Płacimy krocie za zajęcia dodatkowe. Może przesadziłam, że „każdy”, ale większość nas-rodziców właśnie wchodzi w tryb pt. „ratuj się kto może”, gdyż dźwięk szkolnego dzwonka znowu zaczyna wyznaczać rytm logistycznej układanki, finansowych puzzli, 10-miesięcznej, niezwykle emocjonującej, jazdy bez trzymanki. Rytm dowożenia i odwożenia, pracy w poczekalniach szkółek piłkarskich i domów kultury, życia od faktury do faktury za „zajęcia dodatkowe”, oczywiście pod warunkiem, że jeszcze w czerwcu zatroszczyliśmy się o to, by nasze dzieci znalazły się na listach osób przyjętych na angielski, chiński, zapasy, naukę śpiewu i tańca, a może i ceramikę, naukę gry na gitarze, drukowania w 3D, programownia oraz kurs gotowania pod nazwą „Mały Chef”. Bo wiadomo, jak szefa kuchni zastąpimy „chefem”, to jakbyśmy utorowali naszym dzieciom drogę po gwiazdki Michelin. I piszę to jako mama, która też w tym uczestniczy, poznała zasady gry i trwa w tej szkolnej układance. Płacę i płaczę, choć łzy nie są powodowane jedynie kwotami znikającymi co miesiąc z mojego konta. Także faktem, że nagle, zbyt szybko, niepostrzeżenie, po dwóch miesiącach względnej laby, rozpoczynam dodatkowy etat na rodzicielskim „uberze”.O tym, że nie jestem sama, mogą świadczyć ubiegłoroczne wyliczenia CBOS-u. „Cztery piąte (80 proc.) rodziców dzieci w wieku szkolnym finansuje lub zamierza finansować pozalekcyjne zajęcia edukacyjne lub ogólnorozwojowe, co jest rekordowym wynikiem w okresie od roku szkolnego 1998/1999”.Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez SW Research wynikało zaś, że „niemal 90 proc. polskich rodziców przeznacza dodatkowe środki na edukację pozaszkolną dzieci. Są to różnego rodzaju aktywności – korepetycje, zajęcia sportowe czy kółka zainteresowań”.I dalej, już à propos pieniędzy:„Aż 46,8 proc. badanych, ocenia, że przeznacza na nią od 201 do 500 zł miesięcznie. Wyższe kwoty (od 501 do 1000 zł) deklaruje druga pod względem liczebności grupa 23,4 proc. rodziców. Najwięcej, bo ponad 1000 zł, na zajęcia dodatkowe dla dzieci wydaje 4,5 proc. ankietowanych”.Czytaj też: Życie w barterze. A ty człowieku płaćŚrednio prawie tysiąc złotych na dodatkowe zajęciaWedług CBOS-u średnia deklarowanych łącznych kwot, jakie rodzice dzieci i młodzieży w wieku szkolnym zamierzali w ubiegłym roku przeznaczać miesięcznie na dodatkowe zajęcia edukacyjne lub ogólnorozwojowe dla nich, wynosiła 944 zł.Mogę się założyć, że w tym roku kwota ta wzrośnie. Sam kurs języka angielskiego to koszt około 400-500 złotych miesięcznie. Zajęcia sportowe kosztują średnio ok. 250 złotych. Jeśli do tego dorzucilibyśmy coś ekstra, choćby jakieś zajęcia artystyczne, tysiąc pęka. A przecież te moje szybkie wyliczenia nie obejmują korepetycji, przygotowań do egzaminów, etc., które – jak wiadomo – są nieodłącznym elementem edukacyjnego krajobrazu w Polsce (za godzinę, w zależności od przedmiotu, dorobku nauczyciela itd. zapłacić trzeba od 70 do nawet 200 złotych, a może i więcej). Dlatego kwoty rzędu dwóch tysięcy złotych za to, by stworzyć dzieciom szanse, albo je wyrównać, nie wydają się przesadzone. Oczywiście czasem te kwoty nie są podyktowane realną potrzebą dziecka, a jedynie marzeniem, niezrealizowanymi ambicjami rodzica, ale prawda jest taka, że w sytuacji, kiedy w szkołach coraz trudniej znaleźć jakiekolwiek darmowe zajęcia dla uczniów, wielu rodziców czuje, że musi zagwarantować swoim dzieciom rozwój na jeszcze innych polach, niż te wyznaczane przez podstawę programową realizowaną z różnym skutkiem.Z badań, które przytoczyłam wyżej wynika też, że rodzice często rezygnują z własnych (finansowych) potrzeb, byle tylko ich było stać na te wszystkie dziecięce pozalekcyjne zajęcia.I nie wiem, co nas pcha bardziej, co każe nam organizować naszym dzieciom czas po szkole. Czy to kwestie niedoboru, którego sami doświadczaliśmy w dzieciństwie, czy niepewności związanej ze zmieniającym się światem i świadomością, że wielu „zawodów przyszłości” jeszcze nawet nie znamy (zatem odnajdą się najpewniej ci, którzy będą wystarczająco „elastyczni”)? Czy można to jakoś zatrzymać? Przerwać tę gonitwę bez poczucia, że być może odbieramy dzieciom jakąś szansę?Nie wiem. Na szczęście nie ja sama trwam w tej niewiedzy.Czytaj też: Dzieci vs. całe zło tego świata. „Moje pokolenie miało szczęście”