Odsłaniamy kulisy. Najbardziej niebezpieczni przestępcy i najtrudniejsze śledztwa. Do tego niemal nieograniczone możliwości działania znane z filmów akcji. Piotr Halicki w rozmowie z portalem TVP.Info odsłania kulisy pracy łowców cieni. Krzysztof Oliwa (portal TVP.Info): „Pracuj w ciszy, a niech efekt przyniesie hałas” – to sentencja, która jest powieszona na ścianie w siedzibie policyjnych łowców cieni. Czy to zdanie najlepiej ich określa?Piotr Halicki (autor książki „Łowcy cieni”): – To faktycznie jest motto, którym oni się rzeczywiście kierują i sami wielokrotnie o tym mówią. Siedziba łowców cieni nie jest jawna. Mogę zdradzić tylko, że hasło wisi na korytarzu w jednej z kamienic na warszawskim Mokotowie. Oddaje to charakter ich pracy. Gdy jest cicho, to łatwiej im dotrzeć do przestępców. Dziennikarze i opinia publiczna dowiadują się o ich istnieniu, gdy jest już się czym pochwalić. I to jest właśnie ten efekt, który przynosi hałas. Ich praca jest często bardzo żmudna, okupiona tygodniami, miesiącami czy latami poświęceń, żeby namierzyć przestępcę ukrywającego się za granicą. Sekwencja, od której zaczęliśmy rozmowę, zdaje się idealnie pasować do sprawki Magdaleny K., nazywanej „miss listów gończych”. O rozpoczęciu jej poszukiwań było bardzo głośno, wpadła dopiero po kilkunastu miesiącach. – Ta sprawa miała dużą presję społeczną, już samo określenie „miss listów gończych” powodowała poruszenie wszystkich mediów i działała na wyobraźnię. Policja szukała pięknej blondynki, która rzucała się od razu w oczy. Łowcy cieni byli przez dłuższy czas na jej tropie, wpadła na Słowacji, gdy sprawa trochę ucichła. Po wielu rozmowach, które odbyłem z łowcami cieni, wiem, że rozgłos bywa potrzebny. Czasem nagłośnienie sprawy może spowodować, że poszukiwany nagle spanikuje albo straci czujność.Wróćmy do początków łowców cieni, czyli Wydziału Operacji Pościgowych Centralnego Biura Śledczego Policji. Powołany on został 11 lat temu, a jedną z głównych przyczyn była kompromitacja całego wymiaru sprawiedliwości przy sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika.– W tym przypadku popełniono tak wiele błędów… Już sam fakt, że dzień przed zniknięciem Olewnika w jego domu odbyła się impreza, w której brali udział lokalni policjanci, daje dużo do myślenia. Potem mieliśmy do czynienia z całą serią niezrozumiałych sytuacji – ignorowanie śladów i dowodów, zagubienie kilku tomów akt. Na pewno teraz do takiej kompromitacji by nie doszło. Co się zmieniło?– Przede wszystkim, gdy mamy do czynienia z uprowadzeniem dla okupu, to taka sprawa zyskuje absolutny priorytet. Łowcy cieni od razu są na miejscu, bo liczy się każda godzina w walce o ludzkie życie.Kim naprawdę są łowcy cieni? – Pamiętajmy, żeby rozróżniać łowców cieni od łowców głów. Ci drudzy to także wyspecjalizowani policjanci, ale podporządkowani poszczególnym komendom wojewódzkim. Łowcy cieni to najlepsi z najlepszych. Nikt nie może znaleźć się tam przypadkowo. Selekcja jest bardzo ostra. Kandydat na łowcę musi wcześniej być wyróżniającym się policjantem z doświadczeniem w pionach kryminalnych lub dochodzeniowo-śledczych. Potem przechodzi okres próbny, po którym dopiero okazuje się, czy zaakceptowała go grupa. Spotkamy łowcę cieni w mundurze na ulicy?– Na pewno nie. Nie są znane nawet ich nazwiska. Gdy czasem chwalą się sukcesem, to zawsze występują po cywilnemu, z zasłoniętymi twarzami i zmienionym głosem. Nie zobaczymy ich także na oficjalnych uroczystościach, defiladach czy policyjnych pokazach. Wielką wagę przywiązuje się do chronienia ich prywatności. Chodzi tutaj głównie o bezpieczeństwo ich najbliższych. Opisujesz w książce, że łowcę cieni można spotkać w stroju… dostawcy jedzenia. Brzmi jak scena z „Killera”. – Miałem podobne skojarzenia, gdy zjawiłem się u nich w jednostce, a na krześle stał wielki plecak, który noszą dostawcy. W takim stroju znacznie łatwiej jest wejść do budynku, gdzie może przebywać figurant i zrobić rozeznanie. Sposobów kamuflażu mają całe mnóstwo.O jakich jeszcze wiesz?– Gdy są na akcji, to od razu zwracają na siebie uwagę, bo to przeważnie kilku wysportowanych facetów. Często w hotelach meldują się jako ekipa budowlana. W książce opowiedzieli mi, że kiedyś przedstawili się jako zespół disco polo.Czyli to prawdziwy oddział specjalny. Funkcjonują w sposób, jaki znamy z filmów akcji?– Na pewno mają znacznie łatwiejszy dostęp do środków, które pomagają im namierzyć poszukiwanego. Wynika to m.in. z uproszczonej biurokracji. Przede wszystkim chodzi tutaj o nowoczesną technologię, bo to przecież nie jest grupa Indian, która chodzi po ulicy i szuka śladów. Oczywiście, pracują także w terenie, prowadzą obserwacje. Czasem wcielają się np. w funkcjonariuszy drogówki, zatrzymują samochód, którym mógł jechać podejrzany i sprawdzają, czy np. nie przyjął on fałszywych personaliów. Pamiętajmy jednak, że muszą działać w granicach prawa. To nie jest dziki zachód, nie mogą pojechać sobie zagranicę znaleźć poszukiwanego, rzucić na ziemie, skuć w kajdanki i zawieźć do Polski. Zatrzymania muszą dokonać miejscowe służby, bo to reguluje prawo międzynarodowe. Działa to w dwie strony, bo organy ścigania innych państw także nie mogą działać na terenie naszego kraju. Ostatnio był głośny przykład pojmania byłego urzędnika NATO, którego nie mogło namierzyć FBI. Zwrócili się do łowców cieni, bo wiedzieli, że przebywa na terenie Polski. Amerykanie sądzili, że naszym policjantom zajmie to dużo czasu, tymczasem już po 18 godzinach poszukiwany miał kajdanki na rękach. Jeden z policjantów określa dobrego łowcę cieni jako „faceta po rozwodzie albo takiego, co ma wyrozumiałą żonę”. – Pada takie zdanie w mojej książce. Jest ono trochę żartobliwe, ale zawiera sporo prawdy. Jak rozmawiałem z szefem łowców, to powiedział mi, że temat rodziny to jeden z ważnych aspektów rozmowy rekrutacyjnej, bo tutaj nie ma określonych godzin ani miejsca pracy. Tak było chociażby w przypadku Kajetana P. Funkcjonariusze mieli wyjechać na cztery dni, a zatrzymali go na Malcie dopiero po około dwóch tygodniach. Dorobili się przez określenia „wydziału walizkowego”. Muszą w każdej chwili być gotowi do wyjazdu. Jeden z łowców opowiadał mi, jak musiał wyjść z wesela swojego brata, bo dostał wezwanie w sprawie porwania dla okupu.Czytaj też: Podsłuchy w „Sowie i Przyjaciołach”. Jak afera taśmowa pogrzebała rząd PO-PSL?– Rodziny takich policjantów muszą wiedzieć, na co się piszą, to na pewno jest bardzo uciążliwe, bo ciężko sobie cokolwiek zaplanować. Jeden z policjantów przytoczył rozmowę z ośmioletnim synem, który chciał, żeby tata zabrał go na mecz. Sam przyznał, że nie miał dobrej odpowiedzi.Ilu jest łowców cieni?– Tego nie chcą ujawniać, a sam nie planowałem też napisania podręcznika dla przestępców. Wiadomo, że jest to większą grupa ludzi, działają w kilkuosobowych zespołach, w którym każdy specjalizuje się w czymś innym. Np. jeden jest specem od technologii, inny świetnie jeździ samochodem. Są także bardzo dobrymi psychologami, potrafią instruować, jak rozmawiać z porywaczami. Celnym określeniem grupy łowców jest to, że są jak puzzle. Idealnie się komponują, tworzą mały dream team i tylko razem stanowią monolit i całość. Trudno było zaskarbić sobie zaufanie w najbardziej tajnej jednostce policji?– Łatwo nie było, ale miał znaczenie fakt, że od wielu lat opisuję w swojej pracy dziennikarskiej działania łowców cieni. Myślę, że zostałem przez nich dokładnie sprawdzony, zanim wpuścili mnie do siebie. Na początku trochę mnie „badali”, dopytywali, czego ja od nich właściwie chcę i czy publikacja nie zaszkodzi im jako jednostce. W książce starałem się ich przedstawić od strony codziennej, że to nie są robocopy, tylko ludzie z krwi i kości. No i przede wszystkim uhonorować ich ciężką pracę.Czy za schwytaniem każdego groźnego przestępcy stoją łowcy cieni?– W zdecydowanej większości przypadków tak jest, choć swoje sukcesy mają także piony kryminalne w innych jednostkach. Jeśli mamy do czynienia z wyjątkowo groźnym przestępcą, to łowcy cieni są do tego szkoleni, żeby go wytropić i zatrzymać. Co warte podkreślenia, jednostka jest wolna od jakichkolwiek nacisków politycznych, a dowodem na to może być chociażby zatrzymanie „Wielkiego Bu”. W jego przypadku funkcjonariusze nie kierowali się tym, że znał się ze wspólnych treningów boksu z Karolem Nawrockim. Łowcy wytropili „Wielkiego Bu” w Niemczech i dali znać tamtejszym służbom, które dokonały zatrzymania. Zrobili to w ostatniej chwili, bo „Wielki Bu” szykował się do wylotu do Dubaju, a stamtąd nie byłoby łatwo go ściągnąć do kraju. W książce jako pierwszy publikujesz sprawozdanie z pierwszych trzech miesięcy działań łowców cieni w 2011 roku. Liczby są co najmniej imponujące. W tak krótkim czasie zatrzymali aż piętnastu groźnych przestępców. – Statystyki im nie spadły. Z tego, co wiem przez cały okres swojej działalności, dzięki ich pracy zatrzymanych zostało 560 najgorszych przestępców – szefów gangów, morderców czy handlarzy narkotyków. Co decyduje o tym, że sprawa trafia do łowców cieni?– Wcześniej w policji funkcjonował system na zasadzie talii kart. Najwyższy stopień mieli ci, których uważano za najgroźniejszych. Siłą rzeczy zaczynano od tych „najważniejszych w hierarchii”. Teraz mają znacznie więcej wolności, bo sami decydują o tym, za kogo się wezmą. Czasem też zdarzają się polecenia „z góry”. Tak było m.in. w przypadku Froga, który wprawdzie nikogo nie zabił, ale swoją szaleńczą jezdnią mógł doprowadzić do śmierci niewinnych osób. Łowcy szybko go wytropili.Opisujesz kilkanaście spektakularnych akcji łowców cieni. Mam wrażenie, że największe na nich wrażenie zrobiła sprawa Kajetana P. – To był niezwykle bulwersujący przypadek, bo mówimy to tutaj o młodym człowieku, który zamordował nauczycielkę języka włoskiego i odciął jej głowę. Do tego sam mówił o swojej fascynacji Hannibalem Lecterem, więc resztę można sobie dopowiedzieć. Akcja faktycznie była spektakularna, bo oni gonili go po całej Europie. Zrobiło na mnie wielkie wrażenie, jak opowiadali o tej sprawie. Byli pełni pasji i zaangażowania, bo pokazało mi to, że jak oni się za coś biorą, to walczą do samego końca. Myślę, że dużo emocji było także przy zatrzymaniu porywacza, który uprowadził w Krakowie 10-letniego Kamilka, bo każdy jest szczególnie wrażliwy na cierpienie dzieci. Z dużym przejęciem mówili także o uprowadzeniu żony śląskiego biznesmena, gdzie przekazany został okup. Wtedy najgorsze jest czekanie, bo zostało zrobione już wszystko, teraz trzeba czekać na uwolnienie uprowadzonej osoby. To szczególnie trudne dla najbliższych.W swojej książce pokazujesz szeroki wachlarz przestępczej działalności. W kilku przypadkach jest jeden wspólny mianownik – Hiszpania. Dlaczego polski półświatek upodobał sobie akurat ten kraj?– Faktycznie, podoba im się tam i to nie tylko ze względu na pogodę. Bardzo dobrze funkcjonuje tam handel narkotykami. Z północy trafiają tam narkotyki z Ameryki Południowej, a z południa z m.in. Maroka. Na północy nasi przestępcy nie mają podjazdu, ale ogromne ilości haszyszu czy marihuany z Maroka są w stanie przerzucić do Polski. Opisujesz najgroźniejszych przestępców, a tymczasem sami policjanci mówią, że czasem czują się, jakby mieli do czynienia z Gangiem Olsena. – Tak faktycznie było w co najmniej dwóch przypadkach. Przy uprowadzeniu żony śląskiego biznesmena porywacze zapomnieli zabrać z jej samochodu telefonu. A to był dość istotny element ich planu, bo właśnie z jej komórki mieli przekazać mężowi żądania. Zorientowali się dopiero, jak dojechali do „dziupli” i musieli wracać razem z porwaną na miejsce, gdzie została uprowadzona. A to nie był koniec. Wpadli przez to, że jeden z porywaczy pojechał na stację benzynową i nie zapłacił za paliwo. Pracownicy zgłosili to na policję. Szybko okazało się, że tablice rejestracyjne były kradzione, samochód zresztą też. Łowcy cieni wpadli na trop, który doprowadził ich do porywaczy. Barwny jest też przypadek Norwega urodzonego w Polsce, który był tam poszukiwany za różne przestępstwa i postanowił ukryć się w swojej dawnej ojczyźnie. Norwescy śledczy wiedzieli, kim jest. W naszym kraju nie było go trudno namierzać, bo jeździł bardzo luksusowym samochodem, który rzucał się łatwo w oczy. Do tego związał się ze znaną piosenkarką i to w jej mieszkaniu doszło do zatrzymania. Zdarzają się też inne przypadki. Król „mafii wnuczkowej” regularnie wchodził do swojego domu w… stroju budowlańca. Miał kask, kamizelkę, poziomicę pod pachą. Łowców to jednak nie zwiodło. Kiedy znów usłyszymy o sukcesie łowców cieni?– To może zdarzyć się w każdej chwili, bo cały czas pracują nad wieloma sprawami. Jakimi? To trzymane jest w tajemnicy. Nie ujawniają, kogo szukają, ale nie zdziwiłbym się, gdyby na ich liście był Marcin Romanowski. Oficjalnego potwierdzenia brak, ale nie wykluczam, że podążają za nim łowcy.Czytaj też: Sutenerzy, służby i śmierć Kosteckiego. Kto ma kompromitujące taśmy?