Powstał „stwór z niczego”. Gdyby nie jedno proste pytanie, tego filmu pewnie w ogóle by nie było. „Myślę o zrobieniu jakby książki telefonicznej” – odpowiedział reżyser, kiedy nowy szef kinematografii zapytał go o to, nad czym obecnie pracuje. Ta „książka” w formie filmowej do dziś bawi kolejne pokolenia widzów i pokazuje archiwalny z perspektywy lat krajobraz Warszawy. Premiera tego filmu odbyła się 27 sierpnia 1971 roku. To oznacza, że w tym roku „Nie lubię poniedziałku” w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego kończy 55 lat.Widzowie, którzy kochają polskie komedie czasów PRL, doskonale znają tę pełną gagów, żartów, zabawnych sytuacji i przede wszystkim pięknych ujęć Warszawy, produkcję.„Myślę o zrobieniu jakby książki telefonicznej”Tadeusz Chmielewski, który jest reżyserem „Nie lubię poniedziałku”, nakręcił ten film na podstawie autorskiego scenariusza. Nigdy nie ukrywał, że gdyby nie przypadek, ten film w ogóle by nie powstał.„Jak do tego doszło?” – cytując klasyk. Tadeusz Chmielewski chwilę wcześniej skończył pracę nad filmem „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, która swoją premierę miała w 1969 roku.– Szczęśliwy, że skończyłem „II wojnę”, zabrałem się do prac domowych, które czekały na mnie od dwóch lat, gdy kierownik zespołu Kadr Jerzy Kawalerowicz dzwoni, że jutro wszyscy reżyserzy mają być przedstawieni nowemu szefowi kinematografii, Czesławowi Wiśniewskiemu – wspominał Tadeusz Chmielewski w rozmowie z „Przekrojem”.– Zbaraniałem, gdy na koniec tej prezentacji zapytał mnie, nad czym obecnie pracuję. W głowie miałem kompletną pustkę i tylko surowa twarz Jerzego zmusiła mnie do nadrabiania miną: „Myślę o zrobieniu jakby książki telefonicznej. W filmie występowałoby tyle postaci, ile zmieści się w pełnym metrażu”. „To ma być komedia?”, spytał minister. „Raczej tak, ale takiego scenariusza nikt mi nie zatwierdzi. Zbyt wiele polega tu na improwizacji” – opowiadał o tej rozmowie.„Znów powstał stwór z niczego”Następnego dnia otrzymał telefon. Wiśniewski do niego zadzwonił z informacją, że scenariusz został zatwierdzony do realizacji, choć Chmielewski nawet nie zaczął go jeszcze pisać.– Znów więc powstał stwór z niczego, czyli z pustej głowy, wielu nieprzespanych nocy i strachu o końcowy rezultat – wspominał reżyser.Za produkcję „Nie lubię poniedziałku” odpowiadał Zespół Filmowy „Plan” pod kierownictwem Stanisława Daniela. Reżyserią i scenariuszem zajął się Tadeusz Chmielewski, a autorem zdjęć był Mieczysław Jahoda. Powstawały one jesienią 1970 roku w różnych dzielnicach Warszawy. Charakterystycznym elementem filmu, który wpada w ucho, jest muzyka skomponowana przez Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza.Gagi, żarty i Warszawa jak z pocztówekFilm „Nie lubię poniedziałku” ma dosyć luźną fabułę. Składa się głównie z gagów, żartów sytuacyjnych, a przede wszystkim pięknych pejzaży Warszawy, które dziś mają wartość archiwalną i można na nie patrzeć, jak na pocztówki z dawnych lat.Tytuł, jak nietrudno się domyślić, nawiązuje do powiedzonka, którym niejeden Polak tamtych czasów rozpoczynał nowy tydzień. Do dziś zresztą nie jest to ulubiony dzień tygodnia rodaków i zapewne nie tylko ich.O czym opowiada film „Nie lubię poniedziałku”?Akcja „Nie lubię poniedziałku” rozgrywa się w Warszawie. Nieznany jest rok, tylko dzień „pechowego poniedziałku”, czyli 15 września. Głównych bohaterów jest kilku. Śledzimy, więc losy włoskiego przemysłowca Francesco Rovanelli (Kazimierz Witkiewicz), który pojawia się w Warszawie, by podpisać lukratywny kontrakt. Cudzoziemiec gubi się w obcym mieście i przeżywa różne perypetie.Milicjant (Andrzej Herder) kieruje ruchem w środku miasta, ale jednocześnie musi się opiekować synkiem. Powód? Przedszkole zamknięte z powodu panującej epidemii różyczki. Żona milicjanta (Joanna Kasperska) pracuje w biurze matrymonialnym i nie może zwolnić się z pracy.Jest jeszcze pracownik gminnej spółdzielni (Jerzy Turek), który podczas delegacji poszukuje części kombajnu rolniczego i kłoci się z porywczym taksówkarzem (Adam Mularczyk). Z kolei pijany aktor, którego gra Bohdan Łazuka, próbuje wrócić do domu po suto zakrapianej nocy i idzie przez Warszawę, trzymając się torów tramwajowych, których zatknął korbę do samochodu.„Zwrócił się do mnie przez Bareję”Bohdan Łazuka przez lata był kojarzony właśnie z tą rolą i tą sceną z filmu „Nie lubię poniedziałku”. – Tadzio Chmielewski to wymyślił, świetny facet, grzeczny i skromny. Zwrócił się do mnie przez Bareję, z którym studiował, że niby byłem wtedy na topie i że bał się, żebym się nie obraził. Myślę sobie: cholera, będę grał w filmie podciętego. Ale nic. Zgodziłem się – mówił w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.Czytaj także: Nazywano ją „polską Bardotką”. Teresa Tuszyńska zmarła w zapomnieniuAktor wspominał, że korbę z filmu ma do dziś. Wyjaśniał, że zdjęcia do filmu rozpoczynali z krótszą korbą, ale ta nie pasowała operatorowi Mieczysławowi Jahodzie. – (…) Bo musiałem się bardzo schylać. I wtedy dostaliśmy dłuższą, od tramwajarza. Miałem w tym filmie samochód Triumph Spitfire. Należał do aktora Witka Dębickiego. Za jego wynajem dostawał dziennie więcej, niż wynosiła aktorska dniówka – wspominał Łazuka.Oprócz niego w filmie tym zagrali m.in. Kazimierz Rudzki, Halina Kowalska, Bogusz Bilewski, Wacław Kowalski, Lech Ordon czy Andrzej Nardelli. Jednym słowem plejada polskich gwiazd czasów PRL.Na planie nie obyło się bez wpadek, które wyłapać może oko czujnych widzów. Dopatrzeć się jej można w scenie z udziałem Bohdana Łazuki. Gdy odchodzi spod restauracji Sofia, zegar wskazuje godzinę 2:17. Na zewnątrz jest jednak zdecydowanie jaśniej i dosyć słonecznie jak na środek nocy. W kolejnej scenie, gdy mleczarze zaczynają rozwozić mleko, jest już 5:29, a w następnej – z sąsiadami i listonoszem – godz. 6:01.W „Nie lubię poniedziałku” nie brakuje również, podobnie jak u Stanisława Barei, tekstów, które do dziś śmieszą. „No i ta królewna była bardzo nieszczęśliwa, bo w całym królestwie nie było ani jednej rolki papieru toaletowego…” – to fragment bajki opowiadanej synowi milicjanta przez kobietę, która musi go przez chwilę przypilnować.„Partacz jestem. Prawdziwy fachowiec nie zaczyna pracy w poniedziałek”; „Musimy wyglądać na obywateli dewizowych. W Polsce nikt nie spojrzy krzywo na obcokrajowca” – to z kolei słowa bandyty, który napada na bank.Laurka dla Warszawy z entuzjazmem pierwszych lat epoki GierkaNiektórzy kinomani uważają również, że w komedii „Nie lubię poniedziałku” można zobaczyć jedną z bardziej „kultowych” scen erotycznych w polskiej kinematografii. Marianna, grana przez Halinę Kowalską, natrafia na Włocha Francesco Romanelliego i stara się go uwieść w sklepie, który prowadzi. Jej starania i nieporadność amanta sprawiły, że pełna humoru i swego rodzaju namiętności scena na dobre zapisała się w historii polskiego kina.Tę pełną optymizmu, laurkę dla Warszawy obejrzało w kinach ponad 2 miliony osób. Komedii zarzucano, że ma zbyt dużo ideologicznego przesłania. Jak pisała Grażyna Szelągowska w „Przeglądzie Humanistycznym” w filmie „widać sympatię do miasta oraz niewątpliwy entuzjazm pierwszych lat epoki Edwarda Gierka”. Mimo tego i mimo upływ lat „Nie lubię poniedziałku” wciąż bawi i cieszy oko.Czytaj także: Gierkowa czesała się w Paryżu, a Gomułka rzucał w telewizor. Plotki czasów PRL