Wywiad z Agnes Obel. Agnes Obel, duńska kompozytorka, pianistka, wokalistka i producentka, od lat tworzy muzykę nieco osobną: zawieszoną między kameralnym minimalizmem, elektroniką i klasycznym fortepianem. Artystka po kilku latach przerwy powraca z albumem „The Meaning of Flowers”. To płyta powstała w czasie głębokiej osobistej przemiany po narodzinach jej pierwszego dziecka. Agnes Obel serwuje słuchaczom album, który brzmi raczej jak wrześniowy, rześki poranek, niż jesienny wieczór! W rozmowie z Mateuszem Baranem artystka opowiada o tym, jak zmienia się mózg, o doświadczeniu narodzin jako filozoficznej idei nowego początku, inspiracji Hannah Arendt i poczuciu więzi ze światem. Rozmawiamy też o macierzyństwie, pojęciu, którego sama Obel woli unikać oraz o niedoskonałości, technologii i muzyce w czasach sztucznej inteligencji. Album ukazał się dzisiaj i jest już dostępny w serwisach streamingowych. Mateusz Baran: Twoja muzyka była dotychczas skierowana do wewnątrz, to muzyka zdecydowanie introspektywna. Tymczasem album „The Meaning of Flowers” wydaje się być zmianą tego kierunku. Wiele się zmieniło, zostałaś mamą. Czy zmieniło to sposób, w jaki patrzysz na siebie, świat i samą muzykę?Agnes Obel: Tak, zdecydowanie.Praca nad tym albumem zaczęła się właściwie wraz z początkiem pandemii. Miałam wyruszyć w trasę z „Opia”, ale wszystko zostało odwołane. Wróciłam więc do domu, do studia, i zaczęłam pracować nad nową płytą, bo kiedy nie wiem, co robić, jedyną rzeczą, którą naprawdę potrafię, jest tworzenie muzyki. A potem nagle zaszłam w ciążę.Na początku właściwie myślałam, że mam Covid. Kiedy jednak okazało się, że jestem w ciąży, niemal od razu poczułam, że mój mózg zaczyna się zmieniać. Nie wiem dokładnie, na czym to polegało, ale było to bardzo intensywne doświadczenie.Musiałam zmienić kierunek pracy. W pewnym sensie stworzyć album od nowa. Pierwszą piosenką, którą wtedy napisałam, było „The Meaning of Flowers”. Część utworów powstało w czasie ciąży, inne, między innymi „Laymelli” i „Gemini”, już po narodzinach mojej córki. Nie potrafię tego doświadczenia w pełni racjonalnie wyjaśnić. Miałam po prostu poczucie, że mój mózg się zmienia i że muszę w jakiś sposób to udokumentować.Nie wiedziałam, dokąd mnie to zaprowadzi. Po prostu czułam, że coś się dzieje.Mózg i neurobiologia zresztą zawsze Cię interesowały.Gdybym nie zajmowała się muzyką, bardzo chciałabym studiować neuronaukę. Fascynuje mnie także obszar, w którym spotykają się muzyka i mózg. Chciałabym kiedyś zrobić coś w tym kierunku…Zaczęłam więc czytać prace naukowe dotyczące tego, co dzieje się z mózgiem podczas ciąży. Okazuje się, że staje się on bardzo plastyczny, trochę jak w okresie dojrzewania. Próbowałam nawet nauczyć się gry na nowym instrumencie, jakby wykorzystać ten „nowy mózg”.Nie do końca mi się to udało, bo choć w ciąży czułam się dobrze, byłam bardzo zmęczona. Udało mi się za to napisać dużo piosenek. I one były inne. Mam poczucie, że właśnie dlatego cały album jest inny. Nie był to świadomy wybór. Po prostu nie potrafiłam już tworzyć tak jak wcześniej. I bardzo podoba mi się ta zmiana.Czy to doświadczenie zmieniło również twoje wyobrażenie o tym, czym właściwie jest bycie człowiekiem?Tak, zdecydowanie.Wiem, że ludzie mogą przeżyć coś podobnego na wiele różnych sposobów i nie muszą wcale zachodzić w ciążę. W moim przypadku jednak właśnie wtedy pojawiło się bardzo silne poczucie połączenia ze wszystkim, co wokół mnie.Nie tylko z dzieckiem, ale ze wszystkim, co żyje. Czułam głęboką współzależność i więź. Przypominało mi to teorię Gai, ideę, według której wszyscy jesteśmy częścią jednego organizmu.Dokładnie tak się wtedy czułam.Podobne myśli można znaleźć w buddyzmie, ale również w niektórych teoriach świadomości, według których wszyscy jesteśmy częścią jednej świadomości, a nasze mózgi pełnią jedynie funkcję filtrów. To bardzo przypomina moje ówczesne doświadczenie. Czułam się niezwykle silnie związana z innymi ludźmi.Dzisiaj już tak nie czuję. Nie powiedziałabym, że wróciłam do „normalności”, ale w czasie ciąży i przez mniej więcej dwa lata po narodzinach mojej córki to doświadczenie było bardzo intensywne.Sprawiło też, że zaczęłam interesować się obszarami, które wcześniej były mi właściwie obce: duchowością, nowymi nurtami filozofii, teoriami świadomości.Nigdy wcześniej nie interesowała mnie, np. duchowa poezja. Byłam osobą bardzo mocno opartą w nauce. To również się zmieniło. Czuję, że jestem dziś znacznie bardziej otwarta.Czytaj też: Nagrody Primetime Emmy rozdane. Te seriale uznano za najlepszeSłuchając tej płyty, dostrzegam również jej wymiar polityczny. W czasie pracy nad albumem ważna była dla ciebie Hannah Arendt i lektura jej myśli filozoficznej. Arendt pisała o narodzinach jako o możliwości nowego początku. Jej pojęcie „natalności” ma wymiar polityczny: narodziny nowego człowieka oznaczają możliwość, że historia nie musi podążać wciąż w tym samym kierunku. Czy taki temat i taka forma sztuki, jak twój album, są albo stają się formą politycznego komunikatu, manifestu wobec świata, w którym żyjemy?Oczywiście chciałabym, żeby tak było.Bardzo rzadko jednak zdarza się sztuka, która rzeczywiście skutecznie realizuje założoną intencję polityczną. To niezwykle trudne, ponieważ wydaje mi się, że sztuki ani muzyki nie da się łatwo instrumentalizować, podporządkować określonej funkcji, a jednocześnie zachować ich artystycznej wartości.Z drugiej strony historia zna wspaniałe przykłady utworów, które stawały się polityczne i symbolizowały zmianę. Istnieje przecież ogromna tradycja politycznej pieśni folkowej.Ja jednak nie stworzyłam tej płyty z takim założeniem. Próbowałam raczej znaleźć język dla tego, czego sama doświadczyłam, i szukałam go w różnych dziedzinach.Studiowałam kulturoznawstwo i medioznawstwo, w dość niemieckiej tradycji, bardzo mocno związanej z literaturą. Mam poczucie, że najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyły mnie studia, było prowadzenie dokumentacji, szukanie tekstów i umiejętność mierzenia się z trudną literaturą. Hannah Arendt zdecydowanie była dla mnie wyzwaniem i wielką inspiracją!Szukałam więc tekstów, które pomogłyby mi zrozumieć to moje doświadczenie. Uderzyło mnie, że przecież wszyscy zostaliśmy kiedyś urodzeni. Wszyscy byliśmy niemowlętami, wszyscy znajdowaliśmy się w czyimś ciele. W pewnym sensie wszyscy sięgamy do tego samego początku.Tymczasem w filozofii zachodniej, ale również w wielu tradycjach filozofii Wschodu, centralne miejsce zajmuje przede wszystkim śmierć.Oczywiście śmierć jest czymś fundamentalnym, ale interesujące jest to, że narodziny bardzo często traktuje się jako doświadczenie wyłącznie kobiece, choć przecież są one całkowicie uniwersalne.Jedną z niewielu osób w filozofii zachodniej, które uczyniły z narodzin kategorię filozoficzną i jednocześnie polityczną, była właśnie Hannah Arendt.Pisała „Kondycję ludzką” po II wojnie światowej, w momencie, kiedy Europa była zniszczona i zasadnicze pytanie brzmiało: jak po czymś takim można zbudować świat na nowo?Bardzo pociąga mnie obecna u niej myśl o zmianie. O tym, że potencjał zmiany tkwi w każdym człowieku, że możliwe są nowy początek i nowa nadzieja, ponieważ sami kiedyś się urodziliśmy.Nie chodzi jej wyłącznie o narodziny w sensie dosłownym. To również pojęcie metafizyczne: sam fakt, że się urodziliśmy, jest pewnego rodzaju darem i możliwością. Możemy w pewnym sensie rodzić się na nowo każdego dnia.W tym sensie Arendt przeciwstawia się również filozoficznej koncentracji na śmierci, obecnej chociażby u Hegla. Mam wrażenie, że świadomie budowała wobec niej kontrapunkt.W tym miejscu pojawia się jeszcze jedna warstwa. Kiedy mówisz o dziecku i macierzyństwie…Właściwie nie przepadam za słowem „macierzyństwo”. Wolę myśleć o tym doświadczeniu bardziej uniwersalnie.Słowo „macierzyństwo” zamyka je w kategorii kobiecego doświadczenia, a ja uważam, że podobnej przemiany może doświadczyć każdy człowiek.Istnieją badania mózgu osób, które nie były w ciąży, a mimo to po pojawieniu się dziecka doświadczały zmian neurologicznych. Mówi się między innymi o zmianach dotyczących ciała migdałowatego.Badano na przykład pary jednopłciowe, w których żadna z osób nie była w ciąży, a jednak po pojawieniu się dziecka również obserwowano zmiany w mózgu.To nie jest wyłącznie kwestia kobiecości czy biologicznego macierzyństwa. Widzę w tym raczej ludzką zdolność, pewien potencjał obecny w nas wszystkich.Dlatego sama staram się unikać słowa „macierzyństwo”.Czytaj też: Opera Narodowa w Telewizji Polskiej. Jest umowa o stałej współpracyTo bardzo interesująca perspektywa. Żyjemy jednak w konkretnych czasach, zdominowanych przez technologię, która coraz silniej organizuje nasze życie, u progu rewolucji AI, ale też czasach społecznych napięć. A twój album brzmi jak gest sprzeciwu: zaproszenie do zwolnienia, uważnego słuchania, wyłapywania detali, bycia pośród ciszy i… niedoskonałości. Czy taki sposób odczytania albumu jest ci bliski? I czy właśnie wynika z bycia mamą?Bardzo się cieszę, że to dostrzegasz, bo dokładnie tak jest.Po narodzinach córki zaczęłam znacznie bardziej akceptować własne błędy. Zrozumiałam też, że kiedy idę na koncert, interesuje mnie przede wszystkim człowiek stojący na scenie.Nie interesuje mnie playback czy inne rozwiązania stosowane po to, żeby wszystko było perfekcyjne. Bo czym właściwie jest perfekcja? Ona nie istnieje. Jest iluzją.Naprawdę interesujący jest człowiek, który znajduje się przed tobą.Podobnie myślę o albumach. Chciałabym, żeby więcej artystów wykonywało większą część pracy samodzielnie i mniej zastanawiało się nad tym, czy wszystko jest wystarczająco doskonałe.Nie twierdzę, że trzeba robić wszystko samemu. Chodzi raczej o to, by zostawić w procesie więcej siebie. Wtedy odbiorca może naprawdę poczuć, kim jest artysta.Czasem słucham płyt i mam wrażenie, że znacznie wyraźniej niż wykonawcę słyszę producenta. Potem rozpoznaję go na albumie zupełnie innego artysty. Czasem można rozpoznać nawet te same struktury akordowe, bo producent napisał znaczną część materiału.Dlatego chciałabym, żeby artyści odzyskali swój proces twórczy!W czasach AI staje się to jeszcze ciekawsze. Mam wrażenie, że w pewnym momencie nastąpi bardzo silny ruch w przeciwnym kierunku.Mam nadzieję, że ludzie zaczną tęsknić za koncertami, na których wszystko dzieje się naprawdę na żywo, być może nawet całkowicie akustycznie, za muzyką pełną błędów i nieprzewidywalności.Myślę, że AI może sprawić, że zmęczymy się perfekcyjnie wyprodukowanymi albumami popowymi.Patrzę więc na to z dużą nadzieją. Chciałabym, żeby ten zwrot nastąpił szybko, bo niezwykle ciekawi mnie muzyka, która mogłaby się z niego narodzić.Na koniec muszę zapytać Cię o syntezator basowy i o to mocne, surowe i pulsujące brzmienie, które możemy znaleźć na tej płycie. Sam mam słabość do syntezatorów. Dlaczego zdecydowałaś się pracować właśnie z niskimi częstotliwościami i syntezatorem basowym?Po prostu czułam, że niektórych z tych piosenek nie mogę napisać w sposób, w jaki zazwyczaj pracuję.Normalnie zaczynam od fortepianu, bo to mój podstawowy instrument. Tym razem jednak, kiedy siadałam przy pianinie, coś mi nie odpowiadało. Być może brzmiało zbyt pięknie.Potrzebowałam zejść gdzieś głębiej, dostać się do innej warstwy. Najlepszym narzędziem okazał się syntezator basowy.Na płycie używałam kilku różnych instrumentów tego typu i napisałam na syntezatorze basowym co najmniej trzy utwory: „Meaning of Flowers”, „Laymelli” i „Deem Me Now”.Właściwie również „No Such Thing as Silence” powstało w ten sposób, ale ostatecznie usunęłam z niego syntezator basowy i zastąpiłam go fortepianem.Kiedy usłyszałam wersję po masteringu, zdałam sobie sprawę, że wszystkie drobne detale głosu giną pod brzmieniem basu. Ale być może kiedyś wydam również te wersje. To kusząca perspektywa.ROZMAWIAŁ: MATEUSZ BARAN, TVP KULTURAAlbum „The Meaning of Flowers” miał premierę 18 września 2026 roku.