Wiktor Bielenko przeszedł do historii. Zniknął z radzieckich radarów, umknął Japończykom, wylądował w ostatniej chwili, na resztkach paliwa, cudem uchodząc z życiem. Wiktor Bielenko uciekł z ZSRR w poszukiwaniu lepszego jutra. Na Zachodzie nie pojawił się jednak z pustymi rękami: przywiózł Amerykanom jeden z najpilniej strzeżonych radzieckich sekretów. Dziś mija 50 lat od tamtego zdarzenia. Na początku lat 70. XX wieku zachodni analitycy wojskowi żyli w cieniu narastającej paranoi. Amerykańskie satelity szpiegowskie oraz radary dalekiego zasięgu zaczęły rejestrować nad terytorium Związku Radzieckiego i Bliskiego Wschodu niezidentyfikowany samolot, który poruszał się z prędkościami uznawanymi dotąd za niemożliwe dla maszyn bojowych. Z odczytów wynikało, że nowy sowiecki myśliwiec potrafi latać z prędkością niemal Mach 3 (trzykrotność prędkości dźwięku) i osiągać pułapy niedostępne dla jakiegokolwiek zachodniego myśliwca.W Pentagonie wybuchła panika. Zakładano, że ZSRR dokonał gigantycznego skoku technologicznego. Amerykanie byli przekonani, że MiG-25 jest superzwrotnym myśliwcem przewagi powietrznej, zbudowanym z niezwykle drogich i trudnych w obróbce stopów tytanu, wyposażonym w awangardową elektronikę. Uważano, że maszyna ta bez problemu zdeklasuje wszystko, co latało w barwach NATO. To właśnie strach przed „Foxbatem” stał się jednym z głównych motorów napędowych amerykańskiego programu budowy myśliwca nowej generacji, który ostatecznie zaowocował powstaniem legendarnego F-15 Eagle.Nikt tak naprawdę nie wiedział, co przygotowali Sowieci. Zachód nie miał w rękach ani jednego egzemplarza. Wszystko opierało się na niewyraźnych zdjęciach z kosmosu, przechwyconych sygnałach radarowych i domysłach. Sytuacja ta trwała aż do chłodnego, wrześniowego poranka 1976 roku.Nic do straceniaWiktor Bielenko pochodził z ubogiej rodziny. Zrobił karierę w lotnictwie dzięki wielkiemu talentowi, ambicji i uporowi, wbrew wszechobecnej korupcji, nepotyzmowi i nieprzychylności dowódców. Gdy trafił do prestiżowego 513. pułku Wojsk Obrony Powietrznej w Czugujewce na Dalekim Wschodzie, był już uznanym pilotem. Radzieckie władze nie dałyby przecież byle komu wsiąść do ich popisowej maszyny: szybkiego, ultranowoczesnego MiGa-25. Wszystko inne w tamtejszym wojsku nie miało jednak z nowoczesnością nic wspólnego. Jak relacjonował później, koszary były brudne, żołnierze głównie pili i kradli alkohol techniczny, a dowództwo robiło cokolwiek tylko wtedy, gdy z wizytacją pojawiały się władze centralne. Dochodziło do absurdów, takich jak malowanie drzew czy budowanie dróg przy okazji wizyty jednego z ministrów. Wszystko inne zaniedbywano, z morale żołnierzy i godnymi warunkami życia na czele.Późniejsze śledztwo radzieckie wykazało, że Bielenko przez lata nie otrzymywał obiecywanego awansu. Czarę goryczy miały przelać jednak problemy osobiste. Żona Wiktora, Ludmiła, pochodząca z zamożniejszej rodziny, nienawidziła życia na odległej placówce wojskowej. Chciała rozwodu, planowała też zabrać ich trzyletniego syna, Dmitrija, z powrotem do domu rodziców w dalekim i mroźnym Magadanie. Wizja rozpadu rodziny, w połączeniu z rosnącą frustracją sowiecką rzeczywistością, pchnęła Bielenkę do podjęcia ostatecznego ryzyka. Zrozumiał, że nie ma już nic do stracenia.Plan przygotowywał tygodniami. Wyliczył, że jedynym rozsądnym celem jest baza Chitose na Hokkaido; potrzebował jedynie pełnych zbiorników i dobrej pogody. No i przychylności losu.6 września 1976 roku Bielenko wystartował do rutynowego lotu szkoleniowego z Czugujewki. Harmonogram dnia zakładał ostre strzelanie rakietowe, w powietrzu znajdowały się także inne sowieckie myśliwce (MiG-23), co oznaczało, że w razie wykrycia niesubordynacji, Bielenko mógł zostać zestrzelony w mgnieniu oka.Niedługo po starcie porucznik radykalnie zmienił kurs i rozpoczął gwałtowne nurkowanie. Zszedł na wysokość zaledwie kilkudziesięciu metrów nad falami Morza Japońskiego, aby zniknąć z ekranów potężnych sowieckich radarów wczesnego ostrzegania. Wyłączył systemy identyfikacji (transpondery) oraz radio. Ryzyko było ogromne – leciał na pamięć, ignorując zbliżający się nad Japonię front chmur. „To był hazard, ale wszedłem w to. Miałem szczęśliwy dzień, prawie wszystko wyszło tak, jak miało wyjść” – mówił potem.Gdy wleciał nad Japonię, na moment wzniósł się, by wykryły go tamtejsze radary. Intruz został zlokalizowany około godz. 13:10 czasu miejscowego, a dziesięć minut później z Chitose wystartowały dwa F-4EJ Phantom. Bielenko ponownie zszedł w chmury; radary naziemne straciły cel, a myśliwce nie potrafiły znaleźć samolotu na tle ziemi. Czytaj też: Niezidentyfikowany obiekt nad Polską. Wojsko zbadało incydentParadoksalnie Rosjanin liczył, że Phantomy go odnajdą i doprowadzą do bazy. Nie znalazł Chitose, pogoda była gorsza od oczekiwanej, a wskazówka paliwa zbliżała się do zera. Dopiero nad południową częścią Hokkaido zobaczył cywilne lotnisko Hakodate. Podejście było dramatyczne. Bielenko musiał wykonać trzy okrążenia, podczas których niemal zderzył się ze startującym pasażerskim Boeingiem 727 linii All Nippon Airways. Cywilny pas lotniska w Hakodate (niecałe 3 kilometry długości) był stanowczo zbyt krótki dla potężnego przechwytującego myśliwca. Mimo wypuszczenia spadochronów hamujących, maszyna wypadła z pasa, przejechała kilkaset metrów przez pole, niszcząc podwozie i zrywając anteny, aż w końcu zatrzymała się tuż przed autostradą.Była godz. 13:57. Przez 46 minut samotny radziecki samolot pozostawał w japońskiej przestrzeni, a system obrony nie był w stanie go przechwycić. Japończycy skompromitowali się tamtego dnia niemal tak samo mocno, jak Związek Radziecki.Śmiechy z SowietówLądowanie "Foxbata" wywołało w Japonii absolutny chaos biurokratyczny. Policja aresztowała pilota za nielegalne przekroczenie granicy i posiadanie broni. Ministerstwo Transportu spierało się z Urzędem Celnym (czy to "import" towaru?), a MSZ próbowało opanować furię Moskwy. Związek Radziecki kłamał, że Bielenko po prostu się zgubił, a Japończycy odurzyli go narkotykami. ZSRR zaczął zatrzymywać japońskie kutry rybackie w ramach odwetu. Tymczasem Japonia wzmocniła garnizony, spodziewając się desperackiego ataku sowieckich sił specjalnych (Spetsnazu) na lotnisko w celu zniszczenia wraku.Ostatecznie MiG-25 został potajemnie, pod osłoną nocy, rozebrany na części i przewieziony na pokładzie ogromnego amerykańskiego transportowca C-5 Galaxy do dobrze strzeżonej bazy wojskowej Hyakuri. Tam amerykańscy inżynierowie i specjaliści wywiadu dosłownie rozebrali legendę na śrubki. I doznali szoku.Odkryto, że przerażający "Foxbat" wcale nie był technologicznym cudem. Był co prawda maszyną o ogromnej sile, ale zbudowaną pod jedno, bardzo konkretne zadanie: przechwycenie amerykańskich bombowców naddźwiękowych (jak B-70 Valkyrie, który ostatecznie nie wszedł do służby) na ogromnych wysokościach.Dalej było tylko gorzej. Samolot nie był zbudowany z kosmicznych stopów tytanu. Około 80 proc. płatowca stanowiła pospolita stal stopowa z dodatkiem niklu (spawana łukowo). Był przez to potwornie ciężki. Teoretycznie osiągał Mach 3, ale Bielenko przyniósł bezcenną instrukcję obsługi, z której jasno wynikało, że przekroczenie prędkości Mach 2.83 doprowadziłoby do całkowitego stopienia i zniszczenia silników (potężnych Tumansky R-15B-300). Prędkość ta była więc wartością niemal samobójczą, dozwoloną tylko przez kilka minut.Awionika nie była oparta na nowoczesnych tranzystorach, ale na przestarzałych z pozoru lampach elektronowych. Choć budziło to początkowo politowanie na Zachodzie, inżynierowie szybko zdali sobie sprawę z geniuszu tego rozwiązania: lampy były całkowicie odporne na impuls elektromagnetyczny (EMP) po wybuchu bomby atomowej, podczas gdy amerykańskie tranzystory uległyby spaleniu.Co kluczowe: MiG-25 nie był myśliwcem manewrowym. Na małych wysokościach był ociężały i całkowicie bezradny w klasycznej walce powietrznej. Jak podsumował jeden z analityków: "Największy postrach NATO był zbudowany na kłamstwie". Tamto wydarzenie zmieniło, paradoksalnie, bardzo wiele. Zimnowojenny układ sił został skalibrowany na nowo. Stany Zjednoczone zyskały pewność, że nowo projektowane F-15 całkowicie deklasują sowiecką maszynę w realnym starciu, co zdjęło z barków Pentagonu ogromną presję finansową i operacyjną. Związek Radziecki poniósł wizerunkową i strategiczną klęskę.Samolot spakowano w około 40 skrzyń i zwrócono ZSRR dopiero w listopadzie 1976 r.. Moskwa skarżyła się później, że brakowało wielu drobnych, lecz kluczowych elementów. Wysłano Japończykom rachunek na 10 milionów dolarów za uszkodzenia i opóźnienia, na co Japonia odpowiedziała rachunkiem na 40 tysięcy dolarów za zniszczony pas w Hakodate i koszty transportu. Nikt nikomu ostatecznie nie zapłacił.Cichy bohaterBielenko szybko został bohaterem. Prezydent Gerald Ford osobiście przyznał mu azyl polityczny, a CIA – którego szefem był wówczas George H. W. Bush – zapewniło specjalny fundusz powierniczy. Wywiad przesłuchiwał go drobiazgowo przez kilka miesięcy, powiększając wiedzę nie tylko na temat samolotu, ale też procedur obrony przeciwlotniczej, szkoleniach i gotowości bojowej ZSRR.Bielenko zasymilował się zadziwiająco szybko. Przyjął nową tożsamość, uczył się angielskiego, podróżował po kraju i poznawał życie w kapitalistycznym systemie. Tak niesamowitym, że amerykańskie supermarkety uważał początkowo za… inscenizacje przygotowane specjalnie przez CIA. Ostatecznie został inżynierem i cenionym konsultantem dla amerykańskiego lotnictwa wojskowego oraz przemysłu lotniczego.Z czasem ożenił się z Amerykanką z Północnej Dakoty, z którą miał dwóch synów – Paula i Toma. Małżeństwo ostatecznie zakończyło się rozwodem, ale Bielenko wiódł spokojne, dostatnie życie. Latał na małych prywatnych samolotach w USA. Kiedy zapytano go po latach (podczas wyścigów lotniczych w Reno), czy cieszy się ze swojej dezercji, odpowiedział z szerokim uśmiechem: "Oczywiście! Mam dobre życie tu, w naszym kraju, w Stanach Zjednoczonych Ameryki". Rosję (już po upadku ZSRR) odwiedził tylko raz, służbowo, w 1995 roku. Nigdy nie nawiązał trwałego, pełnego kontaktu z byłą żoną Ludmiłą i synem Dmitrijem, których zostawił w ZSRR, co do końca życia stanowiło trudny, słodko-gorzki aspekt jego historii.Wiktor Iwanowicz Bielenko zmarł w wieku 76 lat, po krótkiej chorobie, 24 września 2023 roku w niewielkim miasteczku w hrabstwie Pope w stanie Illinois, w otoczeniu swoich dwóch amerykańskich synów. Zgodnie z jego życzeniem, pożegnano go w ciszy, bez publicznych ceremonii pamiątkowych. Zostawił po sobie dziedzictwo pilota, którego jeden, brawurowy lot drastycznie przewartościował wiedzę Zachodu o wrogu zza Żelaznej Kurtyny, zapobiegając być może eskalacji zimnowojennego wyścigu zbrojeń.