Jak fotografia z Polski trafiła do placówki? W muzeum jednej z najstraszniejszych zbrodni XX wieku w Azji znajduje się fotografia Pomnika Powstania Warszawskiego z placu Krasińskich. W tej samej części wystawy pojawiają się Pearl Harbor, rosyjskie Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i berliński pomnik ofiar Zagłady. Dlaczego Chińczycy umieścili tam właśnie Warszawę? Odpowiedź prowadzi od japońskich podręczników, przez chińskie teksty o Powstaniu, do „sojuszu pamięci”. Nankin, który zapamiętaliśmyW chińskim Nankinie – dziś częściej zapisywanym z angielska jako Nanjing – byliśmy jeszcze w 2011 roku. Jechaliśmy tam z dużą obawą: jak poradzimy sobie bez znajomości języka, z dala od Pekinu czy Szanghaju? Okazało się, że znacznie łatwiej, niż się spodziewaliśmy. Już wtedy cyfrowa nowoczesność była widoczna na każdym kroku.Ze smartfonem w dłoni – choć nasz miał wtedy fizyczne przyciski i malutki ekran – oraz odrobiną cierpliwości można było całkiem sprawnie poruszać się po nowoczesnych dzielnicach tej wielomilionowej metropolii. A jednocześnie do świata wieżowców, szerokich arterii i bulwarów nad Jangcy – wyłożonych kostką, a w bardziej luksusowych fragmentach drewnianymi deskami – doklejone były całe kwartały piętrowych domków. Metalowe drzwi, wiecznie otwarte okienka, z których pachniało lokalnym jedzeniem, niekojarzącym się wcale z naszą „chińszczyzną”. Zapamiętaliśmy też rowery oparte o ściany i uśmiechniętych staruszków w niemal jednakowych granatowych bluzomarynarkach, którzy godzinami przesiadywali na schodach.Tam nie prowadziły przewodniki ani podpowiedzi z telefonu, więc na przekór cyfrowym wskazówkom skręcaliśmy w boczne uliczki. Zaciekawieni intensywnym zapachem stinky tofu sprzedawanego prosto z ulicznych wózków zapuszczaliśmy się coraz dalej w stary Nankin. Ominęliśmy także Muzeum Pamięci Ofiar Masakry Nankińskiej (The Memorial Hall of the Victims in Nanjing Massacre by Japanese Invaders). I to akurat był błąd, za który dziś bijemy się w piersi.Czytaj też: „Walka i cierpienie niewinnych”. Prezydent i premier w rocznicę Powstania„Sześć tygodni”13 grudnia 1937 roku, po ciężkich, ale zwycięskich walkach o Szanghaj, armia japońska zajęła Nankin, ówczesną stolicę Republiki Chińskiej. Najgwałtowniejszą fazę tego, co później nazwano masakrą nankińską, zwykle zamyka się w okresie sześciu tygodni.Japońscy żołnierze dokonywali masowych egzekucji jeńców i cywilów, gwałtów, rabunków i podpaleń. Dziesiątki tysięcy kobiet padły ofiarą przemocy seksualnej, a ciała zamordowanych trafiały do masowych mogił.Amerykańska misjonarka Wilhelmina „Minnie” Vautrin zamieniła miejscowy Ginling College w schronienie dla kobiet i dzieci i dzień po dniu notowała to, co działo się za jego murami. 19 grudnia opisała jedną ze swoich interwencji po wtargnięciu żołnierzy: zastała Japończyka gwałcącego młodą Chinkę i próbowała go powstrzymać, powołując się między innymi na dokument gwarantujący uczelni ochronę. Tym razem się udało.Japońska prasa potrafiła tymczasem przedstawiać zabijanie niemal jak sport. „Tokyo Nichi Nichi Shimbun” relacjonował „konkurs” Toshiakiego Mukaia i Tsuyoshiego Nody, którzy mieli rywalizować o to, kto pierwszy zabije mieczem stu Chińczyków; 13 grudnia gazeta podawała już wynik 106:105. Ponieważ nie było wiadomo, który przekroczył setkę jako pierwszy, rywalizacja miała być kontynuowana. Dziś historycy spierają się o to, na ile prasowa wersja odpowiadała dokładnemu przebiegowi wydarzeń, ale sam fakt publikowania przez gazetę takich relacji nie budzi wątpliwości.Liczba ofiar masakry pozostaje przedmiotem sporów, a szacunki wahają się od około stu tysięcy do ponad trzystu tysięcy zabitych, zależnie od przyjętego obszaru i okresu. W oficjalnej chińskiej narracji utrwaliła się liczba 300 tysięcy. W 1982 roku dodatkowo wybuchł gwałtowny spór o to, jak japońskie podręczniki przedstawiają agresję na Chiny i zbrodnie wojenne. Sam konflikt był bardziej skomplikowany, niż wynikało z pierwszych prasowych doniesień, ale stał się jednym z impulsów do intensywniejszego gromadzenia świadectw, dokumentowania miejsc zbrodni i budowania trwałej instytucji pamięci w Nankinie.Muzeum poświęcone ofiarom masakry otwarto 15 sierpnia 1985 roku. Trzydzieści lat później instytucja stworzona przede wszystkim po to, by opowiadać o chińskich ofiarach japońskiej agresji, zaczęła wpisywać tę historię w znacznie szerszą opowieść. Jednym z obrazów, które pojawiły się w tej narracji, okazał się właśnie Pomnik Powstania Warszawskiego.Na końcu wystawy… plac KrasińskichW 2015 roku muzeum powiększono o nowy pawilon poświęcony zwycięstwu nad Japonią i państwami Osi. Wystawę nazwano może nie do końca marketingowo: „Zwycięży sprawiedliwość, zwycięży pokój, zwyciężą ludzie – fakty historyczne dotyczące zwycięstwa chińskiego teatru wojny z faszyzmem oraz procesów sądowych japońskich zbrodniarzy wojennych”. W skrócie już chwytliwej – „Trzy zwycięstwa”. Na ekspozycji znalazło się ponad tysiąc fotografii i tysiące eksponatów, a jej ostatnią część zatytułowano „Dążenie do trwałego pokoju”.Właśnie tam znajduje się fotografia Pomnika Powstania Warszawskiego z placu Krasińskich. Z pytaniami o powód umieszczenia zdjęcia, szerszą ideę tego zestawienia oraz o to, jak samo muzeum interpretuje Powstanie, napisaliśmy bezpośrednio do Nankinu. Odpowiedź nie przychodziła, więc po roku poprosiliśmy o pomoc Wydział Kultury Ambasady Chin w Warszawie. Jak się okazało – instytucję sprawną i pomocną – i dzięki niej szybko otrzymaliśmy oficjalne wyjaśnienie muzeum.Potwierdzono, że na wystawie znajduje się fotografia Pomnika Powstania Warszawskiego z placu Krasińskich. W odpowiedzi jako przykłady innych prezentowanych tam miejsc wymieniono USS „Arizona” Memorial w Pearl Harbor, rosyjskie muzeum poświęcone Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej oraz berliński Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Nie opowiadają one tej samej historii: Pearl Harbor przypomina o japońskim ataku na Stany Zjednoczone, rosyjskie muzeum – o wojnie ZSRR z III Rzeszą, Berlin – o Zagładzie, Warszawa zaś – o zbrojnym Powstaniu przeciwko niemieckiemu okupantowi. „Celem tej części ekspozycji jest przypomnienie o konieczności zachowania pamięci historycznej oraz pielęgnowania pokoju” – napisali nankińscy muzealnicy.Powstanie Warszawskie określili jako „wielkie zbrojne wystąpienie polskich żołnierzy i ludności cywilnej przeciwko nazistowskiemu okupantowi”, które pokazało „odwagę polskiego społeczeństwa oraz ducha narodowego oporu”. Pierwsza odpowiedź wyjaśniała więc, po co w muzeum pojawiają się miejsca pamięci z innych państw i jak jego twórcy odczytują Powstanie. Nie rozstrzygała jednak najciekawszego: dlaczego wśród tylu pomników wybrano akurat ten z placu Krasińskich? Kilka tygodni później Wydział Kultury Ambasady Chin przekazał nam kolejną odpowiedź muzeum.„Trzy zwycięstwa” – wyjaśniono – przygotował własny zespół badawczy i wystawienniczy muzeum. Projektując część poświęconą temu, jak na świecie pamięta się II wojnę, brano pod uwagę ustanawiane w różnych krajach rocznice, budowane po wojnie miejsca pamięci i organizowane uroczystości. „Z tego powodu wybraliśmy szereg reprezentatywnych fotografii, w tym fotografię Pomnika Powstania Warszawskiego” – napisali muzealnicy. Warszawa nie została więc wskazana jako jedyny ani szczególnie uprzywilejowany odpowiednik Nankinu, lecz jako jeden z reprezentatywnych punktów na budowanej przez muzeum mapie światowej pamięci o wojnie.Czytaj też: Ukradł radziecki samolot i został bohaterem. Historia niezwykłego lotu„Sojusz pamięci”Sprawa mogłaby na tym zostać zamknięta, gdyby nie wcześniejsze chińskie materiały dotyczące Warszawy. Jeszcze przed otwarciem „Trzech zwycięstw”, wiosną 2015 roku, w internetowym serwisie China Radio International (CRI) ukazał się po chińsku obszerny materiał o Powstaniu Warszawskim. Napisał go Han Xinzhong, ówczesny korespondent CRI w Polsce oraz wieloletni dyrektor krakowskiego Instytutu Konfucjusza. Chiński czytelnik dostawał obraz dla nas znajomy: 1 sierpnia, godzina 17.00, wyją syreny, zatrzymują się samochody, piesi zamierają na ulicach. Były 63 dni walk oraz wielkie straty, ale autora szczególnie interesowało to, co działo się ponad siedemdziesiąt lat później – miasto, które każdego roku na minutę zamiera. W tekście zacytowano także Szymona Niedzielę z Muzeum Powstania Warszawskiego, który wskazywał na podobieństwo skali przemocy wobec ludności obu miast, nie zrównując ich historii.Ale chiński autor poszedł krok dalej i napisał o Warszawie: „To nie powinna być wyłącznie pamięć narodu polskiego, ale także pamięć całej ludzkości”. Nie dowodziło to oczywiście, że właśnie dlatego fotografia z placu Krasińskich trafiła na wystawę w Nankinie. Pokazywało za to, że Warszawa nie była w chińskiej opowieści o pamięci wojny zupełnie nowym tropem. Żeby zrozumieć, z czego może wynikać takie zainteresowanie, zapytaliśmy o zdjęcie historyka, który zna Nankin nie tylko z książek.Prof. Daqing Yang z George Washington University zajmuje się pamięcią wojny i pojednaniem w Azji Wschodniej, a Nankin jest jego rodzinnym miastem. Muzeum odwiedzał wielokrotnie, ale od razu zaznaczył, że nie zna historii tej konkretnej fotografii i nie wie, jaka była intencja jej wyboru. Nie próbował więc odpowiadać za kuratorów. Zaproponował natomiast analizę tego, co od ponad dekady dzieje się z chińską pamięcią wojny.„Moje wyjaśnienie jest takie, że jest to część szerszego trendu w Chinach” – napisał Yang. Pekin coraz mocniej przedstawia swoją „wojnę oporu” przeciwko japońskiej agresji jako część światowej wojny antyfaszystowskiej. I nie chodzi wyłącznie o zmianę nazwy. W oficjalnej chińskiej narracji wojna ta trwała czternaście lat – od japońskiego ataku na Mandżurię w 1931 roku do kapitulacji Japonii w 1945 roku – a Chiny przedstawiane są jako najwcześniejszy front globalnej walki z faszyzmem. Rok 1937, kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna chińsko-japońska i doszło do masakry nankińskiej, zostaje tym samym włączony w historię konfliktu, który w Europie zwykle zaczynamy dopiero od września 1939 roku.W tej narracji Chiny nie są wyłącznie ofiarą Japonii, lecz również jednym ze zwycięzców globalnego konfliktu, a zwycięstwo ma tłumaczyć także ich późniejszą pozycję w powojennym porządku świata. Yang zwrócił również uwagę, że muzeum w Nankinie buduje kontakty z instytucjami pamięci poza Chinami, między innymi z Jad Waszem. Zastrzegł przy tym, że nie wie, czy nankińska placówka nawiązała podobne kontakty z Muzeum Powstania Warszawskiego, które sam odwiedził rok wcześniej.I to właśnie Yang użył określenia alliance of memory – „sojusz pamięci”. Chińską politykę pamięci nazwał jednocześnie „reaktywną i proaktywną”: reaguje ona na to, co Pekin uważa za japoński rewizjonizm i negowanie zbrodni, ale równocześnie aktywnie rozbudowuje własną międzynarodową opowieść o wojnie. Ten „sojusz” ma jak najbardziej materialne kształty. W 2013 roku nankińskie muzeum wspólnie z Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz dwiema chińskimi placówkami przygotowało wystawę o Auschwitz, na której pokazano ponad 350 fotografii, a pracownicy instytucji uczestniczyli także we wzajemnych wizytach studyjnych.Warszawa, Auschwitz, Jad Waszem czy Pearl Harbor opowiadają różne dzieje, ale w nankińskiej narracji pełnią także wspólną funkcję. Pomagają przenieść pamięć Nankinu poza sam chińsko-japoński spór i wpisać ją w znacznie szerszy kontekst – w międzynarodową rozmowę o wojnie. Nie znaczy to, że wszystkie te wydarzenia zostają ze sobą zrównane. Chodzi raczej o zmapowanie miejsc, gdzie pamięć o przemocy, wojnie i ofiarach stała się częścią współczesnej tożsamości.Czytaj też: Wanda Traczyk-Stawska nie żyje. „Dziękujemy za wszystko”Nankin i Warszawa, ale nie Babi JarPorównanie masakry nankińskiej i Powstania Warszawskiego wymaga ostrożności, bo przebieg obu wydarzeń był zupełnie inny. W Nankinie japońskie wojska po zdobyciu miasta rozpoczęły masowe zbrodnie na jeńcach i ludności cywilnej, podczas gdy w Warszawie działało zorganizowane podziemie, które w sierpniu 1944 roku rozpoczęło powstanie przeciwko niemieckiemu okupantowi. Podobieństwo nie polega więc na prostym zestawieniu dwóch takich samych historii.A jednocześnie porównanie Nankinu i Warszawy nie jest wyłącznie chińskim pomysłem. W 2022 roku, podczas konferencji „Lessons and Legacies” w kanadyjskiej Ottawie, Gabriel Finder, historyk Zagłady z University of Virginia, pytał, czy masakrę nankińską można porównywać z Zagładą. Jego odpowiedź była nieoczywista. Pod pewnymi względami – twierdził – japońskie zbrodnie w Nankinie bardziej przypominają niemieckie stłumienie Powstania Warszawskiego niż Babi Jar – podkijowski wąwóz, gdzie 29-30 września 1941 roku niemieckie jednostki SS, z udziałem ukraińskich formacji pomocniczych, zamordowały 34 tys. Żydów – czy inne nazistowskie masowe mordy na Żydach. Finder wskazywał na podobne mechanizmy przemocy wobec mieszkańców obu miast: mordy, represje, wysiedlenia i niszczenie przestrzeni. Nie twierdził, że Nankin i Warszawa były tym samym, lecz porównywał sposoby, w jakie przemoc obejmowała całe miasto i jego ludność.Jeszcze mocniejszy ślad obecności Warszawy na chińskiej mapie pamięci pojawił się również w 2022 roku, tym razem w samym Nankinie. Tamtejsze Nanjing Normal University Press wydało książkę poświęconą Warszawie, która w anglojęzycznej bibliografii jednego z autorów figuruje jako „International City of Peace: Warsaw” („Międzynarodowe miasto pokoju: Warszawa”). Autorami są chiński badacz Zhang Tong i Polak Marcin Tomasz Damek, który ukończył sinologię na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie studiował historię Chin na Uniwersytecie Nankińskim, gdzie się doktoryzował. Samej książki jeszcze nie znamy, solennie obiecujemy – nadrobimy zaległości, ale znamy serię, w ramach której się ukazała.Warszawie towarzyszyły w niej publikacje o Nankinie, Coventry, Dreźnie i Hiroszimie. Każde z tych miast ma zupełnie inną wojenną biografię: Coventry zostało zbombardowane przez Luftwaffe w listopadzie 1940 roku, Drezno zniszczyły alianckie naloty w lutym 1945 roku, na Hiroszimę 6 sierpnia 1945 roku zrzucono bombę atomową, Nankin stał się symbolem japońskich zbrodni, a Warszawa – niemieckiej okupacji, Powstania i planowego niszczenia miasta. Wojna doświadczyła je inaczej, ale w każdym stała się częścią późniejszej tożsamości. Sam wybór tej piątki pokazuje więc, że twórcom projektu nie chodziło o tożsamość historycznych doświadczeń, lecz o wspólnotę późniejszej pamięci.Redaktorem całej serii był prof. Liu Cheng z Uniwersytetu Nankińskiego, dyrektor tamtejszego Instytutu Badań nad Pokojem i kierownik Katedry UNESCO ds. Studiów nad Pokojem. Sam jest potomkiem ocalałego z masakry nankińskiej i ideę przedsięwzięcia tłumaczył jako próbę rozszerzenia traumatycznej pamięci pojedynczego miasta na „wspólną pamięć całej ludzkości”. W tym zdaniu właściwie mieści się sens projektu. Jednocześnie pozwala ono lepiej zrozumieć, dlaczego w chińskim obrazie Warszawy na pierwszy plan wychodzą jedne elementy naszej historii, a inne niemal znikają.Muzeum to też podręcznikZarówno w nankińskim muzeum, jak i w sposobie skonstruowania całej serii oraz w dostępnym opisie tomu poświęconego Warszawie widać, które elementy historii wysuwają się na pierwszy plan. Są nimi opór przeciwko okupantowi, ofiara ludności, zniszczenie miasta i późniejsze pielęgnowanie pamięci. Nasze polskie spory o decyzje związane z 1 sierpnia, kalkulacje dowództwa AK czy knowania Stalina wobec Polski schodzą na dalszy plan albo znikają z pola widzenia. Nie musi to oznaczać, że Chińczycy „źle” pamiętają Warszawę, ale pokazuje charakterystyczną dla nich prawidłowość: z cudzej historii wybierają elementy pasujące do ich opowieści.Dla nas nie jest to problem abstrakcyjny, bo niedawno sprawdzaliśmy, jak Powstanie Warszawskie wygląda w szkolnych książkach w Polsce, Niemczech, Ukrainie i Rosji. Wcześniej analizowaliśmy sposób przedstawiania rzezi wołyńskiej w Polsce i na Ukrainie oraz paktu Ribbentrop-Mołotow w Polsce, Rosji i na Białorusi. Im więcej podręczników, programów i przeprowadzonych rozmów z ekspertami, tym mniej interesowało nas pytanie, czy jakiś fakt „jest” w książce, czy „go nie ma”. Ciekawsze okazywało się to, jakie miejsce dostaje w opowieści i – zwłaszcza – co uczeń ma z nim zrobić.Przypomnijmy: rosyjska narracja potrafi podporządkować niewygodne elementy historii racji państwa, a w Niemczech, mimo zdecentralizowanego systemu edukacji, Powstanie Warszawskie może w ogóle nie pojawić się w szkole. Ukraina częściej niuansuje i potrafi zestawiać konkurencyjne interpretacje, choć – mówiąc językiem sportowym – gra na siebie. Polska także nie stoi poza tym mechanizmem, bo nasza opowieść szczególnie mocno eksponuje Polaków jako ofiary i bohaterów. Najsubtelniejszy mechanizm znaleźliśmy na Białorusi, gdzie niewygodnego faktu wcale nie trzeba usuwać: można napisać o pakcie Ribbentrop-Mołotow i tajnym protokole, a kilka stron dalej przedstawić 17 września 1939 roku jako „akt historycznej sprawiedliwości”.Ale oficjalna pamięć wykuwa się nie tylko w klasie, także w archiwach, pomnikach, rocznicach, książkach, instytutach badawczych, ale też w algorytmach mediów społecznościowych. I zwłaszcza – w nowoczesnych muzeach. Wszędzie tam ktoś podejmuje decyzje: co pokazać, co odsunąć na drugi plan, z czym zestawić jedno wydarzenie i jak je nazwać. Nankin jest pod tym względem szczególnie ciekawym przypadkiem, choć niekoniecznie wzorem do kopiowania.Pokazuje, że na narrację innego państwa można odpowiadać protestem i sporem, ale można też przez lata budować własne muzeum, archiwum, zaplecze badawcze i sieć kontaktów. Nie rozstrzyga to, kto ma rację, ani nie daje jednej bezdyskusyjnej wersji historii, lecz sprawia, że własny sposób opowiadania nie kończy się wraz z kolejną notą dyplomatyczną czy zmianą podręcznika. Po latach widać także skutek, którego zapewne nie dało się przewidzieć w 1985 roku. Muzeum stworzone po to, żeby utrwalić pamięć o Nankinie – by tak rzec – samo zaczęło wybierać obrazy z historii innych państw. Jednym z nich okazał się plac Krasińskich.Stinky tofu po raz drugi?Pozostaje jednak pytanie, którego korespondencja z Nankinem nie rozstrzyga: dlaczego spośród warszawskich nośników pamięci wybrano Pomnik Powstania Warszawskiego z placu Krasińskich, a nie samo Muzeum Powstania Warszawskiego albo choćby Pomnik Małego Powstańca? Z oficjalnej odpowiedzi znamy jedynie ogólną zasadę. Powtórzmy: zespół przygotowujący wystawę szukał reprezentatywnych fotografii powojennych miejsc pamięci i uroczystości. Ale dlaczego padło akurat na tę – tego nam nie napisali.Nie można jednak tłumaczyć wyboru nieznajomością Muzeum Powstania Warszawskiego w chińskim obiegu medialnym. Jeszcze 10 maja 2015 roku, kilka miesięcy przed otwarciem „Trzech zwycięstw”, przywoływany już Han Xinzhong opublikował reportaż właśnie z tej instytucji, opisując między innymi broń powstańców, fotografie zniszczonej Warszawy oraz muzealną ekspozycję kanałów. Prof. Daqing Yang także wspomniał nam w odpowiedzi, że rok wcześniej odwiedził Muzeum Powstania Warszawskiego, choć nie wiedział, czy nankińska placówka nawiązała z nim bezpośredni kontakt. Nie dowodzi to oczywiście, że kuratorzy „Trzech zwycięstw” czytali tekst Hana albo rozważali ekspozycję zdjęcia muzeum, ale pokazuje, że sama instytucja nie była w chińskiej opowieści nieobecna.Pozostaje więc hipoteza. Być może pomnik po prostu lepiej nadawał się do fotograficznej mapy pamięci budowanej w ostatniej części wystawy: jest publicznym, natychmiast rozpoznawalnym znakiem, który można zamknąć w jednym kadrze. Odsłonięty 1 sierpnia 1989 roku po ciągnącej się przez dziesięciolecia politycznej batalii o prawo do upamiętnienia Powstania, sam stał się częścią polskiej pamięci. Historyk Jacek Zygmunt Sawicki, autor studium „Pomnik jako pole bitwy”, zauważał, że po otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego znaczną część funkcji najważniejszego nośnika tej pamięci przejęła właśnie nowa instytucja, ale pomnik nadal działa i śle najprostszy komunikat: „nie wolno ci zapomnieć”. Być może nankińscy kuratorzy wybrali więc starszy, prostszy i bardziej syntetyczny symbol. Ale tutaj musimy postawić kropkę: dopóki nie odpowiedzą nam na to pytanie wprost, pozostaje to naszą interpretacją.Do czasu. W 2011 roku stinky tofu było dla nas ciekawsze niż muzeum, więc skręcaliśmy za jego zapachem w boczne uliczki Nankinu, a do samej instytucji nie weszliśmy. Piętnaście lat później wracamy do niej od strony, której wtedy nie mogliśmy przewidzieć – przez warszawski plac Krasińskich. Jeżeli znów pojedziemy do Nankinu – może tym razem także z dziećmi – zaczniemy od muzeum. Stinky tofu będzie musiało poczekać.Czytaj też: Niegojące się rany. Eksplozja w Hiroszimie była śmiercią odłożoną w czasie