Co się wydarzy po 20 września? Wrześniowe wybory do Dumy nie zmienią układu sił na Kremlu, ale mogą stać się ważną cezurą w wojnie z Ukrainą. Kijów ostrzega, że po głosowaniu Władimir Putin może zdecydować się na kolejną mobilizację, a równocześnie Rosja gromadzi środki do następnej zimowej kampanii rakietowo-dronowej. Nie wszystkie te zamiary są potwierdzone, jednak kilka procesów zachodzących dziś w rosyjskiej armii i gospodarce zaczyna układać się w niepokojącą całość. Do wyborów do Dumy Państwowej pozostał niespełna miesiąc. Głosowanie odbędzie się 18–20 września, ale jego rezultat trudno uznać za wielką polityczną niewiadomą. „Jedna Rosja” wraz z pozostałymi ugrupowaniami akceptującymi zasadniczy kurs Kremla niemal na pewno zachowa kontrolę nad parlamentem. Jedyna zarejestrowana partia otwarcie opowiadająca się za przerwaniem wojny – „Jabłoko” – została z wyborów wykluczona.Znacznie ciekawsze od pytania o wynik jest więc inne: co wydarzy się po wyborach?Wołodymyr Zełenski twierdzi, że odpowiedź zna ukraiński wywiad. 23 sierpnia prezydent Ukrainy powiedział w rozmowie z Reutersem, że według informacji posiadanych przez Kijów Putin zamierza po wyborach zmobilizować około 300 tys. ludzi. W dłuższej perspektywie, obejmującej także 2027 rok, liczba dodatkowo powołanych miałaby sięgnąć nawet pół miliona.Do tych informacji należy podchodzić ostrożnie. Nie ma niezależnego potwierdzenia, że Putin podjął decyzję o przeprowadzeniu nowej mobilizacji. Źródła znające sytuację w Moskwie, na które powoływały się zachodnie media, również nie dostrzegały dotąd oznak świadczących o wydaniu takiego rozkazu. Są natomiast sygnały, że rosyjski aparat państwowy sprawdza swoją gotowość do ewentualnego przyjęcia kolejnej, dużej liczby mobilizowanych.To istotne rozróżnienie. Kreml może przygotowywać się na mobilizację, nie przesądzając jeszcze, czy będzie musiał po nią sięgnąć. Ostateczna decyzja zależeć będzie między innymi od tego, czy Rosji nadal uda się zdobywać wystarczającą liczbę żołnierzy metodą, którą od kilku lat zdecydowanie preferuje – werbowaniem ich za pieniądze.Czytaj także: Mogą się spodziewać „półmilitarnych” działań. Rosja grozi BrytyjczykomCoraz droższy żołnierzPo doświadczeniach z 2022 roku Putin ma powody, by unikać kolejnej powszechnej mobilizacji tak długo, jak jest to możliwe. Ogłoszone 21 września 2022 roku powołanie 300 tys. rezerwistów wywołało protesty, chaos w punktach mobilizacyjnych i masową ucieczkę mężczyzn z kraju. Kolejki samochodów ustawiały się na granicach z Gruzją i Kazachstanem, gwałtownie wzrosły ceny biletów lotniczych, a nieprawidłowości przy poborze krytykowali nawet niektórzy przedstawiciele rosyjskich władz i propagandyści popierający wojnę.Kreml wyciągnął z tego lekcję. Zamiast ponownie sięgać na wielką skalę po przymus, zaczął kupować ludzi.System opiera się na wysokim żołdzie i premiach za podpisanie kontraktu, których wysokość jest dodatkowo podbijana przez władze regionalne. Według obliczeń Janisa Klugego z niemieckiego ośrodka SWP średnia regionalna premia za wstąpienie do armii sięgnęła w tym roku około 1,65 mln rubli (około 73 tys. zł). W biedniejszych częściach Rosji są to pieniądze trudne do zarobienia w cywilnym życiu.Mechanizm nadal działa, choć jego wydajność zaczęła się zmieniać. Kluge, rekonstruujący rosyjską rekrutację między innymi na podstawie wydatków budżetowych, oszacował, że w pierwszym kwartale 2026 roku podpisano 71 216 nowych kontraktów. Dawało to niespełna 800 ludzi dziennie i oznaczało spadek o około jedną piątą w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.W drugim kwartale sytuacja się poprawiła. Dane regionalne wskazują na około 93 tys. nowych kontraktów, czyli ponownie mniej więcej tysiąc ludzi dziennie. Rosyjski system rekrutacyjny zatem się nie załamał. Problem zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy liczbę przyjmowanych do armii zestawimy z tym, ilu żołnierzy Rosja każdego miesiąca traci na froncie.Armia potrzebuje nadwyżkiWedług szacunków amerykańskiego Center for Strategic and International Studies w pierwszej połowie 2026 roku rosyjskie straty wynosiły przeciętnie około 30–34 tys. zabitych, rannych i zaginionych miesięcznie. Nawet jeśli przyjąć szeroki margines błędu nieunikniony przy takich obliczeniach, skala strat pozostaje zbliżona do liczby ludzi pozyskiwanych przez rosyjski system rekrutacyjny.Oznacza to, że Rosja potrafi nadal dostarczać armii ogromne ilości „świeżej krwi”. Znaczna część tego strumienia służy jednak zastępowaniu ludzi wypadających z jednostek podczas walk.A to zasadnicza różnica. Armia, która chce jedynie utrzymywać dotychczasową intensywność działań, potrzebuje uzupełnień. Armia przygotowująca większą operację potrzebuje czegoś więcej – nadwyżki.Potrzebne są odwody pozwalające wycofywać jednostki z pierwszej linii, odtwarzać ich zdolność bojową i tworzyć nowe związki taktyczne. Trzeba też obsadzić zaplecze, logistykę i struktury, których rozbudowa jest konieczna wraz ze wzrostem liczebności wojsk. Jeżeli więc Kreml rzeczywiście chciałby w 2027 roku znacząco zwiększyć potencjał armii walczącej z Ukrainą, dotychczasowe tempo rekrutacji może okazać się niewystarczające.W tym miejscu pojawia się liczba 300 tys. podana przez Zełenskiego. Nie musi oznaczać 300 tys. ludzi przeznaczonych do jednego wielkiego uderzenia. Z wojskowego punktu widzenia równie istotne byłoby wykorzystanie ich do uzupełnienia istniejących jednostek, umożliwienia rotacji części wojsk oraz stworzenia większych rezerw.Czytaj także: Pakt Ribbentrop-Mołotow oczami Polaków, Rosjan i… BiałorusinówMobilizacja to nie ofensywaDlatego, nawet gdyby Putin rzeczywiście ogłosił mobilizację zaraz po wrześniowych wyborach, nie oznaczałoby to, że kilka tygodni później kilkaset tysięcy nowych rosyjskich żołnierzy ruszy do wielkiej ofensywy.Doświadczenie pierwszej mobilizacji dobrze pokazuje skalę problemu. Pod koniec października 2022 roku, ponad miesiąc po jej rozpoczęciu, rosyjskie ministerstwo obrony informowało, że spośród 300 tys. zmobilizowanych około 218 tys. nadal znajdowało się w procesie szkolenia. Do strefy wojny skierowano 82 tys., a około 41 tys. wykonywało zadania w jednostkach bojowych.Nawet w warunkach rosyjskich, gdzie szkolenie bywa skracane do minimum, człowieka powołanego z cywila nie można natychmiast zamienić w żołnierza zdolnego do prowadzenia działań ofensywnych. Trzeba go zarejestrować, umundurować, wyposażyć, choć trochę przeszkolić i przydzielić do jednostki. Jeśli powstają nowe pododdziały, potrzebują one dowódców, sprzętu, transportu i zaplecza logistycznego.Jesienna mobilizacja byłaby więc przede wszystkim inwestycją w czas. Jej pierwszym efektem mogłoby być łatanie dziur powstających na froncie. Kolejnym – możliwość rotowania wyczerpanych oddziałów i odbudowy ich zdolności bojowej. Dopiero później pojawiłaby się szansa stworzenia większego odwodu, który można wykorzystać podczas kolejnej kampanii.Tymczasem istnieje inny sposób zwiększenia presji na Ukrainę. Nie wymaga on mobilizowania setek tysięcy ludzi ani czekania kilku miesięcy na ich wyszkolenie.Czytaj także: Protesty w Moskwie. Opozycyjna partia wykluczona z wyborówZima znów będzie broniąRosja od miesięcy rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców, a kolejna zima daje możliwość ponownego uderzenia w jeden z najbardziej wrażliwych punktów Ukrainy – system energetyczny.Ukraiński wywiad wojskowy informował latem, że rosyjski przemysł w przypadku części rodzajów uzbrojenia rakietowego osiągnął już roczne cele produkcyjne, a ogólny plan na 2026 rok może zostać przekroczony o 10–20 proc. Według zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Wadyma Skibickiego tylko w lipcu Rosjanie wyprodukowali 65 pocisków balistycznych Iskander-M.Jeszcze większą skalę osiągnęła produkcja bezzałogowców. Rosja zbudowała przemysł pozwalający prowadzić naloty liczone już nie w dziesiątkach, lecz w setkach dronów. Część z nich to właściwe środki uderzeniowe, część – tańsze imitatory mające przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą i zmuszać ją do zużywania pocisków.Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę środków napadu. Rosjanie zmienili również sposób atakowania ukraińskiej energetyki. Analiza Centre for Information Resilience, przytaczana przez Reutersa, wskazywała, że od października 2025 do kwietnia 2026 roku około 60 proc. zweryfikowanych rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną dotyczyło mniejszych obiektów, przede wszystkim stacji i podstacji elektroenergetycznych. Rok wcześniej stanowiły one około 31 proc. celów.To istotna zmiana. Zamiast koncentrować się wyłącznie na kilku wielkich elektrowniach i węzłach energetycznych, Rosjanie próbują uszkadzać sieć w wielu miejscach jednocześnie. Nawet jeśli pojedynczy obiekt nie ma strategicznego znaczenia, dziesiątki takich uderzeń komplikują przesył energii, zwiększają liczbę awarii i zmuszają Ukrainę do rozpraszania ograniczonych zasobów obrony przeciwlotniczej.Rakiet jest więcej, pocisków do Patriotów mniejDla Kijowa szczególnie niepokojące jest to, że wzrost rosyjskich możliwości zbiega się z problemami ukraińskiej obrony powietrznej.Według danych przedstawionych przez Zełenskiego Ukraina ma otrzymać w 2026 roku 264 pociski przechwytujące do systemów Patriot. Rok wcześniej było ich 364, a w 2023 roku – 675. Prezydent Ukrainy twierdził również, że łączna liczba dostarczanych jego państwu pocisków przeciwlotniczych spadła do około jednej trzeciej poziomu z poprzedniego roku.Nie wszystkie rosyjskie środki wymagają oczywiście zwalczania Patriotami. Drony i pociski manewrujące mogą być przechwytywane również przez inne systemy, lotnictwo, mobilne grupy ogniowe czy coraz liczniejsze ukraińskie drony przechwytujące. Największym problemem pozostają jednak pociski balistyczne. Przeciw nim możliwości Ukrainy są znacznie bardziej ograniczone, a system Patriot jest jednym z nielicznych skutecznych środków obrony.Rosja może więc próbować wykorzystać prostą arytmetykę wojny na wyniszczenie: produkować i wysyłać nad Ukrainę więcej środków napadu, niż obrońca jest w stanie ekonomicznie i fizycznie przechwycić. Każda rakieta, która przedrze się przez obronę i trafi w transformator, elektrownię czy podstację, zwiększa koszt przetrwania kolejnej zimy.Kreml nawet specjalnie nie ukrywa, że bierze pod uwagę dalsze uderzenia w ukraińskie zaplecze. 22 sierpnia Putin oskarżył Ukrainę o otwarcie „puszki Pandory” poprzez ataki na rosyjską infrastrukturę gospodarczą i zagroził odpowiedzią wymierzoną w najbardziej wrażliwe sektory ukraińskiej gospodarki.Czytaj także: Śmiał rywalizować z Putinem w „wyborach”. Opozycjonista zatrzymanyCo zacznie się po 20 września?Wszystkie te elementy nie składają się jeszcze na gotowy rosyjski plan, którego szczegóły można odczytać z kalendarza. Nie wiadomo, czy Putin rzeczywiście zdecyduje się na kolejną falę mobilizacji. Nie wiadomo również, jaka będzie skala zimowej kampanii rakietowo-dronowej ani które obiekty staną się jej głównymi celami.Widać jednak kierunek przygotowań.Rosja nadal rekrutuje dziesiątki tysięcy żołnierzy miesięcznie, lecz ponosi straty pochłaniające znaczną część tego dopływu. Rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców oraz zdobyła doświadczenie w systematycznym niszczeniu ukraińskiej infrastruktury. Jednocześnie na froncie nie osiągnęła przełomu, który zmusiłby Kijów do kapitulacji.Wrześniowe wybory mogą usunąć jeszcze jedno ograniczenie. Putin nie potrzebuje zgody nowej Dumy, by ogłosić mobilizację. Po zakończeniu głosowania zniknie jednak najbliższy polityczny powód, by odkładać decyzję mogącą uderzyć bezpośrednio w setki tysięcy rosyjskich rodzin.Jeżeli Kreml rzeczywiście połączy zwiększenie zasobów ludzkich z kolejną kampanią przeciw ukraińskiej energetyce, jesień nie musi przynieść jednej spektakularnej rosyjskiej ofensywy. Może rozpocząć coś dla Ukrainy znacznie bardziej niebezpiecznego: przygotowania Rosji do kolejnego roku wojny.