Uprzedzenia do edukacji zdrowotnej. To pytanie czysto retoryczne. Doskonale wiem, komu przeszkadza w sumie cała edukacja zdrowotna wprowadzona do szkół, a ten jeden jedyny moduł poświęcony zdrowiu seksualnemu, nie pozwala spokojnie spać. Nic tak nie elektryzuje prawej strony, jak absurdalna wizja, że ktoś będzie „seksualizował” dzieci i opowiadał w czasie 45-minutowych (jednych w całym roku szkolnym!) zajęć o tym, że nie tylko „chłopak i dziewczyna to normalna rodzina”. Pewnie uznałabym, że problemy z wprowadzeniem nowego przedmiotu, czy dyskusją na temat zasadności edukowania dzieci z tematów traktujących o seksualności człowieka, są raczej wyimaginowane, przesadzone, rozdmuchane, bo któż na poważnie mógłby mieć coś przeciwko jednym zajęciom, które przy edukacji seksualnej z prawdziwego zdarzenia nawet nie stały…Gdyby nie fakt, że miałam wątpliwą przyjemność uczestniczenia w spotkaniu informacyjnym organizowanym w szkole mojego dziecka, gdyż do zorganizowania takich spotkań z rodzicami dyrektorzy szkół zostali zobligowani. Chodziło pewnie o to, by oswoić ludzi z tym jakże szokującym przedmiotem, a właściwie wyciągniętym z jego ram modułem o zdrowiu seksualnym, który – co podkreślę jeszcze raz – w takiej np. 4. klasie szkoły podstawowej trwa 45 minut.Jedną godzinę lekcyjną.Do spotkania doszło, biedna nauczycielka nie zdołała nawet pokazać trzech slajdów, gdy jedna z mam zaczęła dopytywać np. o to, jakie konkretnie modele rodziny będą w czasie takich zajęć prezentowane.Niby nic, ktoś mógłby powiedzieć, dość niewinne pytanie do prowadzącej spotkanie, tyle że takie pytania „z tezą” są dość charakterystyczne dla dyskusji wokół tego tematu. Można by powiedzieć, że to klasyka gatunku.I tak już kilka chwil później, wspomniana przeze mnie, z pewnością zatroskana o prawidłowy rozwój swojego dziecka mama, zarzucała nauczycielkę podobnymi wątpliwościami, łapiąc ją przy okazji za słówka, gdy ta usiłowała jakoś zachęcić rodziców (jednak bez wywierania presji, co dość istotne!) na to, by zgodzili się na udział swoich dzieci w tej jednej, biednej, całkiem niewystarczającej lekcji o SEKSIE. Choć z wiadomych przyczyn to słowo w czasie takiego spotkania raczej nie padało, przecież wielu reaguje na nie alergicznie.Czytaj też: „Zgotuję ci piekło”. Czy polskie rozwody to emocjonalna rzeźnia?Himalaje absurduI piszę o tym wszystkim po to, by pokazać, jakie Himalaje absurdu osiągnęliśmy nie tyle w kwestii edukowania dzieci o zdrowiu, w tym zdrowiu seksualnym, ile w kwestii rozmowy o tym zagadnieniu.W mojej opinii wszystkie takie spotkania, inicjatywy mające na celu zachęcenie do uczestnictwa w zajęciach nie będą miały sensu dopóty, dopóki rodzice będą przychodzić na nie zainfekowani tym, co przeczytali w sieci, zobaczyli w mediach straszących lekcjami, ktoś życzliwy im powiedział, może ksiądz rzucił między wierszami niedzielnego kazania, albo jakiś polityk wyrecytował w przekazie dnia.A wystarczyłoby sięgnąć po program, świętość dla nauczycieli (zwłaszcza tak „kontrowersyjnego” przedmiotu), by w ciągu kilku minut dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi tak naprawdę. Gdybyście państwo nie mieli wcześniej okazji, pozwolę sobie przytoczyć kilka punktów, podkreślając przy okazji raz jeszcze, że wciąż jesteśmy przy jednej godzinie lekcyjnej w klasach IV-VI i dwóch w klasach VII-VIII.Program edukacji zdrowotnejZatem w klasie czwartej dzieci dowiedzą się, czym jest w ogóle zdrowie seksualne oraz czym jest tzw. zły dotyk i ewentualnie jak reagować „w sytuacji przekroczenia granic intymnych przez inną osobę”.W klasie piątej uczniowie przez 45 minut będą rozmawiać o stereotypach związanych z płcią.W klasie szóstej pojawiają się mrożące krew w żyłach propagatorów teorii o bocianie lub kapuście tematy takie jak: zapłodnienie, ciąża, poród, opieka nad niemowlęciem. Plus pakiet informacji o wartości rodziny. I znów – wszystko w czasie 45-minutowej lekcji, z której po odliczeniu czasu na sprawdzenie obecności i inne kwestie formalne, zostanie pewnie minut trzydzieści.Czytaj też: Gwiazdy angażują się w kampanie społeczne (jeśli im się opłaca)Za to w siódmej klasie, w czasie dwóch godzin lekcyjnych, uczniowie pochylać się będą nad seksualnością i znaczeniu wiedzy na jej temat na różnych etapach życia, a także nad relacjami i przemocą seksualną.W tym miejscu dorzucę dane z najnowszego raportu UNICEF, z których wynika, że „około 20 milionów dzieci w wieku od 12 do 17 lat w 21 badanych krajach doświadczyło w ciągu jednego roku co najmniej jednej formy wykorzystywania seksualnego lub niegodziwego traktowania w celach seksualnych z wykorzystaniem technologii”.I wreszcie klasa ósma i znowu dwie lekcje „edukacji”, tym razem poświęcone „świadomej zgodzie”, asertywności, presji związanej „z podjęciem aktywności seksualnej” i m.in. konsekwencjami przedwczesnej inicjacji.Moim zdaniem arcyważne tematy, absolutnie konieczne w świecie działającym na zasadach „wszystko, wszędzie, naraz”.Tyle że by dowiedzieć się o tym, jak „seksualizujący” jest program tej prowizorycznej edukacji seksualnej, trzeba umieć czytać ze zrozumieniem. Ale to już umiejętność zarezerwowana, jak widać, dla wybrańców.