Dezinformacja utrudnia ocenę strat. Po powodzi, która 26 sierpnia dotknęła pogranicze Nepalu i Chin, w mediach społecznościowych masowo zaczęły pojawiać się sfabrykowane, hiperrealistyczne nagrania przedstawiające skutki katastrofy. Jak poinformowała agencja AFP, część z nich została wygenerowana przy użyciu sztucznej inteligencji. Jednocześnie – jak ustaliła CNN – chińskie władze miały zaostrzyć kontrolę przepływu informacji dotyczących sytuacji w Tybecie, utrudniając ocenę rzeczywistej skali zniszczeń.Dział fact-checkingowy AFP ustalił, że materiały wygenerowane przez AI zdobyły ogromną popularność na Instagramie, Facebooku, TikToku, YouTube i platformie X. Jedno z fałszywych nagrań, trwające zaledwie 10 sekund, przedstawiało rzekomo rzekę występującą z brzegów, niszczącą budynki i porywającą ludzi. Analitycy zwrócili uwagę na liczne anomalie wizualne. W pewnym momencie fale wody w nienaturalny sposób przeobrażają się w głazy, co wskazuje na wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji.Popularność zdobyło również inne zmanipulowane nagranie, które miało już około 7 mln wyświetleń. Pokazywało ono rzekome zawalenie się mostu pod naporem wody. Portal Lead Stories wykazał, że film został wygenerowany przez AI. O jego fałszywym charakterze świadczyło m.in. zachowanie znajdujących się na moście osób, które pozostawały nienaturalnie spokojne mimo zbliżającego się kataklizmu.Zmieniano kontekst nagrań Autorzy dezinformacji sięgali jednak nie tylko po generatywną AI. AFP odnotowała również liczne przypadki tzw. zmiany kontekstu, czyli wykorzystywania starych nagrań i przedstawiania ich jako aktualnych. W ten sposób rozpowszechniano m.in. archiwalne ujęcia spływu wody z lodowca Columbia na Alasce oraz nagrania zalanego posągu Buddy, pochodzące z wcześniejszej powodzi w Nepalu w 2024 r. W mediach społecznościowych pojawiło się również nagranie osuwiska niszczącego plac budowy. W rzeczywistości zostało ono zarejestrowane w indyjskim stanie Kerala w lipcu 2026 r. Jak poinformował w piątek „Kathmandu Post”, nepalski rząd zwrócił się do przedstawicieli TikToka oraz Mety, właściciela Facebooka i Instagrama, o pilne usunięcie drastycznych materiałów oraz nagrań wygenerowanych przy użyciu AI. Część fałszywych treści nie tylko wprowadzała odbiorców w błąd, ale również zawierała kody QR prowadzące do fikcyjnych zbiórek pieniędzy dla ofiar powodzi.Przyczyny katastrofy w cieniu dezinformacji Dezinformacja dotyczyła także przyczyn katastrofy. Wydawany w Hongkongu „South China Morning Post” zwrócił uwagę, że początkowy brak informacji na temat źródła powodzi sprzyjał powstawaniu spekulacji i teorii spiskowych. W mediach społecznościowych pojawiały się wpisy obarczające odpowiedzialnością stronę chińską. Niektóre z nich sugerowały, że katastrofę wywołało rzekome pęknięcie tamy w Tybecie.Władze w Pekinie i Katmandu oficjalnie podały jednak, że przyczyną powodzi było naturalne oderwanie się lodu i skał od lodowca w rejonie szczytu Langtang Lirung. Mimo tego informacje sugerujące udział Chin w katastrofie nadal krążyły w internecie. Według CNN chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego pociągnęło do odpowiedzialności co najmniej 12 osób za rzekome rozpowszechnianie fałszywych informacji dotyczących skutków powodzi w Tybecie, m.in. liczby ofiar śmiertelnych i osób zaginionych. Amerykańska stacja oceniła, że podczas katastrofy Pekin zaostrzył kontrolę internetu, dążąc do utrzymania kontroli nad przekazem dotyczącym klęski żywiołowej.CNN poinformowała również, że chińskie władze usunęły z internetu nagranie przedstawiające moment, w którym woda zalewa budynek administracyjny w Gyirong – mieście położonym przy granicy Tybetańskiego Regionu Autonomicznego z Nepalem. Stacja zwróciła także uwagę, że telefon zaufania dla rodzin osób poszkodowanych uruchomiono dopiero w niedzielę, kilka dni po katastrofie.Brakuje bezpośrednich wypowiedzi Państwowe chińskie media w swoich relacjach koncentrowały się natomiast przede wszystkim na działaniach ratunkowych i ich sukcesach. W przekazach brakowało bezpośrednich wypowiedzi mieszkańców dotkniętych powodzią.„Guardian” ocenił w piątek, że sytuacja w Nepalu jest znacznie bardziej przejrzysta niż po chińskiej stronie, gdzie ścisła kontrola przepływu informacji utrudnia społeczeństwu ocenę rzeczywistego przebiegu wydarzeń. Brytyjski dziennik przypomniał, że katastrofa dotknęła Tybetu, który od początku lat 50. znajduje się pod kontrolą Chin. Zagraniczni dziennikarze nie mogą swobodnie podróżować po tym regionie bez specjalnych pozwoleń, co znacząco utrudnia niezależną weryfikację informacji.Czytaj także: Ponad tysiąc ofiar „himalajskiego tsunami”. Tysiące wciąż zaginione