Czołgi to niejedyny scenariusz. NATO nie widzi dziś bezpośredniego zagrożenia atakiem Rosji. Polska tymczasem obawia się rosyjskiej prowokacji, a dyrektor CIA podczas wizyty w Moskwie miał przestrzegać Rosjan przed uderzeniem w państwo Sojuszu. Pozorna sprzeczność tych komunikatów wynika z tego, że między pokojem a otwartą wojną rozciąga się ogromna szara strefa. I właśnie w niej Rosja już działa. „W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia atakiem”, oświadczył w niedzielę, 30 sierpnia, anonimowy przedstawiciel NATO cytowany przez Agencję Reutera. Jednocześnie zaznaczył, że Rosja nasila ataki na Ukrainę oraz działania hybrydowe w Europie. NATO – zapewnił – pozostaje czujne.Dzień wcześniej z Warszawy popłynął komunikat brzmiący znacznie bardziej alarmistycznie. Po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem premier Donald Tusk napisał, że rosyjska eskalacja postępuje, a najbliższe pół roku może okazać się rozstrzygające. Polska i NATO powinny być przygotowane na różne scenariusze. „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony Rosji przeciwko któremuś z państw NATO”, ostrzegł szef rządu RP.Z kolei prezydent Finlandii Alexander Stubb w opublikowanym tego samego dnia wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził, że nie spodziewa się rosyjskiego ataku na państwo NATO. Powołał się przy tym zarówno na informacje wywiadowcze, jak i siłę odstraszania Sojuszu. Jego zdaniem Rosja ponosi w Ukrainie straty, które utrudniają jej otwarcie drugiego frontu, zaś sprawdzanie militarnej determinacji NATO byłoby dla Moskwy pozbawione sensu. Nie znaczy to – zastrzegł – że Europa może przestać przygotowywać się na najgorszy scenariusz.Kto więc ma rację? Wszyscy. Mówią bowiem o różnych rzeczach.Czytaj też: Ambasador Rosji wezwany do MSZ. Jest oficjalne potwierdzenieCzołgi to niejedyny scenariuszRosyjski atak na NATO najłatwiej wyobrazić sobie jako powtórkę z 24 lutego 2022 roku. Koncentrację wojsk, przygotowania logistyczne, uderzenia rakietowe i lotnicze, a następnie przekroczenie granicy przez jednostki lądowe. W przypadku Sojuszu najczęściej przywoływany jest przy tym kierunek bałtycki – Estonia, Łotwa i Litwa – albo Polska.Taki scenariusz rzeczywiście trudno dziś uznać za najbardziej prawdopodobny. Rosja nadal prowadzi pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i angażuje w nią ogromną część swojego potencjału wojskowego. Musiałaby przy tym liczyć się z wejściem w konflikt z sojuszem dysponującym nieporównanie większym potencjałem gospodarczym i wojskowym oraz bronią jądrową.I właśnie przewaga Sojuszu ma kluczowe znaczenie dla odstraszania. Jego istotą jest przekonanie przeciwnika, że ewentualny atak nie pozwoli mu osiągnąć zakładanych celów albo pociągnie za sobą koszty większe od możliwych korzyści. NATO wzmacnia ten mechanizm, zwiększając siły na wschodniej flance, rozbudowując plany obronne i podnosząc wydatki wojskowe. Sojusz oficjalnie określa Rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw NATO.Rzecz w tym, że między pokojem a rosyjskimi czołgami przekraczającymi granicę NATO znajduje się jeszcze bardzo dużo miejsca. I Moskwa potrafi z niego korzystać.Wojna, której nikt nie wypowiedziałNajświeższego przykładu dostarczyły Niemcy. 1 września władze w Berlinie oficjalnie uznały Rosję za odpowiedzialną za próbę zamachu na lotnisku Lipsk/Halle. Na początku sierpnia znaleziono tam drona wyposażonego w materiał wybuchowy. Według niemieckich mediów celem mógł być ukraiński samolot transportowy.Minister spraw wewnętrznych RFN Alexander Dobrindt poinformował, że konfiguracja drona, rodzaj materiału wybuchowego i technika detonacji były znane z wcześniejszych rosyjskich operacji hybrydowych oraz wojny przeciw Ukrainie. Niemiecki rząd uznał więc incydent za rosyjski atak hybrydowy. Moskwa zaprzecza, by miała z nim cokolwiek wspólnego.To już nie operacja dezinformacyjna czy próba włamania do rządowej sieci komputerowej. Dron przewożący materiał wybuchowy mógł zniszczyć samolot, spowodować pożar i zabić ludzi. Jednocześnie sposób przeprowadzenia tej operacji zasadniczo różni się od otwartego ataku militarnego. Z Rosji nie nadleciał bombowiec, nie wystartowała rakieta balistyczna, granicy Niemiec nie przekroczyli rosyjscy żołnierze. Zamiast jednoznacznego aktu agresji mamy działanie, którego sprawcę trzeba najpierw ustalić, a jego związek z rosyjskim państwem – udowodnić.I właśnie ta niejednoznaczność jest istotą problemu.Czytaj też: Ukraina negocjuje z UE. Jedno państwo blokuje rozmowyRosja od lat prowadzi przeciw państwom europejskim działania, które NATO i Unia Europejska określają jako kampanię hybrydową. Obejmuje ona cyberataki, sabotaż, ingerencję w procesy polityczne, operacje informacyjne, zakłócanie systemów elektronicznych i działania przeciw infrastrukturze krytycznej. W lipcu Rada Północnoatlantycka ponownie oficjalnie potępiła rosyjskie cyberoperacje wymierzone w państwa Sojuszu. UE mówi z kolei o „uporczywych, skoordynowanych i długotrwałych” rosyjskich kampaniach hybrydowych.Nie chodzi przy tym o przypadkowy zbiór incydentów. W rosyjskim sposobie prowadzenia konfrontacji działania militarne, wywiadowcze, informacyjne, gospodarcze i cybernetyczne mogą być elementami jednej strategii. Pozwalają wywierać presję na przeciwnika bez podejmowania ryzyka związanego z otwartą wojną.Można zakłócać GPS. Można atakować sieci komputerowe. Można podpalać magazyny, uszkadzać infrastrukturę albo wykorzystywać pośredników do przeprowadzenia sabotażu. Można również prowadzić operacje wpływu, których celem nie jest zniszczenie konkretnego obiektu, lecz pogłębienie politycznych i społecznych podziałów. Każde z tych działań może powodować realne szkody. Ale czy to już wojna?Czytaj też: Wojna zmieniła standardy. Komandos nie jest już jedyny w elicieJak daleko można się posunąć?Z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO istotne jest więc nie tylko ryzyko otwartego rosyjskiego ataku, lecz także to, jak daleko Moskwa może posunąć się poniżej progu wojny. Cyberatak powodujący kilkugodzinną awarię? Sabotaż linii kolejowej? Uszkodzenie kabla na dnie Bałtyku? Dron nad bazą wojskową? Eksplozja w magazynie? Atak na samolot przewożący uzbrojenie dla Ukrainy?A jeśli w takim zdarzeniu zginą ludzie?Nie istnieje taryfikator określający, ile zniszczonych transformatorów, samolotów czy ofiar oznacza przekroczenie granicy między działaniem hybrydowym a zbrojnym atakiem. I nie jest to przypadek.W powszechnym wyobrażeniu artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego działa czasem jak alarm przeciwpożarowy. Rosja atakuje państwo NATO, ktoś naciska przycisk i 32 państwa automatycznie przystępują do wojny. W rzeczywistości mechanizm jest bardziej złożony. Artykuł 5 mówi, że zbrojny atak na jednego lub kilku sojuszników będzie uznany za atak przeciwko wszystkim. Każde państwo udzieli następnie pomocy, podejmując działania, które uzna za konieczne – włącznie z użyciem siły zbrojnej.Pozostaje jednak wcześniejsze pytanie: co właściwie jest zbrojnym atakiem? NATO nie tworzy zamkniętego katalogu takich zdarzeń. Sojusz podkreśla, że ocena musi być dokonywana indywidualnie, zależnie od charakteru konkretnego przypadku. Jednocześnie zastrzega, że poważny cyberatak, a także inne działania hybrydowe, mogą osiągnąć poziom zbrojnego ataku i doprowadzić do uruchomienia artykułu 5.Rosja nie dostaje więc mapy z dokładnie narysowaną czerwoną linią. Nie może być pewna, czy określona operacja spotka się jedynie z reakcją państwa, przeciw któremu została przeprowadzona, czy z odpowiedzią całego Sojuszu. Ta niejednoznaczność komplikuje podejmowanie decyzji przez 32 państwa NATO, ale jednocześnie utrudnia kalkulację Moskwie. Gdyby bowiem Sojusz dokładnie ogłosił, jakie działania nie spowodują uruchomienia artykułu 5, wręczyłby przeciwnikowi instrukcję bezpiecznej eskalacji.Wiadomość dostarczona w MoskwieW tym kontekście znaczenia nabiera wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe'a w Moskwie. 25 sierpnia spotkał się on z szefem rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiejem Naryszkinem. Według Reutersa, powołującego się na dwa źródła znające przebieg rozmów, Ratcliffe poruszył kwestię możliwości rosyjskiej operacji przeciw państwu NATO. CBS News podało zaś, że szef CIA ostrzegł Rosję przed atakiem na członków Sojuszu. Amerykańskie władze nie ujawniły szczegółów spotkania, a Donald Trump określił wizytę jako „półrutynową”.Nie wiemy więc, jaką wagę miał ten temat podczas rozmowy. Jeśli jednak informacje Reutersa są trafne, możliwość rosyjskiej operacji przeciw państwu NATO jest w Waszyngtonie traktowana na tyle poważnie, by rozmawiać o niej bezpośrednio z Moskwą.I tu wracamy do punktu wyjścia: NATO nie widzi obecnie bezpośredniego zagrożenia rosyjskim atakiem. Nie oznacza to jednak, że problem rosyjskiej presji na Sojusz znika. Przeciwnie – przesuwa się poniżej progu otwartej wojny.Czytaj też: Zaskakujący zwrot. Putin w ostatniej chwili odwołał spotkanie z szefem CIARosja wie, czym ryzykowałaby, otwarcie uderzając na państwo NATO. Znacznie mniej oczywiste jest to, jaką cenę zapłaci za działania, które pozostaną poniżej tej granicy.I właśnie odpowiedź na takie działania jest dziś prawdziwym testem dla Sojuszu. Skuteczne odstraszanie nie może zaczynać się dopiero w chwili, gdy rosyjski pocisk spadnie na terytorium jednego z państw NATO. Musi również oznaczać zdolność do przypisania Moskwie odpowiedzialności za działania prowadzone w szarej strefie i nakładania za nie kosztów – politycznych, gospodarczych, wywiadowczych czy innych – zanim pojawi się pytanie o artykuł 5.Bo największą zachętą do kolejnej prowokacji nie musi być przekonanie Kremla, że NATO nie odpowie na zbrojny atak. Wystarczy przekonanie, że da się zaatakować NATO tak, by zbrojnym atakiem tego nie nazwano.