym ponad sto lat temu mieszkały polskie dziewczęta od buraków. Czytaj też: Pakt Ribbentrop-Mołotow oczami Polaków, Rosjan i… Białorusinów