Poznali rosyjskie sekrety. To amerykańskie służby dostarczyły partnerom z Polski i Ukrainy, mocne dowody wskazujące, że zatrzymany w Warszawie 63-letni Ukrainiec chciał wysadzić znanego przedsiębiorcę z branży IT i dronowej – dowiedział się portal TVP.Info. Zamach zleciły rosyjskie służby, które dostarczyły agentowi ładunek wybuchowy oraz instrukcje jak przeprowadzić całą operację. 63-letni Serhij P. został zwerbowany przez rosyjskie służby w klasyczny sposób: przez Telegram. Szukał możliwości szybkiego zarobienia pieniędzy. Bez względu na konsekwencje. Rosyjski „opiekun” zlecił mu zamordowanie Ołeksija S. To znany ukraiński przedsiębiorca z branży IT oraz dronowej. Mieszka w Irpieniu pod Kijowem. I właśnie tam miał zginąć. Rosjanin kazał Serhijowi P. podłożyć bombę pod samochodem biznesmena. I odpalić ją zdalnie, gdy ten wsiądzie do auta. Zrobienie bomby prostsze niż składanie mebli „Opiekun” przesłał na Serhijowi P. na Telegramie współrzędne specjalnej skrytki, w której znajdował się materiał wybuchowy oraz zapalniki. Gdy Ukrainiec odebrał przesyłkę, musiał potwierdzić to zdjęciem przesłanym Rosjaninowi. Tak było z każdym zadaniem zleconym przez służby Kremla. Następnie 63-latek musiał zaopatrzyć się w dwie karty SIM oraz dwa telefony. Dostał dokładne wytyczne, jakie to powinny być aparaty i jak kupić to wszystko, aby zostawić po sobie, jak najmniej śladów. Kolejnym krokiem było zrobienie tzw. improwizowanego urządzenia wybuchowego, czyli bomby. Instrukcja przekazana agentowi przez Rosjan była tak opracowana, że mógłby to zrobić nawet największy laik. Sierhij P. połączył blisko kilogram materiału wybuchowego z zapalnikiem, a ten z telefonem. Do bomby dołączył przesłany mu magnes, który utrzyma ładunek pod autem przedsiębiorcy. Między 28 na 30 lipca, agent ustawił w pobliżu domu Ołeksija S. telefon, dzięki któremu rosyjskie służby mogły oglądać na żywo zamach na przedsiębiorcę. I wreszcie 30 lipca, Sierhij P. przyczepił po Toyotą Ołeksija S. bombę. Umieścił ją na podwoziu na wysokości fotela kierowcy. Następnie poczekał, aż cel wsiądzie do auta i zainicjował wybuch. Tyle że do żadnej eksplozji nie doszło. Czytaj także: Planował zamach na zlecenie Moskwy. ABW zatrzymało niedoszłego zabójcęAmerykanie włączają się do gry Spanikowany agent dał nogę z miejsca zamachu. Nie wiedział, dlaczego nie doszło do wybuchu. Był przekonany, że zrobił wszystko wedle zlecenia „opiekuna”. Sierhij P. przyjechał do Polski. Zamierzał dostać się do Rosji. Wiedział, że w ojczyźnie zostałby skazany za zdradę i usiłowanie zabójstwa w warunkach stanu wojny, co de facto oznaczałoby co najmniej 15 lat odsiadki. Jako renegata czekałby go koszmar za kratami. Wiadomo, że Ukrainiec spał w pobliżu warszawskiego Dworca Zachodniego. I tam 5 sierpnia dopadli go oficerowie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zupełnie zaskoczonego. Było to pokłosie wspólnej operacji służb specjalnych Ukrainy i Polski. Początkowo 63-latek zaprzeczał, aby miał cokolwiek wspólnego z próbą zabójstwa Ołeksija S. Był pewien, że w jego telefonie nie ma już żadnych dowodów na kontakty z wrogiem. Tym bardziej że wszystkie wiadomości w komunikatorze internetowym znikały po jakimś czasie. I tu się przeliczył. Okazało się, że służbom z Polski i Ukrainy pomogli partnerzy ze Stanów Zjednoczonych. Nasze źródła nie chciały wskazać, która z amerykańskich agencji włączyła się do gry. Wiadomo jednak, że dzięki jej pomocy otrzymano mocne dowody przeciwko 63-latkowi. Już 6 sierpnia prokurator Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej, przedstawił Serhijowi P. zarzuty „usiłowania zabójstwa przedstawiciela ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego Ołeksija S. z użyciem materiałów wybuchowych” oraz „posiadania materiałów wybuchowych bez wymaganego zezwolenia”. Jako że czyny te zakwalifikowano jako terroryzm, agentowi Kremla grozi od 15 lat więzienia do dożywocia. Sąd aresztował go na trzy miesiące. Czytaj także: Młoda narkomanka i 7 kilogramów trotylu. Rosyjska operacja w centrum KijowaNieudany zamach, czy udana operacja specjalna? Według źródeł portalu TVP.Info w służbach specjalnych, podczas śledztwa w sprawie nieudanego zamachu na Ołeksija S. zebrano „bardzo cenne informacji na temat sposobu działania rosyjskich służb specjalnych”. Śledczy z mazowieckich „pezetów” nie chcieli odnieść się do sprawy, odsyłając do komunikatu na temat sprawy, który 20 sierpnia zamieściła Prokuratura Krajowa na swojej stronie internetowej. W sprawie pojawia się jeszcze jedno ważne pytanie, na które służby nie chcą odpowiadać. Czy, aby na pewno do wybuchu bomby pod autem Ołeksija S. nie doszło za sprawą „niezadziałania urządzenia”? To kolejny już w ostatnich tygodniach nieudany zamach na ważną personę w ukraińskim przemyśle obronnym lub uznanego obrońcę ojczyzny. Emeryt z Charkowa Kilka tygodni temu w Ukrainie zatrzymano 69-letniego emeryta z Charkowa, który próbował zastrzelić bohatera frontowego pułkownika Ihora Oboleńskiego. Senior uwierzył, że został zwerbowany przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) do zlikwidowania „wyjątkowego renegata”. Dowodem zdrady Bohatera Ukrainy było jego zdjęcie na placu Czerwonym w Moskwie, które – jak się okazało – zostało wygenerowane przez sztuczną inteligencję na zlecenie Rosjan. Pułkownik przeżył, bo jak podały służby ukraińskie, pistolet użyty przez zamachowca nie wypalił. – Między bajki włóżmy opowieści, że bomba nie wybuchła, a pistolet się zaciął czy nie chciał wypalić. Najbardziej prawdopodobne jest to, że Ukraińcy prowadzili operację specjalną i udało im się zdobyć dostęp do rosyjskich skrytek lub posłańców i w odpowiednim czasie zamienić materiał wybuchowy na niegroźny zamiennik lub trwale uszkodzić broń palną, np. przez usunięcie iglicy. I prowadzą z Rosjanami swoją grę, aby jak najlepiej poznać metody działania wroga – mówi portalowi TVP.Info emerytowany oficer polskich służb specjalnych. Czytaj także: Emeryt uwierzył Rosjanom i AI. Nieudany zamach na Bohatera Ukrainy