Przetrwać pierwszy cios. Jakich zdolności potrzebuje Polska, żeby rosyjscy planiści uznali atak na nasz kraj za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne i kosztowne? I czy właśnie takie wojsko budujemy? Na obronność Polska przeznaczy w 2026 roku 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. To poziom wydatków, który jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić. W ślad za pieniędzmi idą ogromne zakupy: Abramsy i K2, armatohaubice Krab i K9, wyrzutnie HIMARS i Homar-K, samoloty F-35, systemy Wisła i Narew, drony, satelity, amunicja. Równolegle rośnie liczebność wojska, a minister Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział budowę „Armii 500” – półmilionowego potencjału obejmującego zarówno żołnierzy czynnej służby, jak i przygotowanych rezerwistów.Można więc próbować mierzyć siłę WP liczbą czołgów, dział, samolotów czy żołnierzy. Problem w tym, że doświadczenia trwającej już piąty rok pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej mocno skomplikowały taki rachunek. Okazało się, że nawet liczna i dobrze uzbrojona armia może mieć poważne problemy, jeśli zawodzi jej rozpoznanie, dowodzenie i logistyka. Że sprzęt potrzebuje ogromnych ilości amunicji, części zamiennych i paliwa. Że dron kosztujący ułamek ceny czołgu potrafi go unieruchomić, a magazyn lub stanowisko dowodzenia kilkaset kilometrów od frontu nie jest już bezpiecznym zapleczem.Dlatego pytanie o armię zdolną odstraszyć Rosję trzeba postawić inaczej.Czytaj też: NATO nie chroni nas przed rosyjską prowokacją. Jak się przygotować?Przetrwać pierwszy ciosPolska nie buduje sił zbrojnych po to, aby samodzielnie wygrać wojnę z Federacją. Jesteśmy członkiem NATO i polskie plany obronne są częścią planów całego Sojuszu. NATO utrzymuje dziś dziewięć wielonarodowych grup bojowych na swojej wschodniej flance, ćwiczy ich rozwijanie do większych związków taktycznych i opiera obronę regionu na połączeniu sił już znajdujących się na miejscu z szybko dostępnymi posiłkami.To bardzo ważne zastrzeżenie, bo zmienia sposób myślenia o tym, jak silne powinno być WP. Nie musi być liczniejsze od rosyjskiego ani dysponować większą liczbą samolotów, rakiet i czołgów niż Rosja. Musi natomiast sprawić, że Moskwa nie będzie mogła liczyć na szybkie rozstrzygnięcie wojny.Przy czym jej pierwsze godziny wcale nie muszą oznaczać wielkiej bitwy lądowej. Rosja dysponuje pociskami balistycznymi i manewrującymi oraz ogromną liczbą bezzałogowców. Wojna w Ukrainie pokazuje, że ich celami stają się nie tylko wojska, lecz także lotniska, systemy obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, magazyny, zakłady przemysłowe, energetyka i infrastruktura transportowa.Dlatego armia odstraszająca Rosję musi być przede wszystkim trudna do sparaliżowania. Nie może zależeć od kilku obiektów, których zniszczenie przerwie jej „układ nerwowy”. Potrzebuje rozproszonych i zapasowych stanowisk dowodzenia, mobilnych systemów, chronionych magazynów, odpornej łączności i zdolności do szybkiego odtwarzania uszkodzonej infrastruktury.Potrzebuje również obrony powietrznej – ale nie tylko tej najbardziej efektownej, zdolnej zwalczać samoloty i rakiety balistyczne. Ukraina pokazała problem, którego przed 2022 rokiem nie dostrzegano w pełnej skali: przeciwnik może atakować setkami relatywnie tanich dronów, zmuszając obrońcę do zużywania znacznie droższych pocisków.Polska buduje więc kolejne warstwy obrony. Wisła ma zapewniać ochronę m.in. przed pociskami balistycznymi, Narew przed celami na krótszych dystansach. Do tego dochodzą Pilica+ oraz rozwijane zdolności antydronowe. W styczniu podpisano umowę na 18 modułów bateryjnych systemu SAN przeznaczonego m.in. do zwalczania bezzałogowców.Nie oznacza to, że nad Polską powstanie szczelna kopuła. Takiej obrony nie ma żadne państwo. Chodzi o coś innego: ochronę najważniejszych elementów państwa i wojska na tyle skuteczną, aby przeciwnik nie mógł liczyć, że pierwsza fala uderzeń odbierze Polsce zdolność do dalszej walki.Czytaj też: „Husarz” niewidzialny dla radarów. To warto wiedzieć o myśliwcu F-35Najpierw trzeba zobaczyćZasięg broni nie jest tym samym co zdolność skutecznego rażenia na taki dystans. Rakieta mogąca przelecieć kilkaset kilometrów niewiele daje, jeśli jej użytkownik nie wie, gdzie znajduje się cel. Dlatego obok efektorów potrzebne są sensory: radary, satelity, drony rozpoznawcze, rozpoznanie radioelektroniczne oraz system dowodzenia zdolny zebrać informacje z wielu źródeł i szybko przekazać je temu, kto może zaatakować wykryty cel. Liczy się nie tylko to, kto widzi dalej, ale także kto szybciej zamienia informację w decyzję i decyzję w uderzenie.To jeden z obszarów polskiej modernizacji, który pozostaje mniej widowiskowy niż zakup nowych czołgów czy samolotów, ale z roku na rok nabiera większego znaczenia. Polska rozwija wojskowe rozpoznanie satelitarne, kupuje kolejne systemy bezzałogowe i rozbudowuje systemy radarowe oraz rozpoznania elektronicznego. Same F-35 również nie są wyłącznie samolotami służącymi do przenoszenia uzbrojenia – są elementami sieci zbierającej i przekazującej informacje o polu walki.W wielkim uproszczeniu: kupujemy nie tylko coraz silniejszą pięść, ale również oczy i układ nerwowy, które pozwolą nią skutecznie uderzyć.Sama obrona jednak nie wystarczy. Wiarygodne odstraszanie wymaga możliwości zadawania przeciwnikowi strat również daleko od własnej granicy. Nie chodzi przy tym o bombardowanie rosyjskich miast. Z wojskowego punktu widzenia istotne są stanowiska dowodzenia, wyrzutnie rakiet, lotniska, magazyny amunicji i paliwa, węzły logistyczne czy miejsca koncentracji wojsk. Im dalej od linii frontu Rosjanie muszą chronić takie obiekty, tym więcej sił muszą przeznaczać na ich obronę i tym trudniej prowadzić operację zaczepną.Polska rozwija tę zdolność od kilku lat. Służą jej artyleria rakietowa HIMARS i Homar-K, lotnicze pociski JASSM i JASSM-ER, a w przyszłości także kolejne rodzaje uzbrojenia przenoszonego przez F-35. Do tego dochodzi ogromny potencjał klasycznej artylerii lufowej budowany wokół Krabów i południowokoreańskich K9.Wojna, na którą trzeba mieć zapasyPrzed 2022 rokiem europejskie armie przygotowywały się przede wszystkim do konfliktów mniej intensywnych niż pełnoskalowa wojna. Ukraina przypomniała, jak szybko wielka wojna zużywa wszystko.Nie tylko pociski artyleryjskie. Zużywane są rakiety przeciwlotnicze, drony, lufy, części zamienne, opony, akumulatory, paliwo, pojazdy i środki medyczne. Sprzęt jest niszczony, ale również psuje się i wymaga remontów. Jednocześnie przeciwnik próbuje niszczyć magazyny oraz zakłady produkujące to, czego armia potrzebuje.Właśnie dlatego jedna z najważniejszych zmian w polskiej modernizacji dokonuje się dziś poza pierwszym planem. Coraz większe pieniądze trafiają nie tylko na nowe systemy uzbrojenia, ale także na to, czym i dzięki czemu mają one strzelać.Pod koniec maja podpisano umowy na dostawę kilkuset tysięcy sztuk amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm. Zamówienie jest powiązane z rozbudową krajowych zdolności produkcyjnych i Narodową Rezerwą Amunicyjną.Nie sposób na podstawie jawnych danych odpowiedzialnie odpowiedzieć, na ile dni intensywnej wojny wystarczyłyby obecne polskie zapasy. Takie informacje z oczywistych powodów nie są publiczne. Ważniejsza jest jednak sama zmiana sposobu myślenia: państwo musi nie tylko zgromadzić zapasy na początek wojny, ale również być zdolne uzupełniać je podczas jej trwania.Bo odstraszająca jest nie armia, która potrafi walczyć bardzo intensywnie przez kilka dni, lecz taka, o której przeciwnik wie, że nie zabraknie jej siły po pierwszych tygodniach.Z tego samego powodu, jednym z najważniejszych elementów silnej armii jest coś, co na defiladzie wygląda wyjątkowo mało efektownie: logistyka. Setki czołgów oznaczają konieczność dostarczania ogromnych ilości paliwa, amunicji i części zamiennych. Setki systemów artyleryjskich wymagają nieprzerwanego dowozu pocisków. Uszkodzony sprzęt trzeba ewakuować i naprawiać, rannych zabierać z pola walki, a tysiące żołnierzy codziennie zaopatrywać.W przypadku Polski dochodzi jeszcze jedno zadanie. Przez nasze terytorium musiałyby przemieszczać się siły wysyłane na wschodnią flankę przez pozostałe państwa NATO. Sojusz opiera swoje plany właśnie na połączeniu wojsk znajdujących się na miejscu z możliwością ich szybkiego wzmocnienia.A posiłków nie wystarczy przywieźć. Trzeba zapewnić im drogi, kolej, paliwo, magazyny, miejsca rozwinięcia i możliwość dalszego zaopatrywania.Skala wyzwania jest tak duża, że podczas tegorocznego szczytu NATO w Ankarze Sojusz zapowiedział inwestycję wartą 27 mld euro w modernizację infrastruktury magazynowania i dystrybucji paliw oraz budowę nowych obiektów i rurociągów prowadzących w kierunku wschodniej części NATO.Czytaj też: Nie tylko „Wicher”. Nowe okręty dla polskiej Marynarki Wojennej Czy więc budujemy właściwą armię?Jeśli spojrzeć na polską modernizację wyłącznie przez pryzmat najbardziej spektakularnych zakupów, można odnieść wrażenie, że budujemy przede wszystkim ogromną armię lądową: setki czołgów, setki haubic i wyrzutni rakietowych oraz kolejne brygady.Taki obraz jest jednak coraz mniej aktualny.Obok ciężkiego uzbrojenia powstają Wisła i Narew, rozwijane są systemy antydronowe, rozpoznanie satelitarne i bezzałogowe. Rosną zamówienia amunicji, inwestycje w krajową produkcję i infrastrukturę. MON próbuje przebudować system rezerw, a Tarcza Wschód ma przygotować teren nie tylko poprzez budowę fizycznych przeszkód, ale również infrastruktury potrzebnej wojsku.Nie znaczy to, że docelowa armia już istnieje. Przeciwnie – wiele najważniejszych programów będzie realizowanych jeszcze przez lata. Kolejne baterie obrony powietrznej, samoloty, wyrzutnie i inne systemy dopiero będą trafiały do jednostek. Wraz ze sprzętem trzeba wyszkolić ludzi, zbudować zaplecze i zgromadzić zapasy. Także system rezerw dopiero jest przebudowywany.To być może największe wyzwanie obecnej modernizacji: jej poszczególne elementy muszą zacząć tworzyć jeden organizm. Tysiąc czołgów nie rozwiąże problemu obrony powietrznej. Najlepsza obrona powietrzna nie zastąpi artylerii. Rakiety dalekiego zasięgu potrzebują rozpoznania, a wszystko razem – amunicji, paliwa, logistyki i ludzi.Polska przez pierwsze lata wielkiej modernizacji bardzo szybko budowała przede wszystkim pięść. Dziś coraz więcej pieniędzy trafia także na oczy, układ nerwowy, tarczę, magazyny i zaplecze tej armii. I właśnie od powodzenia tej drugiej części przedsięwzięcia może zależeć, czy rekordowe wydatki rzeczywiście przełożą się na skuteczne odstraszanie.