Alfabet Oczkosia. Z naukowego punktu widzenia sprawa jest bardziej skomplikowana, niż sugerują polityczne transparenty. Bo Naród nie jest jednym człowiekiem w biało-czerwonym swetrze. Naród jest wspólnotą wyobrażoną, jak powiedziałby klasyk nauk społecznych, co oznacza, że większość jego członków nigdy się nie spotka, nie wypije razem kawy i nie pożyczy sobie cukru, a mimo to ma poczucie, że tworzy pewną całość. Współczesna polityka odkryła, iż wspólnotę wyobrażoną można bardzo dobrze wykorzystywać w kampanii. Wystarczy powiedzieć: Oni chcą wam zabrać… I już wszyscy czekają na ciąg dalszy. Co chcą zabrać? Nieważne. Może tradycję. Może wolność. Może pieniądze. Może kotleta.W polityce najważniejsze jest bowiem nie to, co ktoś chce zabrać, ale żeby Naród miał wrażenie, że właśnie trzeba czegoś pilnować, a nawet bronić. Marketing polityczny od dawna wie, że człowiek może nie przeczytać programu, ale bardzo dokładnie przeczyta zagrożenie. Program liczy sto stron. Strach mieści się na transparencie. I dlatego w polityce współczesnej Naród występuje przede wszystkim w liczbie mnogiej, ale emocjach pojedynczych.Kiedyś „My, Naród” brzmiało jak spiżowy akord, który trząsł posadami świata. Otwierało amerykańską konstytucję, a w polskim wydaniu, niesione specyficzną, acz elektryzującą dykcją Lecha Wałęsy w Kongresie USA, wywoływało ciarki, łzy wzruszenia i natychmiastową owację na stojąco. Naród był wtedy w klasycznych podręcznikach marketingu mitycznym, monolitycznym gigantem. Przypisywano mu zbiorową mądrość, wspólnego wroga i wielkie, dziejowe zadanie. Kampanie polityczne budowało się na wielkich narracjach, a wizerunek lidera musiał korespondować z archetypem narodowego bohatera. Nawet jeśli ów bohater nosił źle skrojony garnitur z Pewexu i potykał się o własną składnię, to przynajmniej mówił do wszystkich. Istniał punkt odniesienia, istniał pion.Czytaj też: M jak Manipulacja, czyli sport, w którym jesteśmy mistrzami świataNaród, czyli suweren, czyli kto?Naród, słowo-wytrych, które w marketingu politycznym przeszło najbardziej karkołomną i upokarzającą ewolucję w dziejach nowożytnych. Od potężnego, dziejowego tąpnięcia po dostosowany pod algorytmy produkt najniższej kategorii. Obserwowanie tego procesu bywa czasem bardzo bolesne. Wyobraźcie sobie piękną, gdańską, dostojną szafę, która stoi w waszym salonie od pokoleń. Zamawiacie usługę wymiany drewnianej podłogi i wynajmujecie ekipę fachowców. Ze spokojem, rano idziecie do pracy, ale po powrocie już tak spokojnie nie jest… Otóż fachowcy, przekonani o swej jakże fachowości, zamiast rzeczoną szafą, zaopiekować się jak należy, z dziką furią rąbią, a potem przerabiają ją na paździerzowe taborety do samodzielnego skręcania, w dodatku bez instrukcji i z brakującymi śrubami, mówiąc ci: sam sobie zanieś, gdzie chcesz, bo nie wnosimy. Aż się prosi, żeby dodać: nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi?Nie ma już żadnej „woli narodu”. Jest za to precyzyjnie targetowana reklama, skrojona pod aktualną frustrację konkretnej grupy demograficznej.Konstytucyjnie naród sprawuje władzę bezpośrednio lub przez przedstawicieli. Bezpośrednio, czyli w referendum, którego frekwencja w Polsce regularnie oscyluje wokół poziomu, przy którym socjolog zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomylił terminu głosowania z terminem meczu reprezentacji.Kiedyś to Naród, w swoim dziejowym, suwerennym porywie, wynosił na ołtarze przywódców. Dziś to bezwzględni spin doktorzy za pomocą badań focusowych i sztucznej inteligencji lepią sobie taki „naród”, jaki jest im akurat potrzebny do przetrwania najbliższego weekendu sondażowego.Współczesny marketing polityczny nie szuka tego, co Naród łączy, to by się biznesowo nie opłacało. Zamiast tego z chirurgiczną, sadystyczną precyzją bada, gdzie wetknąć kij, żeby krew lała się jak najefektowniej, generując zasięgi.Od trybuny do bańki, czyli jak naród się rozpadł na kawałki„My, Naród” zakładało coś, co dziś brzmi niemal egzotycznie: jedną wspólnotę, jeden ludowy podmiot, który z grubsza chce mniej więcej tego samego, tylko różni się w szczegółach wykonania. Tymczasem badania nad polaryzacją afektywną pokazują, że dzisiejszy „naród” to już nie jedna wspólnota, tylko kilka szczelnie zamkniętych plemion, które nie tyle się nie zgadzają, ile żyją w kompletnie innych systemach faktów, karmione przez algorytmy skrojone dokładnie pod ich lęki. Suweren, który miał być jeden i suwerenny, okazał się w praktyce zbiorem kilkunastu baniek informacyjnych, z których każda jest głęboko przekonana, że to właśnie ona jest tym prawdziwym, jedynym, autentycznym „My, Naród”, a ta druga bańka to już właściwie nie Naród, tylko jakieś nieporozumienie historyczne. Prawdziwy przełom nastąpił jednak wtedy, gdy do tej piaskownicy wpuszczono sztuczną inteligencję.W tym momencie pojęcie „Narodu” ostatecznie zdechło i zostało zastąpione przez pojęcie „bazy danych do obróbki”. Dziś algorytmy AI generują tysiące wariantów tego samego przemówienia w czasie rzeczywistym. Generatywne modele analizują mikro-drgnienia nastrojów społecznych szybciej, niż przeciętny poseł zdąży pomyśleć, co umówmy się i tak nie zajmuje mu zazwyczaj wiele czasu. Boty piszą komentarze, deepfake’i tworzą alternatywną rzeczywistość, a farmy trolli sterowane przez sztuczną inteligencję symulują „głos ludu”.To skądinąd fascynujące zjawisko z punktu widzenia marketingu politycznego, bo żaden sztab nie musi już przekonywać całego narodu do niczego. Wystarczy przekonać własną bańkę, że druga bańka to zdrajcy, targowica albo agentura i cel kampanii jest osiągnięty bez konieczności wychodzenia poza własne poletko elektoralne. Suweren podzielił się sam, dobrowolnie, klik po kliku i teraz z dumą broni swojego kawałka podwórka, nie zauważając, że całe podwórko dawno już zostało sprzedane deweloperowi. Naród stał się wielkim, cyfrowym laboratorium, w którym wyborca jest tylko bezwolną myszą poddawaną elektrowstrząsom strachu i oburzenia. AI nie potrzebuje już mężów stanu. Potrzebuje jedynie politycznych awatarów, które bezrefleksyjnie przeczytają z promptera tekst wypluty przez algorytm jako „statystycznie najbardziej chwytliwy”.Czytaj też: L jak lizusy polityczne. Kaczyński i Tusk, czyli duet marketingowyNaród w mediach społecznościowych, czyli dyktatura „rolki”Nowe media miały teoretycznie przywrócić narodowi głos i w pewnym sensie przywróciły, tylko że głos ten okazał się głównie komentarzem pod postem, napisanym capslockiem, o trzeciej nad ranem, często jako alkotweet tzn. AlkoX, z błędem ortograficznym w słowie „naród” akurat w tym jednym miejscu, gdzie błąd boli najbardziej. Suweren dostał megafon, ale nikt mu przy okazji nie dał kursu retoryki ani choćby podstaw logiki, więc megafon ten służy dziś głównie do wzajemnego przekrzykiwania się w obrębie własnej bańki, a nie do budowania jakiegokolwiek wspólnego stanowiska.Algorytm, który jak już ustaliliśmy w poprzednich odcinkach tego alfabetu, nie dba o prawdę, tylko o czas spędzony w aplikacji, dopilnował przy okazji, żeby naród nie mówił już jednym głosem, tylko tysiącem skłóconych ze sobą głosów, z których każdy krzyczy głośniej niż poprzedni, bo tylko krzyk gwarantuje dziś zasięgi. „My, Naród” zamieniło się w praktyce w „Ja, Użytkownik”, z tą wisienką na torcie, że każdy Użytkownik jest głęboko przekonany, iż mówi w imieniu całej reszty, tej milczącej większości, która akurat nie ma czasu wypowiadać się w komentarzach, bo jest w pracy albo śpi.Suweren zaproszony na własne przyjęcie, tyle że bez adresu tegoż„My, Naród” brzmiało pięknie na papierze niczym deklaracja miłości wypisana w konstytucji, uroczyście, wielkimi literami, z pełnym przekonaniem, że to na zawsze. Trzydzieści kilka lat później okazuje się, że Naród wciąż jest formalnie zaproszony na własne przyjęcie władzy, tylko ktoś zgubił mu adres, przesunął godzinę bez powiadomienia i w międzyczasie podzielił gości na tyle skłóconych stolików, że nikt już nie pamięta, po co w ogóle się tu zebrano.Liderzy polityczni zresztą z dziką rozkoszą przestali udawać mężów stanu. Przestali przemawiać do Narodu z pozycji podniosłego autorytetu, bo to się po prostu słabo klika i nie mieści się w formacie krótkiej rolki. Szacowny minister, zamiast pisać historię lub chociażby sensowne ustawy, nagrywa piętnastosekundowe wideo, w którym parodiuje konkurenta, robiąc z siebie cyrkowego klauna, byleby tylko „suweren” zostawił serduszko i podbił zaangażowanie. Dawne, dumne „My, Naród” skurczyło się do rozmiarów hasztagu: #MyNaród, pod którym pięć minut po publikacji wybucha rynsztokowa awantura o to, kto jest prawdziwym Polakiem, a kto opłacanym przez obce wywiady trollem.I choć politycy wszystkich opcji ze łzami w oczach i dłońmi na sercach wciąż odmieniają słowo „Naród” przez wszystkie przypadki, robią to z wdziękiem i uczciwością telemarketera wciskającego staruszkom aluminiowe garnki na pokazach w sanatorium. Naród stał się marką premium, z której bezczelnie zerwano luksusową metkę, zostawiając jedynie tani, poliestrowy zamiennik z azjatyckiego importu, który farbuje i kurczy się przy pierwszym lepszym kryzysie. A suweren został zdegradowany z pozycji dumnego podmiotu historii do roli otumanionego konsumenta emocjonalnej paszy. Dodam, że bez smaku.Czytaj też: Tresuj swój algorytm, zanim będzie za późno. „Sama wpadłam w pułapkę”