Jak powinna wyglądać polska obrona powietrzna? Patrioty, myśliwce i inne systemy obrony powietrznej mają niszczyć rakiety i drony zmierzające w stronę polskich miast, lotnisk czy baz. Wojna w Ukrainie pokazuje jednak, że nawet najlepsza tarcza ma swoje ograniczenia, zwłaszcza gdy przeciwnik atakuje masowo. Jak sobie z tym poradzić? Przez kilka godzin w ukraińskich miastach wyją syreny. Nadlatują setki dronów, między nimi pociski manewrujące, a czasem także znacznie trudniejsze do przechwycenia rakiety balistyczne. Do ich zwalczania ruszają myśliwce, mobilne grupy ogniowe i zestawy przeciwlotnicze. Najgroźniejsze cele próbują przechwycić systemy Patriot.Ten obraz przez ponad cztery lata wojny stał się niemal codziennością. Pokazał zarazem coś, co wojskowi wiedzieli wcześniej: że nie istnieje szczelna tarcza. Nawet najnowocześniejsza obrona powietrzna dysponuje ograniczoną liczbą zestawów, radarów i przede wszystkim pocisków przechwytujących. Dotyczy to także ukraińskiej OPL, którą Rosja regularnie próbuje przeciążyć, zwiększając skalę ataku i łącząc różne środki napadu powietrznego.Problem nie sprowadza się przy tym do pieniędzy, choć te mają ogromne znaczenie – wszak jeden pocisk PAC-3 MSE używany przez system Patriot kosztuje około 4 mln dolarów. Równie istotne jest to, że produkcji tak skomplikowanego uzbrojenia nie da się zwiększyć w dowolnym tempie tylko dlatego, że wzrosło zapotrzebowanie. Potrzebne są specjalistyczne komponenty, linie montażowe i urządzenia testowe, wykwalifikowani pracownicy oraz sieć dostawców. I czas – mnóstwo czasu.Dobrze pokazuje to skala obecnych wysiłków Amerykanów. Lockheed Martin wytwarza obecnie około 600 pocisków PAC-3 MSE rocznie, a gwałtownie rosnący popyt skłonił koncern i Pentagon do inwestycji w znaczące zwiększenie produkcji. Tyle że rozbudowa fabryk i całego łańcucha dostaw wymaga lat, nie miesięcy – poziom 2 tys. rakiet uda się osiągnąć w 2030 roku.Nie można więc rozwiązać problemu masowych ataków prostym poleceniem: kupmy więcej pocisków. Owa niemożność dotyczy również Polski, która od kilku lat usiłuje nadrobić sięgające kilku dekad zaniedbania w zakresie OPL. Już wiemy, że szybko i łatwo tego nie zrobimy. Nie oznacza to jednak, że do czasu zbudowania odpowiednio silnej tarczy pozostaje nam wyłącznie czekać na to, co przeciwnik w naszą stronę wystrzeli. Istnieje bowiem jeszcze inny sposób ograniczenia zagrożenia z powietrza. Zamiast wyłącznie zestrzeliwać strzały, można spróbować zabić łucznika.Czytaj też: Su-57, czyli najdroższa niespełniona obietnica PutinaZanim rakieta wystartujeI nie jest to publicystyczna metafora – w taki sposób problem traktuje NATO. W opublikowanej w 2025 roku polityce zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej – Integrated Air and Missile Defence, IAMD – Sojusz opisuje cztery efekty, które powinien osiągać cały system: „no threat”, „no launch”, „no impact” i „no consequences”. Najprościej można je przełożyć jako: nie dopuścić do powstania zagrożenia, nie dopuścić do odpalenia, nie dopuścić do trafienia, a jeśli to się nie uda – ograniczyć skutki uderzenia.Patriot odpowiada przede wszystkim za trzeci z tych etapów. Próbuje zniszczyć rakietę, która została już odpalona. NATO zaznacza jednak wprost, że działania ofensywne są integralnym elementem kompleksowej obrony powietrznej i przeciwrakietowej. Mogą służyć redukowaniu, neutralizowaniu albo niszczeniu zagrożeń, zanim przeciwnik zdąży ich użyć.Oznacza to zasadniczą zmianę perspektywy. Obrona miasta przed Iskanderem nie musi zaczynać się wtedy, gdy rosyjska rakieta wznosi się już nad wyrzutnią. Może rozpocząć się wcześniej – od próby znalezienia i zniszczenia samej wyrzutni. „Łucznikiem” nie musi być zresztą wyłącznie ona. System uderzeniowy potrzebuje magazynów amunicji, stanowisk dowodzenia, łączności, rozpoznania i logistyki. Pociski manewrujące mogą być przenoszone przez samoloty operujące z lotnisk. Każdy z tych elementów może stać się celem. Im więcej z nich zostanie wyeliminowanych, tym mniej środków napadu będzie później musiała przechwycić własna obrona.I nie jest to wyłącznie natowska teoria. Ukraina właśnie próbuje zastosować ją w praktyce. 23 sierpnia Wołodymyr Zełenski poinformował, że ukraińskie siły trafiły rosyjską wyrzutnię Iskander w pobliżu granicy. Prezydent ujawnił przy tym coś znacznie ciekawszego niż samo zniszczenie kolejnego elementu rosyjskiego uzbrojenia. Otóż nie była to przypadkowo napotkana zdobycz.Zełenski mówił o osobnym programie i osobnej operacji polowania na stanowiska, z których Rosjanie odpalają pociski balistyczne. Przyczynę wyjaśnił wprost: Ukraina ma ograniczoną liczbę pocisków antybalistycznych. Skoro nie można mieć pewności, że uda się zniszczyć rakietę zmierzającą już w stronę Kijowa czy innego ukraińskiego miasta, trzeba spróbować zniszczyć ją razem z wyrzutnią, zanim wystartuje.Czytaj też: Rosja zaatakuje NATO? „Nie mogę sobie wyobrazić, żeby byli w stanie”Iskandery po drugiej stronie granicyTo znacznie trudniejsze, niż może się wydawać, Iskandery wszak są mobilne. Rosyjskie załogi starają się ukrywać ich przemieszczanie, wyrzutnie opuszczają miejsca schronienia na krótko, a po wykonaniu zadania mogą szybko zmienić pozycję. Co warto podkreślić nie tylko w kontekście Ukrainy, bo i dla Polski problem nie jest abstrakcyjny.Jednym z potencjalnych źródeł zagrożenia podczas konfliktu NATO z Rosją byłby obwód królewiecki. To niewielki obszar wciśnięty między Polskę i Litwę, ale jednocześnie silnie zmilitaryzowany. Rosja rozmieściła tam m.in. systemy rakietowe Iskander, zdolne razić znaczą część naszego kraju.O wynikłym z tego faktu zagrożeniu mówi się u nas od lat, na długo przed doświadczeniami obecnej wojny w Ukrainie. Przy czym armia nie stała z założonymi rękoma. Już dekadę temu autor tego tekstu słyszał od ludzi związanych z wojskiem, że jednym z zadań przewidywanych na wypadek gwałtownej eskalacji między Polską a Rosją miało być wysłanie żołnierzy pułku komandosów z Lublińca do obwodu królewieckiego.Mieli przeniknąć tam jeszcze przed rozpoczęciem wojny – oficjalnymi i nieoficjalnymi kanałami, bez ujawniania swojej wojskowej tożsamości. Broń, wyposażenie i mundury miały czekać na miejscu. Po rozpoczęciu operacji komandosi mieli działać już jako polscy żołnierze. Według informacji przekazywanych wówczas autorowi jednym z ich najważniejszych celów miały być namierzone rosyjskie wyrzutnie Iskanderów. Operacja miała mieć charakter wyprzedzający w sensie wojskowym, ale nie oznaczało to samowolnego ataku przed rozpoczęciem konfliktu. Decyzja o rozpoczęciu działań miała zapaść dopiero po potwierdzeniu wrogich działań strony rosyjskiej i wydaniu odpowiednich rozkazów.Nie wiadomo, czy podobny scenariusz pozostaje elementem aktualnych polskich planów operacyjnych. Te z oczywistych powodów są tajne. Sam pomysł pokazuje jednak, że logika, którą Ukraina próbuje dziś zastosować przeciwko rosyjskim Iskanderom, nie jest dla polskiego wojska czymś nowym. I wcale nie musi być domeną wyłącznie wojsk specjalnych.Długa ręka już istniejePolskie wojsko już dziś ma narzędzia pozwalające sięgać daleko poza linię frontu. F-16 mogą przenosić pociski manewrujące AGM-158 JASSM, a także ich wersję o wydłużonym zasięgu – JASSM-ER. To broń pozwalająca atakować ważne cele bez konieczności wlatywania głęboko w przestrzeń bronioną przez przeciwnika. W grę wchodzą stanowiska dowodzenia, lotniska, magazyny, węzły logistyczne czy inne elementy zaplecza, od których zależy zdolność do prowadzenia kolejnych uderzeń.Do tej „długiej ręki” dochodzi artyleria rakietowa. Homar-A, czyli polska wersja amerykańskiego HIMARS-a, może wykorzystywać pociski ATACMS o zasięgu około 300 km. Wojska lądowe zyskują więc możliwość rażenia celów położonych daleko poza bezpośrednim zapleczem frontu.Wchodzący do służby F-35 rozszerza te możliwości o coś jeszcze. Przewaga Husarza nie polega bowiem wyłącznie na właściwościach stealth. F-35 zbiera dane z wielu sensorów, łączy je w jeden obraz sytuacji i może przekazywać informacje innym uczestnikom operacji. Cel znaleziony przez F-35 może zostać zaatakowany przez F-16 z JASSM-em, artylerię rakietową albo inny środek rażenia. Współczesna wojna coraz rzadziej wymaga bowiem, żeby ten sam żołnierz czy ta sama platforma zarówno znalazły cel, jak i go zniszczyły. Znacznie ważniejsze jest to, by informacja o celu szybko trafiła do tego, kto w danym momencie może uderzyć najskuteczniej.A samoloty nie są jedynymi oczami polskiej armii. Jeszcze kilka lat temu wskazanie obiektu położonego setki kilometrów od własnych wojsk byłoby jednym z najsłabszych elementów polskiej układanki. To właśnie w tej dziedzinie zachodzi jednak obecnie jedna z największych zmian.W maju Siły Zbrojne RP otrzymały system MikroSAR. Tworząca go wojskowa konstelacja radarowa POLSARIS liczy obecnie cztery satelity, a docelowo może zostać powiększona do sześciu. Radar ma w takim zastosowaniu ogromną zaletę. W przeciwieństwie do klasycznej optyki może prowadzić obrazowanie także w nocy i przez zachmurzenie. Pozwala więc obserwować interesujący obszar niezależnie od pogody czy pory dnia. Polska nie musi przy tym prosić sojusznika o wykonanie każdego zdjęcia. System został przekazany Siłom Zbrojnym RP, a MON podkreśla również znaczenie krótkiego interwału rewizyt, czyli czasu między kolejnymi możliwościami obserwowania tego samego obszaru.POLSARIS nie jest jedynym źródłem informacji z orbity. Polska ma również dostęp do wysokorozdzielczych danych z włoskich satelitów radarowych COSMO-SkyMed. Równolegle rozwijane są możliwości optoelektroniczne.Czytaj też: „Husarz” niewidzialny dla radarów. To warto wiedzieć o myśliwcu F-35W praktyce powstaje więc system, w którym różne rodzaje rozpoznania mogą się uzupełniać. Radar satelitarny pozwala obserwować teren mimo chmur i ciemności. System optyczny dostarcza innego rodzaju zobrazowania. Informację może uzupełnić rozpoznanie radioelektroniczne, samolot, bezzałogowiec albo źródło działające na ziemi. Im więcej takich sensorów patrzy na interesujący obszar, tym trudniej przeciwnikowi zniknąć.Oczywiście, nie każdego łucznika uda się znaleźć, zanim wypuści strzałę. Ale jeśli rosyjskie załogi Iskanderów będą musiały liczyć się z tym, że same mogą stać się celem, zmieni się również ich sposób działania. A to oznacza mniej swobody dla napastnika i więcej bezpieczeństwa po naszej stronie.