„Problem jest coraz większy”. Od wielu miesięcy jestem poniżana, pomawiana. Obce osoby mi ubliżają. Zmyślają historie. Straszą mnie i mi grożą. Dostaję nieprzychylne wiadomości. Padają niecenzuralne sformułowania i wyzwiska. Wstydzę się o nich mówić. Wiem, że brzmi to poważnie, ale nie będę udawać, że jest inaczej – mówi Sandra Mosakowska w rozmowie z TVP.Info. Twórczyni zdecydowała się opowiedzieć o nękaniu ze strony patostreamerów. Ustawa dotycząca patostreamingu ma na celu wprowadzenie odpowiedzialności karnej za niektóre formy publikowania w internecie treści pokazujących przemoc, poniżanie innych osób, przestępstwa czy przemoc wobec zwierząt.Nowe przepisy dotyczą sytuacji, gdy takie materiały są publicznie rozpowszechniane w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. Za takie zachowanie może grozić do 3 lat więzienia, a w przypadku treści pokazujących krzywdzenie dziecka kara może wynieść do 5 lat.Przepisy weszły w życie 23 sierpnia 2026 roku. Celem regulacji jest ograniczenie publikowania materiałów, w których cudza krzywda lub przemoc stają się formą internetowej rozrywki albo sposobem na zarabianie. Nie oznacza to jednak, że każde kontrowersyjne nagranie czy transmisja automatycznie jest przestępstwem. Kluczowe znaczenie mają m.in. charakter przedstawianych treści, sposób ich rozpowszechniania oraz cel działania sprawcy.Głos w tej sprawie zabrała jedna z twórczyń, która otwarcie mówi o problemie z patostreamerami.PORTAL TVP.INFO: – Czy czuje się pani ofiarą patostreamerów?SANDRA MOSAKOWSKA: – Tak. Jestem ofiarą. Patrząc na ogół twórców, z roku na rok jest coraz gorzej, chociaż widać, że platformy streamingowe pracują, by zmienić ten trend. Z moich codziennych analiz wynika, że prawo nie nadąża za twórcami „produkującymi” patologiczne treści. Wystarczy cofnąć się o dwa lata i zorientujemy się, że problem nie był aż tak rozległy.– Co ma pani na myśli, mówiąc o patologicznych treściach?– Wystarczy, że przyzwoici twórcy poczują duży dyskomfort w trakcie pracy w internecie. Wtedy bariera przyzwoitości zostaje przekroczona. Patostreamerzy nie mają skrupułów. Często wykorzystują słabości tych, którzy nie potrafią szybko i dosadnie zareagować. Sama po sobie wiem, że mam „krótki lont”. Jeśli ktoś mnie pomawia i wymyśla niestworzone historie, wiem, że moje prawa zostały naruszone. Nie zamierzam udawać, że nic się nie dzieje.– Dlaczego według pani takich treści jest coraz więcej?– Takie treści się sprzedają. Problem jest coraz większy. Monetyzacja jest kluczowa. Nie liczą się dobra osobiste innych. Nie jestem przedstawicielką sądu ani prokuratury, ale ustawa o patostreamingu w domyśle zakazuje wielu czynności, które nadal się dzieją. Póki co niewiele osób na to reaguje.– Nie zmienia to faktu, że tysiące osób na bieżąco śledzą poczynania patostreamerów...– Nadal mnie to dziwi. Martwi fakt, że coraz młodsi twórcy idą w tym kierunku. Są trochę jak gąbka. Szybko pochłaniają schematy, które powielają bardziej zasięgowi twórcy. Mówią o inspiracji, ale to już każdy powinien sam odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy warto tak postępować?”. Potencjał nowych osób w sieci szybko przepada. Wolą zmierzać w kierunku kontrowersji, wyzwisk czy wyśmiewania innych. Zasięgi i wyświetlenia zmieniły polską sieć.Czytaj także: Dramat, który zmienił lotnictwo. Samoloty zderzyły się nad Zagrzebiem– W ostatnich latach przyjęło się, że treści prezentowane w sieci powinny być przyjazne dla odbiorców (tzw. family content). Uważa pani, że trend diametralnie się zmienił?– Paradoksalnie, im twórca bardziej obraża i wyzywa innych w trakcie transmisji, tym więcej zarabia. Niestety, mało osób na to reaguje. Na hejt nie ma przyzwolenia. Na szczęście 23 sierpnia weszła w życie nowelizacja kodeksu karnego zakazująca patostreamingu. Ma pomóc chronić dobra osobiste twórców. Ludzie zachłysnęli się słowem „patostreaming”. To tyle. Brakuje osób, które mówią o tym publicznie. Nie spotkałam jeszcze osoby, która otwarcie mówiłaby o tym, że jest ofiarą takich zachowań. Strach wygrywa. Chciałabym to zmienić. Dlatego przedstawiam swoją perspektywę. Nie mam żadnego powiązania z tymi, którzy mnie atakują. Oni po prostu wykorzystują nadarzającą się okazję.– Jak wyglądały ataki, o których pani wspominała?– Od wielu miesięcy jestem poniżana, pomawiana. Obce osoby mi ubliżają. Zmyślają historie. Straszą mnie i mi grożą. Dostaję nieprzychylne wiadomości. Padają niecenzuralne sformułowania i wyzwiska. Wstydzę się o nich mówić. Wiem, że brzmi to poważnie, ale nie będę udawać, że jest inaczej.– Coś z tym pani robi?– Jestem w trakcie wyciągania konsekwencji prawnych. Chcę takim zachowaniem pokazać patostreamerom, że nie są bezkarni. Doskonale wiem, że nie jestem pierwszą tak źle potraktowaną osobą. To przykre.– Dlaczego zdecydowała się pani na tę rozmowę?– To wszystko trwa zbyt długo. Wpływa to na mój wizerunek. Im ktoś ma większą publikę, tym jego słowa więcej ważą. Patostreamerzy muszą brać odpowiedzialność za wypowiadane zdania. Wolność słowa nie oznacza braku odpowiedzialności za słowa.Czytaj także: R jak Rozum. Dziś Sokrates nie przetrwałby pierwszego cyklu newsowego– Kiedy miała pani najtrudniejszy moment w trakcie działalności w internecie?– Mój kryzysowy moment dalej trwa. Mam dość tłumaczenia innym osobom, że czegoś nie zrobiłam. Działam w mediach od lat, ale to, co się teraz dzieje, przekracza wszelkie granice. Poczułam się skrzywdzona. Niestety, w rywalizacji z liczną publiką od patostreamerów nie mam szans. Moje zdanie i prawda nie mają siły przebicia. Kłamstwo powtórzone sto razy staje się dla wielu prawdą.– Nie obawia się pani, że po publikacji tej rozmowy pojawi się jeszcze większa liczba nieprzychylnych Pani osób?– Nikt nie wiedział, że zdecydowałam się w końcu o tym powiedzieć. Biorę jednak pod uwagę, że pojawi się więcej hejterów. Poruszam kontrowersyjny temat, chociaż uważa, że po takich sytuacjach powinien być już dla wielu normalny. Nie potrzebujemy tematów tabu. Często działa znieczulica społeczna. Gdy widzimy, że komuś dzieje się krzywda, nie reagujemy. Nie pozwolę, by obce mi osoby nadal mnie poniżały. Nie mam problemu z konstruktywną krytyką, ale nie o niej tutaj mowa. Nie chodzi też o to, żeby teraz każdy prowadził transmisje na żywo w garniturze i był idealny w każdej kwestii. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma miejsca na tak wzmożony hejt w kierunku bezbronnych.– Czy konfrontowała się pani twarzą w twarz z osobami, które pani nękają?– Nie. Lincz pojawił się nagle, znikąd. Nie chciałam dawać im dodatkowej atencji. Nie usłyszałam też słowa „przepraszam”. Osoby poszkodowane mają prawa, z których mogą korzystać. Oby jak najwięcej osób zaczęło ich dochodzić. Sama od lat pracuję na wizerunek. Przygotowuję się do transmisji. Analizuję każde wypowiedziane słowo i zachowanie. Nie chcę łamać zasad i regulaminów. Być może dla niektórych to dziwne. Taka już jestem. Koniec końców, dostaję po głowie. Nie zamierzam jednak na siłę odpowiadać takim osobom w sieci. Nie jest to warte zarobienia kilkuset złotych. – Jak wzmożony hejt i groźby wpłynęły na pani codzienne życie?– Czuję się zblokowana. Gdy ponownie pojawiam się na transmisjach na żywo, da się wyczuć, że jestem zestresowana. Dodatkowo pojawiają się osoby, które wspierają twórców wyzywających mnie na co dzień. Walczę z tym, chociaż nie jest łatwo. Konsekwencje nieprawdziwych słów w moim kierunku – wypowiedzianych miesiące temu – odczuwam do teraz. Uważam, że warto zgłosić się do prawników albo mecenasów, którzy mogą pomóc w rozwiązaniu problemów. To nic złego.– Wierzy pani, że sytuacja ulegnie poprawie?– Mówiąc nieskromnie, chciałabym w jakimś stopniu zmienić świat na lepsze. Sama założyłam agencję dla twórców (VIP Live Agency – przyp. red.), którzy chcą spróbować sił w streamingu. Jako prezeska bardzo stawiam nacisk na brak patologicznych treści. Jestem przeciwna takim zagrywkom. Liczę, że nowi twórcy będą chcieli powielać moją wizę działań w sieci.– Czy politycy powinni poświęcić więcej czasu wydarzeniom, które dzieją się w sieci?– Tak. To powinien być temat do debaty politycznej i publicznej. Nie może być tak, że internet stał się drugim domem dla hejterów. Internet jest częścią naszego prawdziwego życia. Tutaj pracujemy, budujemy reputację i zarabiamy, dlatego hejt, pomówienia i publiczne poniżanie mają realne konsekwencje.Czytaj także: Sto krów za ślub z Meloni. Kraj czeka wymiana dyktatorów