Jakie są zagrożenia? Po zakończeniu wojny w Ukrainie za naszą wschodnią granicą pozostaną setki tysięcy ludzi z doświadczeniem frontowym oraz ogromne ilości broni, co coraz częściej przedstawia się jako potencjalne zagrożenie dla Polski. Część tych obaw ma niewiele wspólnego z rzeczywistymi możliwościami Ukrainy, inne zasługują na poważne potraktowanie. Sprawdzamy, czego naprawdę powinniśmy się obawiać – i dlaczego znacznie większym problemem od silnej ukraińskiej armii mogłaby być Ukraina słaba i zdestabilizowana. Ukraina stworzyła podczas wojny siły zbrojne większe od armii jakiegokolwiek państwa Unii Europejskiej. Dokładna liczebność pozostaje informacją wrażliwą i zmienia się wraz z mobilizacją oraz stratami, ale skalę dobrze pokazują oficjalne dane dotyczące aplikacji Army+. Już w maju 2025 roku ukraińskie Ministerstwo Obrony informowało, że autoryzowany dostęp do niej posiada około 800 tys. wojskowych.Nie oznacza to jednak, że po zawarciu pokoju lub trwałym zawieszeniu broni Ukraina będzie nadal utrzymywać pod bronią podobną liczbę ludzi. Armia czasu wojny jest podporządkowana innym regułom niż armia funkcjonująca w czasie pokoju. Setki tysięcy żołnierzy trzeba opłacać, wyposażać, szkolić, żywić i kwaterować, a przede wszystkim – są to setki tysięcy ludzi wyjętych z cywilnego rynku pracy.Dla wyniszczonego wojną i zmagającego się z problemami demograficznymi kraju będzie to szczególnie dotkliwe. Ukraina stanie więc przed sprzecznymi potrzebami. Z jednej strony pozostanie jej Rosja, która niezależnie od sposobu zakończenia obecnej wojny prawdopodobnie nadal będzie traktowana w Kijowie jako podstawowe zagrożenie militarne. Z drugiej – państwo będzie potrzebowało demobilizacji części armii, aby odbudowywać gospodarkę i kraj.Samo stwierdzenie, że po wojnie „za polską granicą pozostanie milionowa ukraińska armia”, jest więc co najmniej uproszczeniem. Może pozostać bardzo duża armia i zapewne pozostanie duża rezerwa ludzi z doświadczeniem wojskowym. Nie wiemy jednak, jak liczne będą pokojowe Siły Zbrojne Ukrainy, bo będzie to zależało między innymi od warunków zakończenia wojny i przyszłych gwarancji bezpieczeństwa.Najbardziej doświadczona armia Europy?Ukraińscy żołnierze od lat walczą na wielką skalę z przeciwnikiem dysponującym lotnictwem, rakietami balistycznymi i manewrującymi, artylerią, bronią pancerną, dronami i rozbudowanymi systemami walki radioelektronicznej. Ukraińska armia nauczyła się prowadzić działania w środowisku nasyconym bezzałogowcami, błyskawicznie wykorzystywać informacje z rozpoznania oraz wprowadzać nowe rozwiązania techniczne w tempie nieosiągalnym dla większości zachodnich sił zbrojnych.Czytaj też: Krwawa zemsta za ataki na magazyny. Rosjanie uderzyli w ukraińskie centraSkala rewolucji dronowej jest ogromna. Ukraiński resort obrony podał, że tylko w 2025 roku w ramach programu premiującego skuteczne jednostki bezzałogowe zarejestrowano prawie 820 tys. potwierdzonych na nagraniach trafień rosyjskich celów.Wraz z armią rozwinął się ukraiński przemysł obronny. Według danych rządu wiosną 2026 roku ponad połowa uzbrojenia używanego na froncie była już produkowana w kraju. W sektorze pracowało ponad 900 przedsiębiorstw i przeszło 300 tys. ludzi, a szczególnie silne są ukraińskie kompetencje w produkcji bezzałogowców, artylerii i systemów łączności.Obraz Ukrainy całkowicie uzależnionej od dostaw zachodniej broni jest więc dziś nieprawdziwy. Nie oznacza to jednak czegoś przeciwnego: że Kijów osiągnął wojskową samowystarczalność.Olbrzym, który potrzebuje broni Zachodu…To jedna z najważniejszych różnic między rzeczywistymi możliwościami ZSU a ich obrazem tworzonym przez samą liczbę żołnierzy i doświadczenie bojowe.Ukraina potrafi dziś produkować na ogromną skalę drony, rozwija własne systemy walki radioelektronicznej, zwiększa produkcję amunicji, artylerii i uzbrojenia dalekiego zasięgu. Jednocześnie część najbardziej zaawansowanych zdolności ukraińskiej armii nadal zależy od zachodniej technologii i dostaw.Czytaj też: Bandycki atak Rosjan na Kijów. Po raz pierwszy wykorzystali nowy pociskDobrym przykładem jest obrona powietrzna. Według analizy brytyjskiego Royal United Services Institute w 2026 roku ukraińskie rakietowe systemy przeciwlotnicze są już w większości konstrukcjami zachodnimi, ponieważ zapasy rakiet do wielu systemów postsowieckich zostały w dużej mierze wyczerpane. NASAMS i IRIS-T chronią najważniejsze obiekty przed pociskami manewrującymi, a Patriot i SAMP/T zapewniają Ukrainie najskuteczniejszą obronę przed rosyjskimi pociskami balistycznymi. Kluczowym ograniczeniem pozostaje dostępność rakiet przechwytujących.Podobnie wygląda sytuacja w lotnictwie, części uzbrojenia precyzyjnego i wielu rodzajach amunicji. Ukraińskie zdolności są zatem połączeniem własnego potencjału z zachodnim zapleczem technologicznym i przemysłowym.…i jego pieniędzyJeszcze mocniej widać tę zależność w finansach. Po czerwcowej nowelizacji ukraińskiego budżetu wydatki na bezpieczeństwo i obronę w 2026 roku sięgnęły 4,367 bln hrywien, czyli około 367 mld zł (98 mld dol.). Jednocześnie Kijów nadal potrzebuje ogromnego wsparcia zewnętrznego – w pierwotnym budżecie na ten rok jego potrzeby określano na ponad 2 bln hrywien. Sama Unia Europejska w ramach programu Ukraine Support Loan może przekazać Kijowowi w latach 2026–2027 do 90 mld euro. Według czerwcowych danych ukraińskiego resortu finansów tylko w 2026 roku 31,8 mld euro unijnego wsparcia ma zostać przeznaczone na bezpieczeństwo i obronę.Przez większość wojny Kijów mógł przy tym argumentować, że wojsko finansuje przede wszystkim z własnych dochodów. Była to jednak tylko część obrazu. Zagraniczne pieniądze pozwalały opłacać pozostałe funkcje państwa – emerytury, szkoły, szpitale czy administrację – dzięki czemu własne środki można było kierować przede wszystkim na obronność. Bez zewnętrznego finansowania Ukraina musiałaby więc dokonywać dramatycznego wyboru między utrzymaniem ogromnej armii a funkcjonowaniem państwa. W 2026 roku zależność stała się jeszcze bardziej bezpośrednia, bo europejskie pieniądze zaczęły trafiać również na samą obronność.Ukraińska armia jest więc potężna, ale jej potęga jest nierównomierna. Bez zachodniego wsparcia nadal byłaby bardzo groźnym przeciwnikiem na lądzie, szczególnie w wojnie dronowej, artyleryjskiej i radioelektronicznej. Znacznie trudniej byłoby jej natomiast przez dłuższy czas prowadzić nowoczesną wojnę na wielką skalę wymagającą zaawansowanej obrony powietrznej, lotnictwa, ogromnych zapasów amunicji i stabilnego finansowania.Czy taka armia mogłaby zaatakować Polskę?Teoretycznie niemal każda wystarczająco duża armia sąsiedniego państwa może stanowić zagrożenie. W analizie bezpieczeństwa liczą się jednak nie tylko możliwości, lecz także zamiary oraz polityczne i strategiczne warunki ich wykorzystania.A tutaj scenariusz ukraińskiego ataku na Polskę zaczyna się rozpadać.Doświadczenie zdobyte podczas wojny obronnej przeciwko Rosji nie oznacza automatycznie zdolności do prowadzenia wielkiej ofensywnej wojny przeciwko państwu NATO. Ukraina musiałaby skoncentrować wojska, zapewnić im zapasy paliwa i amunicji, osłonę przeciwlotniczą, rozpoznanie i logistykę pozwalającą działać daleko od własnego zaplecza. Musiałaby również zmierzyć się z polskim lotnictwem i systemami obrony powietrznej.Przede wszystkim jednak musiałaby zaatakować państwo należące do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Polska nie prowadziłaby takiej wojny sama. Na wschodniej flance NATO funkcjonuje obecnie dziewięć wielonarodowych grup bojowych, jedna z nich stacjonuje w Polsce. Ich znaczenie nie sprowadza się do liczby żołnierzy. Obecność wojsk innych państw powoduje, że agresor od pierwszych godzin konfliktu konfrontowałby się nie tylko z armią kraju zaatakowanego, lecz także z siłami jego sojuszników.Aby wyobrazić sobie ukraiński atak na Polskę, trzeba więc założyć nie jedną, lecz cały ciąg fundamentalnych zmian. Kijów musiałby uznać Polskę za przeciwnika, dokonać zasadniczego zwrotu politycznego wobec Zachodu, pogodzić się z utratą jego finansowego i wojskowego wsparcia, przestać traktować Rosję jako główne zagrożenie, a następnie zdecydować się na konflikt z państwem NATO.Nie jest to scenariusz niemożliwy. W polityce międzynarodowej niewiele rzeczy można wykluczyć na zawsze. Na podstawie dzisiejszych realiów trudno jednak wskazać wiarygodną drogę, która miałaby do niego prowadzić.Broń większym problemem niż armiaNie oznacza to, że powojenna Ukraina nie stworzy Polsce żadnych problemów związanych z bezpieczeństwem. Jedno z najbardziej oczywistych zagrożeń dotyczy broni.Od lutego 2022 roku do Ukrainy trafiły gigantyczne ilości uzbrojenia i amunicji, a jednocześnie krajowa produkcja zwiększyła się wielokrotnie. Część broni została utracona lub porzucona na polu walki, część znalazła się w rękach cywilów.Czytaj też: Rosja może wkrótce przetestować NATO. Eksperci ostrzegają trzy krajeSmall Arms Survey w opublikowanym pod koniec 2025 roku raporcie „Weapons Compass” zwraca uwagę, że chodzi nie tylko o pistolety i karabiny, lecz także granaty czy przenośne systemy rakietowe. Ich przejęcie przez grupy przestępcze lub ekstremistyczne stanowi potencjalne zagrożenie również dla innych państw regionu.Tutaj jednak również warto oddzielić realne ryzyko od twierdzenia, że ukraińska broń już masowo zalewa Europę. Autorzy raportu, którzy analizowali między innymi przypadki przejmowania zachodniej broni, znaleźli dowody jej nielegalnego rozprzestrzeniania się na terytorium Ukrainy, ale nie znaleźli dowodów na wielkoskalowe, systematyczne przekierowywanie zachodniego uzbrojenia na czarny rynek.Podobny obraz przedstawiło jesienią 2025 roku ukraińskie MSW podczas konferencji OBWE. Według informacji przekazywanych przez sąsiednie państwa nie wykryto wówczas zorganizowanych kanałów przemytu broni przez granicę z UE.Nie jest to argument za lekceważeniem problemu – przeciwnie. Po demobilizacji, gdy zmniejszy się kontrola typowa dla państwa prowadzącego wojnę, ryzyko może wzrosnąć. Dlatego Ukraina wraz z partnerami rozwija systemy ewidencji uzbrojenia, kontroli magazynów i zwalczania przemytu. Wiosną 2026 roku OBWE prowadziła już specjalistyczne szkolenia ukraińskiej policji, służb granicznych, celników i SBU dotyczące wykrywania nielegalnego przewozu broni, amunicji i materiałów wybuchowych.Co zrobić z milionami ludzi wychodzących z wojny?Drugim realnym wyzwaniem będzie demobilizacja.W debacie publicznej łatwo tutaj natknąć się na sugestię, że po wojnie pojawi się kilka milionów ukraińskich weteranów. Liczby wymagają jednak doprecyzowania. Premier Julia Swyrydenko mówiła pod koniec 2025 roku o 5–6 mln weteranów i członków ich rodzin łącznie, a nie o 5–6 mln byłych żołnierzy.Nawet po tym zastrzeżeniu skala problemu będzie olbrzymia. Setki tysięcy ludzi wrócą z wieloletniej wojny do życia cywilnego. Część będzie zmagała się z obrażeniami, niepełnosprawnością i problemami psychicznymi, inni z trudnościami w znalezieniu pracy lub powrocie do rodzin.Nie ma jednak podstaw, by automatycznie traktować weteranów jako przyszłe zagrożenie kryminalne. Doświadczenie frontowe czy zespół stresu pourazowego nie czynią człowieka przestępcą. Problemem może stać się natomiast nieudana reintegracja dużej grupy ludzi – szczególnie jeśli połączy się z bezrobociem, biedą, dostępem do nielegalnej broni i słabością państwowych instytucji.Paradoksalnie więc większym zagrożeniem dla Polski od silnej ukraińskiej armii mogłaby się okazać słaba Ukraina. Państwo zubożałe, politycznie niestabilne i mające problemy z reintegracją setek tysięcy weteranów byłoby również mniej skuteczne w kontrolowaniu ogromnych zasobów broni, własnych granic i zorganizowanej przestępczości. W takim scenariuszu konsekwencje wieloletniej wojny mogłyby zacząć rozlewać się poza Ukrainę – także na Polskę. Nie w postaci ukraińskich brygad przekraczających Bug, lecz przemytu broni i materiałów wybuchowych, działalności grup przestępczych czy napięć społecznych. Z polskiego punktu widzenia ważniejsze od pytania, jak silna będzie po wojnie ukraińska armia, jest więc pytanie, jak silne będzie ukraińskie państwo. W naszym interesie jest, by było ono silne i stabilne.Czytaj też: NATO nie chroni nas przed rosyjską prowokacją. Jak się przygotować?