Żyjemy aferami wokół kobiet. Być może to efekt tkwienia w bańce, algorytmów, pewnej naturalnej wrażliwości na kwestie dotyczące kobiet. Być może ktoś zaraz napisze, że mężczyźni, ich wypowiedzi, zachowania, wpadki, czy problemy z taką samą szybkością (jak w przypadku kobiet) rozrastają się do skali ogólnonarodowej inby. Być może. Jednak tak się składa, że gdy spojrzę na ostatnie miesiące, czy też tygodnie, to odnoszę wrażenie, że żyjemy tylko aferami wokół kobiet. Że nawet zdominowana przez mężczyzn, arcypoważna, kompromitująca, wpływająca na wiele obszarów życia sprawa Zondacrypto, nie rozpala internetu tak, jak Grochola, Szelągowska, Jabłczyńska i – wiadomo – pyskująca dziennikarzom Iga Świątek. W podcaście „Powiem to pierwszy raz” spotkałam się ostatnio z Sylwią Chutnik. I choć rozmowa w dużej mierze dotyczyła jej najnowszej książki pt. „Dżinsy na parapecie. O równości dla dzieci”, w której historię przełomu 1989 roku Chutnik przybliża najmłodszym czytelnikom, to rzecz jasna pochyliłyśmy się nad tym, co historią będzie, ale dopiero za kilka dekad. – Widzę, jak pewne postaci „rozpalają” i to są bardzo często kobiety. Olga Tokarczuk, Agnieszka Holland, Maja Ostaszewska… Ale też te, które z różnych przyczyn wypłynęły na jakichś awanturach – powiedziała Chutnik, a ja od razu dorzuciłam, choć pewnie kaliber inny, Jabłczyńską i Grocholę. Całą tę dość żenującą jednak dyskusję o roli w filmie, który na bank nie zmieni losów świata. – Zauważmy, że każda z tych osób dotyczy innej afery, bardzo często to polowanie na czarownice. Kury następnego dnia polecą dziobać gdzie indziej, a ty zostajesz na zgliszczach. Trzeba mieć bardzo wysoki poziom własnej wartości, rozumianej tak, że możesz popełniać błędy, coś chlapnąć… – mówiła Chutnik. – Ewa Woydyłło przeprosiła za to, co powiedziała, miała jakąś refleksję. Niezależnie od tego, czy nas to usatysfakcjonowało, jako tłum, to się zadziało – kontynuowała pisarka. – Pytanie, co nas usatysfakcjonuje, wygnanie z wioski, rzucanie kamieniami? Bo często jest tak, że ktoś przeprosi, a i tak to nie jest to „przeproszenie” jakiego byśmy chcieli. I zaczynają się schody – dodała. Czytaj też: Ostaszewska, Tokarczuk, kto będzie następny?Skala przemocy wobec kobietZresztą sama tymi przeprosinami Woydyłło nie byłam usatysfakcjonowana, tyle że różnica pomiędzy mną a innym sfrustrowanym internautą polega na tym, że ja z tą swoją frustracją zostaję w małym „m” na warszawskiej Pradze. Nie dolewam, a przynajmniej robię wszystko by nie dolewać, oliwy do ognia, nie karmię algorytmów, Mety, trolli. – Telewizja „Arte” cztery lata temu przygotowała taki dokument, mówiący o tym, jaka jest skala przemocy choćby w mediach społecznościowych wobec kobiet, pokazując przykłady kobiet z różnych stron świata, głównie zachodniego, które zrezygnowały z działalności publicznej, od sportsmenek, przez polityczki, osoby opiniotwórcze – mówiła dalej w podcaście Sylwia Chutnik. – Badania pokazują skalę przemocy werbalnej, gróźb, hejtu wobec kobiet, która jest procentowo wyższa niż ta nakierowana na mężczyzn – podkreślała. W końcu podsumowała: – Nasze zachowania wobec drugiego człowieka, zwłaszcza w internecie, ale nie tylko, są coraz bardziej napędzane… Nie chcę wchodzić w spiskowe teorie, ale są napędzane, inspirowane różnymi wpisami. Trzeba mieć zbudowany własny kręgosłup, by nie dać się zdmuchnąć – mówiła, odnosząc się do ofiar tych sterowanych nagonek (albo tych, którzy popełnili jeden, wydawałoby się dość błahy błąd, a potem budzą się w jakiejś równoległej rzeczywistości, w której pół Polski ten błąd rozkłada na czynniki pierwsze). Ale ja zostanę przy „zachowaniach napędzanych”, czy wręcz „sterowanych” w sieci. Mam taki pomysł, byśmy wszyscy wyszli na spacer, zanim zaczniemy żyć kolejną awanturą o jedną, jedyną rolę pewnej aktorki. Albo odpowiedzią Igi Świątek na durne pytanie dziennikarza, sugerując, że ta powinna w pas się kłaniać mediom i nie ma prawa odburknąć, gdy ktoś ewidentnie przekracza granice. Spacer powinien pomóc.